„No co ja z Tobą mam!”, czyli krzykiem szacunku nie zdobędziesz.

Przed chwilą pod jednym z postów na pewnej stronie wywiązała się dyskusja na temat traktowania dzieci jak jajek, przesadnego „kloszowania” ich i ograniczania im nieprzyjemności, bo „wyrosną na ciamajdy i sobie w życiu nie poradzą”. Ja oczywiście, kiedy słyszę takie oderwane od rzeczywistości teksty, reaguję spazmatyczno-alergicznie i żywo włączyłam się w dyskusję. Pani zarzuciła mi, że dzieci, którymi się od czasu do czasu nie wstrząśnie (w sensie chyba, że porządnie nie wystraszy, albo wyśmieje) nie będą znały życia i kiedy trafią na kogoś gorszego niż mamusia – załamią się.

Czasem miałam wrażenie, że nie rozmawiamy o pięcio- czy dziesięciolatkach.

Ja myślę, że Gagatek – pomimo tego, że go nie straszę, nie popycham i nie ciągnę płaczącego za rękę – sobie poradzi, wiecie czemu?

  • nie wbiegnie na ulicę na złość matce, albo dlatego, że może (bo jej nie ma obok i nie usłyszy: „rozliczymy się w domu”), ale dlatego, że wie, że może go potrącić samochód;
  • nie odłączy się w sklepie nie dlatego, że porwie go cyganka czy pan z brodą, ale dlatego, że wie, że może się zgubić;
  • nie boi się przyznać się do czegoś złego, bo wie, że bardziej wkurza mnie zrzucenie winy na kogoś innego niż rozbity wazon;
  • nie śmieszą go filmy, na których zwierzęta są nieszczęśliwe (filmów na których dzieje im się krzywda chyba by nie zniósł).

Nigdy Gagatka niczym nie straszyłam, bo uważam to za uwłaczające roli rodzica (wychowawcy, pierwszego nauczyciela). Nie chciałabym, żeby ktoś sprawiał, że ja się boję, dlaczego mam wywoływać strach w kimś innym, w dodatku mniejszym, kto wszystko mocniej czuje? Po co mam go szarpać w sklepie, skoro mogę przed wyjściem jasno ustalić zasady i wyjaśnić co, jak i kiedy? Po co mam mu zabierać za karę ulubioną zabawkę, bez której nie uśnie? („niech wie, kto jest rodzicem i kto rządzi” nie jest dla mnie argumentem…)

Dlaczego tak wiele osób (dorosłych, mądrych, oczytanych) wciąż uparcie twierdzi, że dziecku trzeba „kazać, bo inaczej nie zrobi”, „nastraszyć, bo inaczej nie posłucha”, „nakrzyczeć, bo inaczej nie zrozumie”?

Dlaczego w opinii tak wielu rodziców dziecko łatwiej wytresować niż nauczyć (pokazać, wyjaśnić)?

Dlaczego strach ma być lepszy niż zrozumienie?

Mnie serce boli jak Gagatek płacze przez to, co powiedziałam albo zrobiłam. I zawsze wynagradzam mu te przykrości potrójnie.

Wiosna na życzenie, czyli Dobre Duchy są czasem rude ;)

„Ludzie sobie pomagają! Nie można nic zrobić samemu, łatwiej jest coś zrobić we dwójkę niż samemu”*

Każdy z nas ma wokół siebie dobre duchy, powtarzałam już to wielokrotnie. Wystarczy się rozejrzeć wokół siebie i okaże się, że otaczają nas ludzie o ogromnym serduchu i dobie z 16298747_792341200918111_651885897036602839_n.jpggumy; ludzie pełni pasji i świetni w tym, co robią. Warto czerpać od takich ludzi jak najwięcej pozytywnych emocji i brać garściami ich radość – macie Gagatkowe słowo, że się nie obrażą!

Jedną z takich osób jest Ruda.

Czasem układa się tak, że w ważnym dla nas czasie jesteśmy daleko od naszych bliskich. 16129985_1204950246226685_732882472_oWtedy nieoceniona jest pomoc Dobrych Duchów, które ułatwiają nam przekazanie emocji i wyrażenie więcej niż tysiąca słów. Takim Dobrym Duchem jest Ruda, której tulipany potrafią rozświetlić najbardziej szary i pochmurny dzień, i wyczarować majowe słońce w samym środku zimy.

Karolina jest osobą, której ciepło odbija się w jej pracach. Dba o każdy detal, a w kontaktach z innymi zaraża optymizmem i uśmiechem. Osobiście znam Rudą już parę lat i muszę Wam powiedzieć – ten typ się nie zmienia 🙂

Jeśli chcecie komuś powiedzieć DZIĘKUJĘ, PRZEPRASZAM lub OD JUTRA BĘDĘ ZMYWAĆ, OBIECUJĘ bawełniane cuda Karoliny będą najlepszym sposobem! Przetestowałam i polecam z czystym sercem! 🙂

@WiankiIbawelnianeTulipankiRudej

 

*tekst Gagatka
**zdjęcia pochodzą ze strony:
https://www.facebook.com/WiankiIbawelnianeTulipankiRudej

Gagatkowy Święty Mikołaj zamiast brody ma plecak i aparat, czyli super prezent jeszcze przed Wigilią!

„Czasem dzień od rana jest spisany na straty. Budzik nie dzwoni, kawa się rozlewa, tosty się przypalają, a kot plącze się pod nogami za bardzo. A potem jest tylko gorzej.
A wieczorem dostajesz wiadomość, że wygrałaś. Że rewelacyjny kalendarz, w którym zakochałaś się od razu – trafi do Ciebie. Co tam rozlana kawa, co tam tosty… Ważne, jak dzień się kończy, nie jak zaczyna.”

Tak zareagowałam na wieść wielce radującą duszę moją – ale po kolei.

Podczas zagłębiania się w internetowe czeluści (tak wiem, to ryzykowny manewr, ale ja innych nie wykonuję) natrafiłam na blog, który wpasował się w gagatkowe klimaty jak już dawno żaden. Zachęcił mnie już tytuł bloga, bo wiadomo, że jest tylko One Way 2 Freedom. A potem to już 11825673_494721714017838_7228567362650479681_nw ogóle wsiąkłam, te wszystkie zdjęciowe szaleństwa z włoskim słońcem w tle (kiedy na termometrze za gagatkowym oknem -10 działają tak dobrze (a może nawet lepiej!) jak herbata z imbirem). I podczas mojego scrollowania, przewijania i totalnej inwigilacji natrafiłam na konkurs, w którym nagrodą był kalendarz. Ale nie taki zwykły, drukowany hurtowo i z krzywym grawerem w prawym dolnym 15589512_1366818730029219_5055407956683368393_nrogu. Ten był stworzony z pasji, ciężkiej pracy i jego stworzenie miało jakiś cel – no i oczywiście graficznie był piękny – Gagatkowa swoim zwyczajem zapragnęła ową piękność posiąść we władanie. Niebiosa trochę pomogły iii… jest!  Mam! Oto jest! Piękny, unikatowy, rewelacyjny!

Listonosz był nieco zaskoczony – w sumie miał prawo. Musiałam wyglądać jak dziewczynka, która właśnie dostała lizaka pod nieobecność mamy… 😉

Co za doskonały prezent pod choinkę!

One Way 2 Freedom – dziękuję Wam, Kochani 🙂

 

PS. Marzenia się spełniaaająą… Tylko mocno, mocno, mocno w nie wierz! 😀

*Logo pochodzi ze strony @OneWay2Freedom

Magia Świąt, czyli dobre duchy i soczewki kontaktowe.

W Gagatkowie jak zwykle kocioł, każdy zajęty swoimi obowiązkami, nawet Gagatek załatwia swoje bardzo pilne sprawy w postaci robienia ozdób na choinkę z masy solnej i rysowania komiksów z bohaterami Dinopociągu („- Nie przeszkadzaj mi, chciałabyś, żeby ktoś Ci przeszkadzał, jak sprzątasz? – Yyy… nie, no przecież, że nie… ” 😛 ). Całe szczęście wokół jest mnóstwo dobrych dusz, które znacząco ułatwiają i uprzyjemniają całą tę przedświąteczną gonitwę.

Lubię wysyłać kartki na święta. Takie papierowe mają zupełnie inny wydźwięk niż e-kartki lub, o zgrozo, życzenia na fb. A że Gagatkowa uprawnień do kierowania pojazdami mechanicznymi nie posiada (w trosce o życie swoje i innych) logoi w związku z tym transport do placówki pocztowej miała zgoła utrudniony. Mimo wszystko udało się jej wysłać kartkę świąteczną bliskiej osobie korzystając z Poczty Kartkowej – świetny wynalazek. Wybieramy kartkę, treść życzeń (w pełni edytowalna), czcionkę, jaką mają być drukowane. Podajemy adres jej doręczenia i… hop! Rewelacyjna sprawa.

Na święta – wiadomo, każdy chce, żeby zakupy były udane, buty wygodne, a Gagatkowa najbardziej chce, żeby wchodząc z zewnątrz do pomieszczenia nie miała pary przed oczami.logo-1 Bo Gagatkowa, moi drodzy czytelnicy, jest krótkowidzem i to tym z gatunku „nos w kartce”. A że soczewki kontaktowe skradły jej serce równie mocno jak biała czekolada z żurawiną, została poproszona o swoją opinię na ich temat w zamian za mały, świąteczny upominek przy zakupach na ich stronie. Możecie ją (i opinie innych soczewkowców) przeczytać na stronie http://soczewki24.pl/soczewki-kontaktowe-dlaczego-warto. Zachęcam do odwiedzenia strony (i zakupów, oczywiście 🙂 )

I  zaczął się dla Gagatkowej czas świątecznych prezentów.

Magia Świąt.

 

*Zdjęcia pochodzą ze stron Poczta Kartkowa i Soczewki24.

 

Najlepsi przyjaciele są na czterech łapach, czyli Futrzaki w Gagatkowie.

Gagatkowa miłość do wszelakich futrzastych lub opierzonych, z łuskami albo bez stworzeń jest wiadoma. Dawno temu powstał ku temu wpis (tutaj), ale dziś Gagatkowa idzie krok dalej.

Niektórzy z Was pewnie natknęli się już na portal naszefutrzaki.eu. Skupia on całą społeczność miłośników czterołapych, jednoogonowych, większych czy mniejszych futrzatych milusińskich. Znajdziecie tam ciekawe (naprawdę ciekawe, sprawdziłam!) artykuły o zwierzakach, porady i opinie na ich temat.

Ale nie tylko.

Portal Nasze Futrzaki organizuje też zbiórki pieniędzy na leczenie chorych zwierzaków – jeśli możecie pomóc, zachęcam – dobro zawsze wraca!

Ale nie tylko.

14595617_1067217503397543_2528144209327905312_nPortal nasze futrzaki.eu jest wszechstronny. Znajdziecie tam również możliwość dopieszczenia Waszego gniazdka za pomocą tapet i obrazów o nietypowym wzornictwie. Kontakt z załogą jest rewelacyjny, wybór szeroki, a zakupy szybkie, łatwe i przyjemne. Jeśli to dla Was ciągle za mało, mam dla Was kod promocyjny, który sprawi, że wartość Waszych zakupów zmaleje o 5% 😉

Kod to: matkagagatka 🙂

Zapraszam do Futrzakowa wszystkich – małych i dużych.

I pamiętajcie: „Nasi najlepsi przyjaciele zawsze mają cztery łapy”!

Strona internetowa (blog, sklep)
@naszefutrzaki na FB

Zdjęcia pochodzą ze strony: https://www.facebook.com/naszefutrzaki

Co za szajs, czyli gdzie ta nasza niepodległość?

Włączam tv.

Bucha na mnie odór tych wszystkich zafajdanych kłamstwem gęb, którzy celebrację narodowego święta zaczynają opluwaniem przeciwników politycznych, a kończą hipokryzją z cyklu: „Niech żyje wolność!”. To smutne, jak kraj z takim potencjałem, z taką historią – tak łatwo sam siebie wykańcza. Kiedy słucham o tym, jak rząd chce kupować chore dzieci za jednorazowe psie 4 tys., jak chcieli grzebać mi w macicy, jak targają się za włosy w imię rzeczy tak… mało istotnych, jak taki jeden z drugim odbierają ludziom tą wyszarpaną i okupioną tragediami ludzkimi wolność, to mnie krew zalewa. Nie, właściwie nie zalewa – zwyczajnie jest mi przykro, że ci, którzy za tę Wolność, tę prawdziwą, walczyli, muszą na ten burdel patrzeć.

Wyłączam tv.

 

Włączam komputer.

Najpierw wita mnie biało – czerwona wyszukiwarka. Wujku, opamiętaj się. Kiedyś barwy narodowe były święte, nie szastaj nimi. Ale czego się spodziewać po komputerowcach, skoro przedstawiciele władzy na uroczystości zamiast złożyć flagę – zwiną ją w kłębek i pieprzną w krzaki. Później nie jest lepiej – Fbook składa mi najlepsze życzenia z okazji Dnia Niepodległości. Czy tylko ja uważam to za co najmniej niestosowne? Być może nie działałoby to na mnie tak drastycznie, gdybym nie słyszała co chwilę, jak ten czy inny członek AK musi w wieku 90 lat bić się o godność, która należy mu się bardziej niż każdemu z nas. Zamiast takich ludzi nosić na rękach, sprawiać, by żyło im się jak pączkom w maśle – Fbook składa mi najlepsze życzenia.

Wyłączam komputer.

 

Dokąd to wszystko zmierza, boję się myśleć.

Najważniejszy prezent, czyli tak wiele za tak niewiele.

Wiara w Świętego Mikołaja jest ważną częścią świątecznego zamieszania w Gagatkowie (i coś czuję, że nie tylko). I mam nadzieję, że zostanie jeszcze na długo – w końcu przekonanie dorosłych o nieocenionej pomocy Św. Mikołaja w sprawie zapełniania podchoinkowego miejsca okołostojakowego nikogo nie dziwi. Co prawda jest to raczej część tradycji, powrót do dzieciństwa (kto z nas nie chce czasem zapomnieć o tym całym kołowrocie i poczuć się jak małe dziecko…?), ale to wcale nie umniejsza wagi obecności Św. Mikołaja w zdecydowanej większości polskich domów, w tym w gagatkowej kołomyjce.

I na skutek zbliżającej się prezentowej zawieruchy, Gagatkowa postanowiła zrobić pierwszy krok w sprawie odhaczenia całej listy upominkowej i na stronie http://www.listymikolaja.pl/ 
zamówiła list do Gagatka prosto z Mikołajowej krainy elfich zabawek.

To świetny pomysł dla wszystkich rodziców, którzy chcą sprawić furę radości swoim małym pociechom (tym większym też, w końcu list od prawdziwego Św. Mikołaja to duża rzecz!).

Ku uciesze Gagatkowej matki (a błogiej nieświadomości Gagatka) błyskawicznie po złożeniu 14955997_1318062644904828_5242998320046495031_nzamówienia (po dwóch dniach – u nas to oznacza mniej więcej „lotem błyskawicy”) doręczono piękną, błyszczącą, czerwoną kopertę.
W miejscu na adres widnieje Gagatkowe imię i nazwisko, adres, wszystko podbite Mikołajową pieczęcią.

 

W środku znajduje się list napisany własnoręcznie przez Św. Mikołaja (który oczywiście napisała wcześniej Gagatkowa) – na stronie jest możliwość pełnej edycji tekstu, dzięki czemu można dopasować list całkowicie pod dziecko, można też skorzystać z gotowych szablonów. Jest mnóstwo wariantów dla dziewczynek, dla chłopców, znajdziecie tam też listy dla noworodka, a nawet dla dorosłych! Możliwości jest mnóstwo. Powagi całej korespondencji dodaje pieczęć Św. Mikołaja, piękna, złota, fakturowana. No i podpis, wiadomo!

W kopercie znajduje się również Dyplom Grzecznego Dziecka – coś absolutnie genialnego – takie trochę zaklinanie przyszłości, ale kto nie próbuje, ten nie wygrywa 😉 Dyplom oczywiście imienny – idealny do oprawienia w ramkę i powieszenia nad łóżkiem.

Oprócz listu i dyplomu są jeszcze dwie rzeczy – naklejka z informacją dla Św. Mikołaja o 14993327_1318062671571492_414407107420517604_noczekiwaniu na prezenty i coś, co mnie urzekło po całości – pocztówka od Naczelnego Elfa w Mikołajowej Krainie Zabawek. Z racji tego, że list wysłaliśmy już dzisiaj Pocztą Kominową* (genialny patent GB, instrukcja poniżej), ową pocztówkę Gagatek otrzyma już w tym tygodniu. Jest na nim wiadomość dla dziecka – dodatkowy as w rękawie dla rodzica w razie Sytuacji Nagłych Nerwów Dziecięcia.

 

Reasumując – na stronie http://www.listymikolaja.pl/ możecie zamówić sam list od Św. Mikołaja, albo tak jaka ja zamówić cały Pakiet Premium –

capture-20161111-194124list + dyplom + naklejka + pocztówka + koperta GOLD.
Możecie zamówić także spersonalizowane wideo od Św. Mikołaja dla Waszej pociechy – czy jest coś lepszego dla dziecka na wigilijny wieczór? Daję Gagatkową Gwarancję, że przyniesie to mnóstwo radości nie tylko dziecku, ale i Wam, ja sama trzymając list w rękach poczułam się jak mała dziewczynka i zapachniało znikąd piernikami.

 

*Poczta Kominowa – napisany list wrzucamy do pieca/kominka i z wiatrem wędruje prosto do Św. Mikołaja, system piec – kominek, lub kominek – kominek (dowolnie). Jest to poczta bezawaryjna, czynna 24/h, siedem dni w tygodniu, także w niedziele i święta.

 

 

**Zdjęcie u góry i logo pochodzi z serwisu Elfi, ze strony http://www.listymikolaja.pl/.

Prywatny raj Gagatka – Bałtów, czyli świat prehistorii w pigułce.

Są miejsca,  gdzie niezależnie od rozeznania w progach podatkowych, znajomości branży IT czy wysokości numeru PESEL każdy czuje się przedszkolakiem odkrywającym świat.

Są miejsca, gdzie niezależnie od przebytych kilometrów czy miejsca zakotwiczenia w czasoprzestrzeni wraca się po wielokroć.

Są miejsca, gdzie dla szalonego pasjonata prehistorycznych stworzeń jest raj na Ziemi.

Takim miejscem jest JuraPark Bałtów.

Wysoce ponadprzeciętna skłonność Gagatka ku bestiom z zakamarków historii jest powszechnie znana wszędzie tam, gdzie pojawił się przynajmniej raz. Jest to główny temat jego zaczepek – zaraz po „cześć!” pada wykład zawierający treści paleontologicznie mocno wyspecjalizowane. Charakterystykę każdego prehistorycznego stworzenia przedstawi w nocy o północy – od budowy (co to k#%$@ znaczy ptasiomiednicze?!), przez pokarmy (zaraz zaraz, gdzieś to miałam… A! Na studiach z biologii!), po lokalizację z czasie („Nie mamo, to wczesna jura, bo wtedy takie drzewa były”). Tyle, ile ja znam nazw dinozaurów, on potrafi wymienić na jedną literę. Operuje nazwami, których ja nawet nie umiem poprawnie wymówić.

Nic dziwnego, że musieliśmy tam być.
Nie zawiedliśmy się. Ścieżka dydaktyczna dostatecznie długa, aby poznać te najważniejsze, najbardziej znane stworzenia i dostatecznie krótka, by małe dziecięce nóżki przeszły ją bez problemu. Oceanarium – mega! Królowało w naszych rozmowach przy obiedzie jeszcze jura-park-logo-gallery_mai2-22689baaaardzo długo, zrobiło wrażenie na każdym z nas (sama często zdejmowałam okulary, żeby się upewnić, czy to aby projekcja jest), sam finisz… Nie, nie powiem Wam, ale podczas naszych odwiedzin Gagatek wisiał mi na szyi, a co słabsi wychodzili dużo szybciej niż powinni 😉 Zwierzyniec Górny arcyciekawy (zwłaszcza kiedy jakaś koza – kamikadze wskoczyła przed autobus i ani myślała zejść – dziecięce piski i śmiechy brzęczały w uszach jeszcze jakiś czas), Dolny przeszliśmy w deszczu, co nie umniejszyło jego atrakcyjności. Czasu na Sabathówkę już brakło – niezaprzeczalny znak, że trzeba będzie wrócić!

A wrócimy z przyjemnością.

 

PS. Zdjęcia będą, oczywiście, ale obecnie się odzyskują, ponieważ nawet Gagatkową matkę dopadła Złośliwość Rzeczy Martwych.

 

 

Ciasto marchewkowe jako sposób na nudę, czyli Gagatkowa gotuje #4

Jak powszechnie wiadomo, w Halloween na słodkich, deserowych talerzykach gościć powinno pumpkin’ pie, czyli słodkie, mokre ciasto z dyni. U Gagatków często jest na opak (bo kto zabroni…), więc tym razem dyni nie ma – jest marchew.

Gagatek jako urodzony kuchcik usłyszawszy hasło: „Robię ciasto! Pomagasz?” rzucił wszystko, z niespotykaną prędkością powrzucał zabawki do pudełek (nie segregowawszy tychże, ale kto by tam się duperelami przejmował) i zameldował się zwarty i gotowy z obieraczką w ręce. Tak więc popełniliśmy kolejny słodki proceder z zakresu Słodycze Prawie Jak Sałatka, Więc Właściwie Można – w Gagatkowie zagościło ciasto marchewkowe pokryte przez debiutującą w tym zakresie Gagatkową samodzielnie wykonaną masą cukrową.

Tak więc oto super tajna receptura na Zawsze Wychodzące Ciasto Marchewkowe 🙂

  1. Robię sobie kawę.
  2. Wręczam dziecięciu obieraczkę do warzyw i trzy marchewki. Komisyjnie liczymy palce i instruuję o niezmienianiu ich stanu liczbowego.
  3. Do miski wbijam dwa jajka i wsypuję szklankę cukru. Jako że mijam się z oryginalnym przepisem bardzo często, zamiast brązowego cukru dałam biały – kolor się nie zmienił, a smak – cóż, nikt nie narzekał 😉 Ubijam na biało.
  4. Piję ciepłą kawusię z genialnego kubka z biedry.
  5. Do ubitych jajek wlewam niepełną szklankę oleju, ubijam dalej. (lubię ciasta na oleju, mniej z nimi roboty, szybciej jest i w ogóle…)
  6. Zmieniam kuchcikowi narzędzie pracy – na przesiewaczkę do mąki, w której znajduje się szklanka mąki i 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia i miseczkę.
  7. Wśród wszechobecnej mgły z mąki odnajduję tarkę do warzyw i na średnich oczkach ścieram marchewki. Ok, jedną, bo już druga zostaje mi wyrwana przez pomocnika z odwiecznym „ja chcę!”. Komisyjne liczenie palców, instruowanie itd.
  8. Wsypuję mąkę do jajek z olejem, ucieram na gładko.
  9. Starte marchewki dorzucam do ciasta, wylewam na małą blaszkę. 170 st., około 50 min., do suchego patyczka.
  10. Robię masę cukrową: do szklanki cukru pudru wlewam rozpuszczoną w małej ilości wrzątku żelatynę, dodaję odrobinę soku z cytryny. Zagniatam na ciasto podsypując resztą cukru. Rozwałkowaną wykładam na gorące ciasto. Część masy zafarbowałam sokiem z marchewki, bo oczywiście dopiero po fakcie znalazłam barwniki.

Pycha!

14937246_1306649462712813_7968543048544465623_nTak, kurde, to na wierzchu to marchew – z plastyki miałam 4 tylko dlatego, że miałam 100% frekwencji na zajęciach.

Zrobił nam się blog kulinarny, ale Gagatkowa gotować lubi, oj lubi! I stad mój apel do rodziców: angażujmy dzieci w kuchni – bałagan i tak się zrobi, a o ile przyjemniej się sprząta po szczęśliwej latorośli 🙂

Szpinakowe love, czyli Gagatkowa gotuje #3

Gagatkowa matka postanowiła uraczyć Was, moi drodzy Czytelnicy, kolejną wspaniałą recepturą, która rodzinie Gagatków przysłużyła się w sposób znaczny, albowiem:

a. Gagatek pokochał zielony, paskudny, błotnisty i ciapowaty szpinak w każdej możliwej ilości i pod każdą możliwą postacią (czym wywołuje powszechne zdumienie wśród gawiedzi),
b. Gagatkowa matka zaczęła tolerować czosnek, który to w całym jej życiorysie był Substancją Bezwzględnie Zakazaną ze względu na jego specyficzne walory sensoryczne
c. jest to danie zdrowe, proste, smaczne, szybkie i tanie (a to dla Gagatkowej matki ważne przymiotniki w jej karierze matki, żony i kucharki), tak więc ku uciesze Gagatka gości on na stole przeciętnie raz w tygodniu.

Mowa, moi drodzy, o naleśnikach ze szpinakiem.

Naleśniki każdy robi najlepsze na świecie. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Ale szpinak… No właśnie. A Gagatkowa robi szpinak do naleśników tak:

 

1. Robi sobie kawę.

2. Mrożony brykiet wrzuca do rondelka. Przykrywa pokrywką, ustawia najmniejszy płomień i czeka.

3. Pije gorrrącą, pachnącą kawę, zagryza ciasteczkiem.

4. Kiedy szpinak się rozmrozi wrzuca sałatkowy ser Favita (nie ricottę, nie inne wynalazki – czasem fetę, jak chce poczuć się jak burżuazja) najlepiej tłusty (Gagatkowa nie lubi się narobić ani ubrudzić, więc po prostu przecina cały kartonik na pół nad zlewem, wylewa wodę i wydłubuje łyżką ser – to, co się nie da wydłubać, traktuje jako dary od niebios jedynie dla siebie). Miesza, aż się rozpuści.

5. Do miseczki kładzie 2 łyżki śmietany, łyżkę przyprawy do zup i dwie łyżki kaszy manny – po dokładnym wymieszaniu wlewa do szpinaku. Zamiesza, przykrywa.

6. Doprawia szczyptą pieprzu czosnkowego i sporą ilością suszonego lubczyku.

7. Kiedy w ogródku się zieleni, wrzuca też drobno posiekany pęk pietruchy i parę liści selera. Robią charrrakter 😉

8. Odstawia na pół godz. pod przykryciem.

15390776_1356717294372696_56628063072501886_n

 

Tak przygotowany szpinak jest genialny też na zimno jako pasta do kanapeczki z pomidorkiem (ale nie liczcie, że cokolwiek zostanie na później…).

Smacznego!