Jak obiad z tyranozaurem wygrał z basenem w salonie, czyli Gagatkowej sposób na nudę.

20170820_115444

 

„Siedzę sobie na kanapie,
a za oknem deszczyk kapie –
kapie z prawa, kapie z lewa
i podlewa w parku drzewa!”

 

Są sytuacje i Sytuacje. A dziś nastała Sytuacja Nadzwyczajna – Gagatkowa nuda osiągnęła poziom ekstremalny. Myślę, że prawie każdy rodzic przedszkolaka/uczniaka zna ten moment, kiedy pod koniec sierpnia zostaje wprowadzony w domu stan wyjątkowy; kiedy to rodzicowi kończy się cierpliwość, a dzieciom pomysły na czasoumilacze (i zaczynają świrować, psocić – niezamierzenie, wymyślać coraz bardziej odjechane zabawy – np. wymagające wyjęcia wszystkich dostępnych sztućców w domu lub rozłożenia w salonie basenu ogrodowego, z którym dziecko się zżyło przez ostatnie dwa miesiące).

I taki to moment nastał także w Gagatkowie. Zbiegło się to (o zgrozo!) z zimnym deszczem plującym z nieba, więc wszelakie aktywności podwórkowe wypadły z gry. A że Gagatek twórczą ma naturę i zdecydowanie bardziej woli budować nowe rzeczy niż korzystać z gotowców – Gagatkowa matka wpadła na pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę i którym postanowiła się z Wami podzielić (albowiem rodzice powinni trzymać się razem i dzielnie się wspierać w walce z dziecięcą nudą).

Orężem w tej walce były kredki, naklejki, zabawki , a przede wszystkim Gagatkowa wyobraźnia jako sprzęt bazowy. I tak powstała wielka gra planszowa z dinozaurami.

Na największym dostępnym w domu kawałku papieru (jak wiadomo cośtam w domu20170820_114842 każdy ma, ale toż to nie przewidzisz, kiedy co może być potrzebne; my rysowaliśmy na starym kalendarzu). Najpierw powstała ścieżka jako punkt wyjściowy, następnie wszystkie akcje (typu „czekasz jedną kolejkę”, „przesuwasz się trzy pola do przodu”). Później Gagat ozdobił wszystko naklejkami, poustawialiśmy zabawki na planszy (plastikowe palemki tworzące las, plastikowe kamienie, zagroda, figurki). I tak powstała całkowicie spersonalizowana gra planszowa, Gagatek był z siebie bardzo dumny, graliśmy raz, potem drugi i trzeci, i znów. I latał samolotem, i jeździł na ankylozaurze, i jadł spaghetti z tyranozaurem.

 

Gry planszowe tworzone samodzielnie są świetnym sposobem nie tylko na umacnianie 20170820_121856więzi z dzieckiem, kształtowanie umiejętności przegrywania (a radzenie sobie z porażkami to bardzo ważna umiejętność) ale przede wszystkim na rozwijanie umiejętności manualnych dziecka i jego wyobraźni. To ekstra pomysł, w pełni edytowalny, całkowicie spersonalizowany i co najważniejsze – tworząc samodzielnie grę planszową dla malucha, jej stopień trudności jest w pełni regulowany przez nas samych:

 

  1. prosto, klasycznie: ścieżka od punktu A do punktu B, bez udziwnień
  2. proste akcje typu „dwa pola do przodu”, „trzy pola do tyłu”, „wyrzuć 4 na kostce”
  3. akcje + zbieranie różnych przedmiotów na trasie rozgrywki (wtedy oprócz dotarcia do mety jako pierwszy liczy się także ilość zebranych monet/kamieni/bułek/zębów/kwiatków itp.

 

Akcje, które można wpleść w taką grę mogą być przeróżniaste, wszystko zależy od umiejętności dziecka, od potrzeb (mogą to być np, zadania matematyczne o różnym stopniu trudności – „5+4=” lub wyzwania ruchowe – „podskocz 5 razy na jednej nodze”. Można grę oprzeć na konkretnym temacie przerabianym aktualnie w szkole, na zainteresowaniach dziecka, na oswajaniu jego lęków, na dosłownie wszystkim!

Do zrobienia takiej gry nie potrzeba niczego specjalnego oprócz czasu, chęci i energii. Nie macie pionków? Grajcie guzikami. Nie macie kostki? Losujcie karteczki z cyferkami. Wszystko zależy od Was.

Niech się Wam chce chcieć! A jesień idzie, będzie o to nam wszystkim coraz trudniej…

 

 

Reklamy

Trzy słowa, czyli każdy może zostać czarodziejem!

magic-1459371_1280

MG: Wiesz, że każdy potrafi czarować?
G: Tak? Ja też?
MG: Oczywiście, dzieciaki są nawet lepszymi magikami niż dorośli!
G: Wooow! A jak się czaruje?
MG: Wystarczy znać trzy magiczne słowa.
G: Taaaa… Proszę, przepraszam, dziękuję. Wiem mamo. Ale one wcale nie są magiczne. „Hokus-pokus” na przykład. Albo „Abrakadabra”. Ale „dziękuję”? Przecież ono nic nie robi.
MG: Nieprawda. Te trzy słowa: ‚proszę’, ‚przepraszam’ i ‚dziękuję’ są naprawdę magiczne. Nazywają się tak nie dlatego, że ktoś tak kiedyś bez sensu wymyślił, tylko naprawdę potrafią coś wyczarować. Naprawdę robią większą magię niż „hokus-pokus”.
G: Naprawdę?
MG: No naprawdę.

MG: Kiedy używasz tych słów, potrafisz nawet coś wyczarować. Nie wszyscy ich używają, bo nie wszyscy o tym wiedzą – nie wszyscy wiedzą, że te słowa są naprawdę magiczne. Potrafisz nimi wyczarować coś więcej niż królika z kapelusza albo kwiatki, albo coś innego, co czarodzieje wyczarowują. Tymi słowami wyczarujesz coś, co Tobie da radość, co spowoduje, że się ucieszysz, że będziesz szczęśliwy. A przecież każdy lubi czuć się szczęśliwy! Wiesz co możesz wyczarować używając tych trzech słów? Uśmiech. U siebie albo u innych. A jeśli jest uśmiech, wszystko jest łatwiejsze, więcej można załatwić, no nie?

Wiesz, świat jest tak wymyślony, że to, co dajesz innym (i nie chodzi o zabawki, herbatę albo pieniądze, ale np. kiedy poświęcasz im czas, powodujesz, że się uśmiechają albo jesteś dla nich miły) spotyka też Ciebie. Nie wiem tak do końca jak to działa, ale działa, naprawdę. Czasem nie od razu, czasem trzeba poczekać, ale na pewno to, co miłego dałeś innym, wróci do Ciebie – np. na spacerze spotkasz jaszczurkę, rzeczy się tak poukładają, że będziemy mogli gdzieś wyjechać razem, znajdziesz coś, co dawno zgubiłeś – na pewno zdarzy się coś, co sprawi, że Tobie będzie miło. I to wszystko to magia, którą powodują właśnie te trzy słowa: „proszę”, „przepraszam” i „dziękuję”. Dzięki nim wszystko staje się prostsze dla Ciebie.

Jasne, że nie usuną tak całkiem problemów. W końcu nie każdy rozumie, czym jest magia. Albo czarowanie. Albo po prostu na niektórych magia nie działa. Tak się zdarza i już. Albo nie zawsze magia się uda – w końcu wszystkim magikom potrzebny jest trening, ćwiczenia i wszyscy się wcześniej muszą nauczyć czarować, zanim magia zacznie działać. Ale przecież, kiedy już się nauczą, to super jest ta magia, co?*

 

* Nie był to monolog. Padały różne pytania np.

G: Czy jeśli  będę mówił „proszę” i „dziękuję” to zawsze dostanę to, co chcę?
MG: Nie. Nie Zawsze. Dlatego, że to, czego chcesz, nie zawsze jest tym, co jest Ci potrzebne. Na przykład: bardzo chcesz jakąś zabawkę, np. skrzecząco – świecąco – chodzącego superdinozaura. Ale jej nie dostajesz. Jest Ci przykro, prawda? Ale kiedy go już dostajesz okazuje się, że nie chodzi tak, jakbyś chciał, albo nie ryczy wystarczająco głośno, ale świeci za słabo – i nie chcesz się nim bawić. I też jest Ci przykro – tak samo, jak wcześniej, kiedy go jeszcze nie miałeś. Czyli go chciałeś, ale okazało się, że go nie potrzebujesz. I tak jest z wieloma innymi rzeczami – jeśli czegoś nie dostajesz to widocznie tego nie potrzebujesz, tylko o tym nie wiesz – świat jest fajnie urządzony, nie do końca go jeszcze rozumiem, ale wiem, że wszystko się dzieje po coś. I nawet jak coś się nie dzieje – to też z jakiegoś powodu.

Dzieci są naprawdę mądrzejsze, niż się nam wydaje. Wystarczy się przy nich zatrzymać, raz rozwiać niektóre wątpliwości, innym razem nakierować na samodzielne rozwiązanie.

Rozmawiać.

Rozmawiać.

Rozmawiać.

Dziecko, czyli nasz najukochańszy gorszy sort.

binding-1328348_1920

W Dzień Dziecka wpisy powinny być radosne. Powinno z nich ognistym żarem buchać szczęście, a miłość wylewać się z brzegów. W Dzień Dziecka na blogach powinna znajdować się sama tęcza, bo przecież dzieci to nasze najukochańsze skarby, nasze miłości największe. Każdy rodzic życie by oddał za własne dziecko, a dziecięce łzy smakują stokroć bardziej gorzko niż swoje własne. W Dzień Dziecka to dziecko powinno być najważniejsze. I jest, no przecież że jest!

Czy aby na pewno…?

Rodzice zbyt często wykorzystują to, że dziecko jest mniejsze, słabsze, mniej rozumie. To wytrych dla rodzica, usprawiedliwiający go przed sobą samym, doskonale pomyślany zresztą. Dorosłemu wolno więcej. Dorosły może, bo… BO JEST DOROSŁY. Dziecku nie wolno wolniej, bo przecież żyje w świecie dorosłych, gdzie wszystko pędzi na złamanie karku, a każda godzina jest ważna jakby miała życie inaczej poukładać (serio, naprawdę jest tylko mały ułamek sytuacji, kiedy ta jedna godzina zmieni Twoje życie); dziecko nie może gorzej od innych, bo przecież żyje w świecie dorosłych, gdzie w wyścigu szczurów ludzie zabijają się o własne pięty; dziecko nie może po swojemu, bo przecież ma to inny szablon niż u dorosłych.

I tak to biedne dziecko radzi sobie jak może, żeby przeżyć wśród tych wszystkich „pośpiesz się!”, „nie ubrudź się!”, „weź żółtą kredkę!”, „nie tak!”, „zostaw!”, „odejdź!” itp., itd. Radzi sobie, przystosowuje się jak umie, już od pierwszych miesięcy opracowuje (na początku nieświadomie) swoją strategię przetrwania. I to od Ciebie rodzicu zależy, jakie miejsce w niej zajmiesz – jako sojusznik, wróg czy ktoś totalnie bez znaczenia strategicznego. Jak kałuża.

Rodzicu, nie bądź kałużą.

Spójrzcie na zdjęcie powyżej. Piękny obrazek, prawda? Dorosły prowadzi dziecko. Małe paluszki ściskają dużą rękę, pozwalają się prowadzić. A wiecie co ja widzę? Dziecko trzyma dorosłego, bo nie zna świata, bo się boi, pozwala się prowadzić, żeby czuło się bezpiecznie. A dorosły? Dorosły nie trzyma dziecka – wystawił jedynie rękę, aby uspokoić sumienie – „jestem, pomagam”. To nie dorosły opiekuje się dzieckiem, to dziecko pilnuje się dorosłego.

W ten Dzień Dziecka, w ten szczególny dzień, w ten jeden na 365 identycznych dni – pozwól dziecku być dzieckiem, daj mu ten luksus. Przytulaj najmocniej jak można. Całuj częściej niż zawsze. Odpuść. Należy mu się bycie dzieckiem przynajmniej w ten jeden dzień roku. Niech się wytarza w błocie. Niech się naje piachu. Niech zje tonę lizaków. Niech pomaluje słońce niebieską kredką, a trawę na czerwono. Niech założy dwie różne skarpetki – przecież może. Przecież to w żaden sposób nie wpłynie negatywnie na Twoje życie. Świat się nie skończy, kiedy pomalujecie buzie farbami, a ono ubrudzi Twoją bluzkę, kanapę czy psa (pies akurat na pewno będzie szczęśliwy, także luz).

Rodzicu, wyluzuj. Masz dzisiaj jedyną okazję.

 

 

* Mam nadzieję, że ci, którzy tu zaglądają, znają mnie (mogą mnie nie lubić – pozwalam!) wyłapali sarkazm i wyolbrzymienie w niektórych miejscach oraz to, że piszę jedynie o tej grupie dorosłych, dla których dziecko faktycznie jest gorszym sortem. Jest przecież cała reszta wspaniałych rodziców, którzy rozumieją swoje dziecko sercem, nie głową.

Najważniejszy prezent, czyli tak wiele za tak niewiele.

Wiara w Świętego Mikołaja jest ważną częścią świątecznego zamieszania w Gagatkowie (i coś czuję, że nie tylko). I mam nadzieję, że zostanie jeszcze na długo – w końcu przekonanie dorosłych o nieocenionej pomocy Św. Mikołaja w sprawie zapełniania podchoinkowego miejsca okołostojakowego nikogo nie dziwi. Co prawda jest to raczej część tradycji, powrót do dzieciństwa (kto z nas nie chce czasem zapomnieć o tym całym kołowrocie i poczuć się jak małe dziecko…?), ale to wcale nie umniejsza wagi obecności Św. Mikołaja w zdecydowanej większości polskich domów, w tym w gagatkowej kołomyjce.

I na skutek zbliżającej się prezentowej zawieruchy, Gagatkowa postanowiła zrobić pierwszy krok w sprawie odhaczenia całej listy upominkowej i na stronie http://www.listymikolaja.pl/ 
zamówiła list do Gagatka prosto z Mikołajowej krainy elfich zabawek.

To świetny pomysł dla wszystkich rodziców, którzy chcą sprawić furę radości swoim małym pociechom (tym większym też, w końcu list od prawdziwego Św. Mikołaja to duża rzecz!).

Ku uciesze Gagatkowej matki (a błogiej nieświadomości Gagatka) błyskawicznie po złożeniu 14955997_1318062644904828_5242998320046495031_nzamówienia (po dwóch dniach – u nas to oznacza mniej więcej „lotem błyskawicy”) doręczono piękną, błyszczącą, czerwoną kopertę.
W miejscu na adres widnieje Gagatkowe imię i nazwisko, adres, wszystko podbite Mikołajową pieczęcią.

 

W środku znajduje się list napisany własnoręcznie przez Św. Mikołaja (który oczywiście napisała wcześniej Gagatkowa) – na stronie jest możliwość pełnej edycji tekstu, dzięki czemu można dopasować list całkowicie pod dziecko, można też skorzystać z gotowych szablonów. Jest mnóstwo wariantów dla dziewczynek, dla chłopców, znajdziecie tam też listy dla noworodka, a nawet dla dorosłych! Możliwości jest mnóstwo. Powagi całej korespondencji dodaje pieczęć Św. Mikołaja, piękna, złota, fakturowana. No i podpis, wiadomo!

W kopercie znajduje się również Dyplom Grzecznego Dziecka – coś absolutnie genialnego – takie trochę zaklinanie przyszłości, ale kto nie próbuje, ten nie wygrywa 😉 Dyplom oczywiście imienny – idealny do oprawienia w ramkę i powieszenia nad łóżkiem.

Oprócz listu i dyplomu są jeszcze dwie rzeczy – naklejka z informacją dla Św. Mikołaja o 14993327_1318062671571492_414407107420517604_noczekiwaniu na prezenty i coś, co mnie urzekło po całości – pocztówka od Naczelnego Elfa w Mikołajowej Krainie Zabawek. Z racji tego, że list wysłaliśmy już dzisiaj Pocztą Kominową* (genialny patent GB, instrukcja poniżej), ową pocztówkę Gagatek otrzyma już w tym tygodniu. Jest na nim wiadomość dla dziecka – dodatkowy as w rękawie dla rodzica w razie Sytuacji Nagłych Nerwów Dziecięcia.

 

Reasumując – na stronie http://www.listymikolaja.pl/ możecie zamówić sam list od Św. Mikołaja, albo tak jaka ja zamówić cały Pakiet Premium –

capture-20161111-194124list + dyplom + naklejka + pocztówka + koperta GOLD.
Możecie zamówić także spersonalizowane wideo od Św. Mikołaja dla Waszej pociechy – czy jest coś lepszego dla dziecka na wigilijny wieczór? Daję Gagatkową Gwarancję, że przyniesie to mnóstwo radości nie tylko dziecku, ale i Wam, ja sama trzymając list w rękach poczułam się jak mała dziewczynka i zapachniało znikąd piernikami.

 

*Poczta Kominowa – napisany list wrzucamy do pieca/kominka i z wiatrem wędruje prosto do Św. Mikołaja, system piec – kominek, lub kominek – kominek (dowolnie). Jest to poczta bezawaryjna, czynna 24/h, siedem dni w tygodniu, także w niedziele i święta.

 

 

**Zdjęcie u góry i logo pochodzi z serwisu Elfi, ze strony http://www.listymikolaja.pl/.

Bezdzietne wychowują lepiej, czyli siedem gagatkowych grzechów głównych.

Podczas przeglądania internetowych czeluści Gagatkowa matka natrafiła na hasło: „Jesteś ekspertem od wychowania dzieci dopóki nie masz swoich”. I zamyśliła się głęboko. Zaduma dotyczyła głównie jej osobistych weryfikacji wyobrażeń z rzeczywistością zastaną i wniosków z nich płynących. Wniosek z tychże weryfikacji jest jeden:

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach.

Co to miało nie być. Ochy i achy, spodnie w kant i skrzypce w dłoń! Twarz cherubinka była właściwie w pakiecie, więc nie pozostawało nic innego jak do tego rumianego lica dopracować równie rumianą resztę. Okazało się to być… niepotrzebne. Bo sztuczne twory to ja mam w filmie.

Jedną z wielu rzeczy, jakie oduczył mnie mój cherubinek o diablim spojrzeniu jest dążenie do perfekcji. I, jak każda matka, pozwalam sobie na rodzicielskie grzeszki.

1. Bajki w tv.

No są. Jak wszędzie. I jak matka mówi, że nie włącza, to kłamie (no dobra, tak dla przyzwoitości – 99,9% kłamie). Ja tam nie wiem, jak jest u Was. W Gagatkowym świecie zwykle słychać konkretne bajki (Lwia Straż, Pidżamersi i nieśmiertelny Dinopociąg), od czasu do czasu jakiś pełen metraż, jeśli jest dobry. Ale przyznaję się, bywają takie dni (rzadko, ale jednak), że telewizor tłucze się pół dnia, chociaż służy właściwie za radio (a bajki za słuchowiska) – Gagatek zajęty budowaniem kolejnego dinocity lub Samochodu Do Przewozu Zwierząt Wymarłych nie gapi się co prawda w tv, ale weź mu spróbuj wyłączyć. Dlatego coraz częściej pojawiają się inne formy rozrywki z cyklu: Działanie w tle.

2. Audiobooki i słuchowiska

No właśnie. Czytanie bajek dziecku na dobranoc to najlepsza rzecz, jaką rodzic może dać swojemu dziecku. Bliskość, jaka się wtedy tworzy, wspólne żarty (Gagatek rzadko słucha bajek w ciszy i bez komentarzy przerywanych rechotem lub wzdychaniem „och!”) budują coś, co zaprocentuje w przyszłości. Gagatkowy pokój jest zawalony książkami dla dzieci wszelakiego typu i gatunku (może kiedyś opiszemy nasze ulubione pozycje, chcecie?); do niektórych często wracamy, inne czekają na lepsze czasy. Ale czasami nie ma siły na czytanie i jako modelowo nieidealna matka znalazłam zamienniki. Bajkowisko lub inny kanał na YT  zapewni Wam, innym modelowo nieidealnym mamom chwilę na dwa spokojne wdechy.

3. Kołysanki w radiu

Stacje radiowe dla dzieci uważam za genialny wynalazek, cześć i chwała ich twórcom! Wspólne śpiewanie o gruszce, Puszku lub kapiącym deszczyku jest drugą, moim zdaniem, najlepszą rzeczą, jaką można robić wspólnie z dzieckiem. Bo umówmy się, jak poważni byśmy nie byli na co dzień, każdy z nas potrzebuje czasem skakania typu „pchła”, resetu i wygłupów – a z kim, jak nie ze swoim maluchem? I pierogi jakieś lepsze wychodzą, i sprząta się łatwiej, i maluch nie marudzi, kiedy prosisz delikwenta o pomoc. Wieczorne śpiewanie dziecku kołysanek to rytuał także w Gagatkowie. Ale czasem są dni, kiedy Gagatkowa matka nie jest w stanie wydać z siebie niczego bardziej konstruktywnego niż przeeeeciąąąągły zieeeew, a wtedy kołysanki np w open.fm są w dechę. Taka uwaga… z własnego doświadczenia wiem – należy włączać je w docelowym miejscu spania. Późniejsze zmiany lokalizacji są niezmiernie trudne.

4. Spanie z dzieckiem

I w ten oto sprytny sposób przechodzimy do następnego grzeszku. Gagatek ma lat pięć – poważny wiek i co za tym idzie gabaryty też jakby już mało komfortowe, jeśli chodzi o mobilność na rodzicielskich rękach lub zdrowe wysypianie się. Ale tak, czasem śpimy razem. W sumie to nie powinnam klasyfikować to jako grzeszek, bo jakoś nie czuję skruchy popełniając ten proceder. Tak sobie myślę, że wielu rodziców chciałoby jeszcze spać z dzieciakami, tylko boi się:
a) a co, jak oduczy się spać sam
b) jak się X dowie, że mój Y śpi ze mną jeszcze to mnie wyśmieje
c) przecież to patologia!
a. Cóż. Ja uważam, że dziecko, zwłaszcza małe – bo pięciolatek chyba dorosły nie jest, potrzebuje bliskości rodziców, nie tylko w trudnych dla siebie momentach. Czasem tak po prostu, każdy zresztą, nie tylko dziecko, potrzebuje bliskości. Jeśli weźmiesz go do łóżka raz czy dwa na pewno się nie „oduczy”.
b. Jeśli obchodzi Cię, co sądzi X o lokatorach Twojego łózka, to ja nic na to nie poradzę.
c. XXXXXXXXX

5. Gry online

No gramy, gramy. Może nie nałogowo, może nie systematycznie, ale w sytuacji kryzysowej polecam wszystkim mamom dwie strony z rewelacyjnymi grami dla maluchów:
http://www.yummy.pl/
http://www.lulek.tv/

Sprawdzają się w sytuacjach podbramkowych, kiedy uczucie pt.: „Zaraz wybuchnę” zaczyna nieprzyjemnie rozchodzić się od czubka nosa po pięty. 10 – 15 min maluchowi nie zaszkodzi, a nawet pomoże rozwijać koordynację oko-ręka, a rodzicom da czas, żeby się uspokoić i wyciszyć sytuację.

6. Zasypianie przed tv.

Gagatkowa, jako modelowo nieidealna matka uważa, że nie wszystko musi być na kant i pod linijkę.  Gagatek, jako przedszkolak z bardzo poważnymi obowiązkami, które wymagają określonej ilości i jakości snu zasypia około godz 19:45 – 20:00. Ale zdarzają się takie dni, przeważnie wypadają na to piątki (bo nie ma na świecie człowieka, który nie lubi piątków), kiedy w Gagatkowie słychać popcornowe trzaski, pachnie czekoladą i słychać śmiechy do później nocy. Dni z cyklu „nie mamo, dzisiaj nie śpię całą noc!” tym cenniejsze, im rzadsze. I działają jak wentyl bezpieczeństwa, kiedy wszystko burczy jak w budzącym się wulkanie.

7. Telefon.

Tak, Gagatek ma własny telefon. Pięciolatek. Co za świat. Ale zanim zalejecie Gagatkowo wiadrem ciepłych i lepkich pomyj uściślę, że nie służy on do dzwonienia. Jest to najzwyklejszy smartfon, nieużywany już z racji wieku i niewątpliwych zasług, ale z ciągle sprawnym aparatem fotograficznym, z którego to Gagatek czerpie szczerą uciechę podczas wojaży i nie tylko. Na FB pojawiają się czasem gagatkowe twórczości, głównie real photo z gatunku przyrodniczych łowów z cyklu: „Zdjęcia z atlasu pająków jako najskuteczniejsza metoda na zawał matki.”

 

O plasterku na plastikowym pancerzyku i rodzicach – Grupie Lubiącej Władzę.

G: Nie działa mi aparat. Napraw mi!
MG: Dobrze, spróbuję Ci pomóc, tylko zjem obiad.
G: [łup! zabawką o podłogę] Chcę teraz!
MG: [udając, że nie zauważyła] Teraz nie mogę, widzisz, że jem obiad. Jeśli nie chcesz czekać idź do kogoś innego, to Ci pomoże. Na mnie musisz poczekać.
G: [oglądając zabawkę] Nie działa mi żuczek! Popsuł mi się! Wyrzuć!
MG: Może się popsuł, bo rzuciłeś nim o podłogę? I to tak bardzo mocno? Żuczki nie lubią być rzucane, zwłaszcza tak mocno jak przed chwilą.
G: To wyrzuć go, chcę nowego! Takiego, który działa!
MG: Nie dam Ci drugiego, ale kiedy skończę, dokładnie go obejrzymy, może nie popsuł się tak całkiem. Może się okaże, że da się go naprawić. A jeśli nie – będziesz wiedział, że nie można rzucać zabawkami o podłogę. Jest taka piłeczka, specjalna, wiesz? Nazywa się „zośka” i nią można rzucać – ale tylko o podłogę – tak najmocniej jak tylko się potrafi, kiedy się człowiek zezłości. A ona się nie odbija, wiesz?
G: A jak ona wygląda?
MG: Jest najczęściej okrągła, zrobiona z materiału, albo ze skóry, a w środku jest ryż albo groch, albo piasek.
G: Może żuczka będzie się dało naprawić… Kupimy taką piłeczkę, co, mamo?

 

Kary są łatwą metodą wychowawczą. Powodują czystość sumienia (przynajmniej na początku), wybielają w oczach innych i dają poczucie władzy. Tylko, że sumienie w dalszej perspektywie gryzie jak cholera, bo przecież dziecko nie chciało, miało prawo nie wiedzieć lub nie potrafić poradzić sobie z emocjami; pokazują innym, że jesteśmy rodzicami, którzy REAGUJĄ, którzy nie pozwalają gówniażerii DOMINOWAĆ, którzy RZĄDZĄ. Szkoda tylko, że „rządzą” słabszymi, a swoich nerwów nie potrafią pohamować. Brawo dla tych, którzy myślą o karze jak o sposobie na pokazanie „kto silniejszy” – łatwo być silniejszym wobec mniej wiedzących, mniejszych, gorzej radzących sobie w świecie; o poczuciu władzy nawet nie będę wspominać, bo to uwłaczające dla kogoś, kto mianuje się rodzicem.

Rodzice nie są od karania. Ktoś, kto ma być nauczycielem, mentorem i jednocześnie oparciem we wszystkich złych momentach nie może powodować strachu – jedynie respekt i szacunek.

Jednocześnie absolutnie nie twierdzę, że kary są złe. Są jedynie w perspektywie czasu mniej skuteczne niż inne metody. Bardzo modne stało się dziś tzw. wychowanie bezstresowe – bez stosowania kar, ponieważ zapanowało przekonanie (skąd? dlaczego? wyjaśni mi ktoś?), że negatywne emocje u dziecka są złe i nie powinno się do nich dopuszczać. Ja uważam, że emocje, jakie by one nie były, są dobre, zawsze. Złe mogą być natomiast czynności podyktowane emocjami.

Ale o mądrym stosowaniu kar będzie traktował całkiem inny wpis.

Żuczek przeżył. Skończyło się jedynie na plastrze na małym, żuczkowym, plastikowym pancerzyku i góra 15-stu łzach Gagatka.

 

 

 

 

 

 

In the summertime, czyli genetyka, puzzle i lody bakaliowe.

W Gagatkowej krainie lato. Przynajmniej w kalendarzu, bo zewnętrzna strona okna ciągle mokra zimnym deszczem, a Gagatek okutany w sweter ogląda Geksona i Sowellę. Dziwna sprawa z tymi bajkami – kiedyś gumisiowe przygody i przesmerfne rady raz dziennie wystarczały, aby nasycić oczy kolorowymi kadrami telewizyjnych czasoumilaczy (lub dać rodzicom krótkie happy hours), a teraz jak Gagatek przegapi Lwią Straż (każdy odcinek widział po miliard razy) jest wrzask i stanowcze „nie lubię Cię”. Świat idzie w złą stronę. Mój na pewno.

Ale nie o tym.

Jako mała dziewczynka Gagatkowa matka prosiła niebiosa, żeby nie stała w miejscu, nie nudziła się i pędziła naprzód. Nie pomagały zdarte kolana, guzy na głowie (Gagatkowa wygląda teraz trochę jak dyplomowany pracownik piekieł z pięknymi „rogami” na czole…) ani kilometry bandaży i zakrawające o zdolności magiczne umiejętności okolicznych ortopedów w zakresie naprawiania gagatkowych nadgarstków i składania obojczyków – nic nie pomagało, Gagatkowa nigdy nie miała czasu, wszędzie się spieszyła i ciągle miała coś do roboty. Kontuzje – rzecz nieunikniona,ale dziś Gagatkowa matka czuje się jak wyrobione puzzle z niektórymi wypadającymi już ze starości kawałkami. I duża w tym rola słabej, a wręcz kompletnie nieobecnej u niej koordynacji ruchowej.

Niech żyją wakacje, chciałoby się rzec. Ale Gagatkowa matka nie podziela tego entuzjazmu. Przestała podzielać, kiedy zorientowała się, że koniec czerwca stracił na wyjątkowości wraz z ostatnim otrzymanym świadectwem szkolnym (ale nie warto o nim mówić). Jedynym pozytywnym aspektem wakacyjnego brykania są dla niej lody bakaliowe. Z orzechami. Albo możliwość chodzenia boso. To znaczy – były do dzisiaj.

Bo dziś Gagatkowa matka odkryła potęgę genetyki – a wszystko zaczęło się od wspólnego wyjścia z piłką na dwór. Koordynacja ruchowa Gagatkowej jest słynna na całą rodzinę, więc nie oczekiwano od niej cudów. Ale kiedy Gagatek zamiast łapać piłkę odbijał ją górnymi partiami ciała w sposób cokolwiek chaotyczny i absolutnie niecykliczny, gra zaczęła przypominać szamański taniec plemienia Zulusów wśród pochodu czerwonych mrówek. A że dzień nie był upalny i gagatkowe trybiki pracowały w miarę sprawnie, od razu nasunęły się Gagatkowej matce analogiczne obrazy siebie samej, co przyniosło jej wyjątkową radość. Okazało się bowiem, że wspólna zabawa, nawet lekko koślawa, może być zdecydowanie lepsza od lodów bakaliowych (!). I nawet fakt, że Gagatek miał po prostu kamyk w bucie nie były w stanie tej wakacyjnej radości w niej zgasić.

 

Bać się śmier­ci jest tym sa­mym, co mieć się za mądre­go nim nie będąc.*

-Wiesz… W każdym człowieku jest takie maleńkie światełko, które zapala się, kiedy jest się malutkim, jeszcze w brzuchu u mamy. Potem człowiek się rodzi, rośnie, dorasta, starzeje się i umiera. Tak, jak kwiat, który sadzisz na wiosnę z nasionka, a jesienią więdnie i nikt nic na to nie poradzi. Ale kwiaty nie mają tego światełka, nie są takie ważne, po prostu są. Kiedy człowiek umiera, światełko zostaje, dlatego żaden człowiek nie umrze tak całkowicie, na zawsze – zostają po nim wspomnienia, pamięć i wszystko, co z nim związane. To ważne, bo to tak, jakby ktoś, kto umarł, był z Tobą cały czas, tylko go nie widać. Rozumiesz?
-Tak mamo.
-I kiedy stawiamy lampki na grobach pokazujemy, że pamiętamy o światełku, które zostało, chociaż ciała już nie ma.

Byłam już duża, całkiem nawet, w liceum. Nie bałam się, że Ona umrze, nie można bać się czegoś, co się wie. To nieprawda, że śmierć zawsze jest zaskoczeniem. Czasem zdążysz się do niej przygotować. Warto się z nią oswoić, poznać i rozłożyć na czynniki pierwsze, dokładnie przepracować. Oczywiście, czasem nie ma czasu, a czasem się ją wypiera, np. jeśli chodzi o dziecko, takie maleńkie, wcześniaka. Nie chce się śmierci, odsuwa się ją, kradnie się dni i zaciąga kredyt na życie. Ale ja piszę o czymś innym – choroba, dla której czas jest w tym momencie pojęciem względnym, dla jednych długa, dla innych krótka. Bolesna. Bez szans.

Staje się przed skrzyżowaniem. Można myśleć o śmierci jak o złym tworze istnienia, który zabiera nam tych, na których zależy nam tak strasznie bardzo. Można myśleć o niej jak o najgorszym doświadczeniu w życiu tych, którzy zostali. Ale można śmierć traktować inaczej. Może być punktem na drodze życia. Trudnym, ale jedynie punktem. Przecież coś było przed i coś będzie po. Każdą z osób, którzy od nas odchodzi pozostawia po sobie dobre wspomnienia, każda zmieniła nasze życie w mniejszym lub większym stopniu i zostanie z nami za zawsze. Nie tylko na zdjęciach. Czasem kojarzymy zapachy, czasem programy w telewizji. I możemy wtedy albo spochmurnieć i zasmucić się, że tej osoby z nami już nie ma, albo uśmiechnąć się na wspomnienie wspólnie spędzonego czasu. Ja się uśmiecham.

*Sokrates

Małe zoo Gagatkowej.

W celu opanowania nadpobudliwości Gagatka wywołanej przesadną ilością czasu wolnego od bardzo poważnych przedszkolnych obowiązków czterolatka, matka uruchomiła przybytek rozpusty zwany popularnie jutubem i odnalazłszy tam adekwatną do wieku animowaną historyjkę, pacnęła miękko na poduchy obok dzięcięcia.

Na monitorze ukazała się mała dziewczynka zjeżdżająca po żyrafiej szyi jak po zjeżdżalni. Gagatkowej wyrwało się: „Łiiiii!!!”, co poskutkowało grzecznym wyproszeniem tejże do kuchni przez Gagatka, który użył argumentu nie do przeskoczenia: „Mamo, przeszkadzasz mi oglądać.” Z pokoju dobiegł tytuł bajki: „Małe zoo Lucy”. Gagatkowa rozejrzała się dookoła i dostrzegła wiele powiązań i analogii.

 

W kuchni, tuż obok pieczołowicie wycmokanego do białości sprzętu agd stoi klatka. TakaOLYMPUS DIGITAL CAMERA zwykła, była niegdyś własnością chomika Alberta, którego to Gagatkowa nabyła będąc na studiach. Obecnie zamieszkuje w niej stworzenie zgoła mniejsze i budzące mieszane uczucia wśród gości. Myszoskoczek, bo o nim mowa, był pierwszym zwierzęciem, jakie zamieszkało w gagatkowym mieszkaniu.Hrabia Antoni jest już wiekowym zwierzęciem, ale ciągle pociesznym i pełnym energii, którą manifestuje biegając w skrzypiącym kołowrotku (metalowym, gdyż plastikowe były permanentnie zjadane).

 
img_4648W kącie stoją dwie małe plastikowe miseczki, będące własnością rudego indywidualisty o imieniu Bazyl. Powinien nazywać się Garfield, ale kto wiedział, że będzie aż tak wielki… Jest niebywale cwanym łobuzem, kiedy głód zajrzy mu w oczy (a zagląda właściwie bez przerwy), chodzi za Gagatkową i woła „mama” – co właściwie brzmi jak „ma-o-ma”, ale i tak jest urocze^^

 
Zagęszczenie zwierząt jest dość wysokie, gdyż oprócz wyżej wymienionych jest jeszcze img_4317papuga, która prowadzi zażarte dyskusje z kotem od samego rana (a że na zegarku jeszcze się nie zna, są dni, kiedy dyskutują od 4 rano…), jest żółw Rodriquez, przygarnięty z dobrodziejstwem inwentarza, który obecnie znajduje się u gagatkowego wujka, gdyż gad urósł i wygląda jak mały czołg no i do niedawna była również złota rybka, która z upodobaniem wyskakiwała ze swojego akwarium i mieszkała w kałuży pod kanapą.

 

I kiedy tak Gagatkowa patrzyła na ten cały swój inwentarz, w kuchni zjawił się pierworodny i stwierdził, że chce jaszczurkę. I psa. I super by było mieć jeszcze coś, bo on chce pracować w zoo i opiekować się zwierzętami. Właśnie dlatego warto spędzić dwa dni na samym czyszczeniu tych wszystkich klatek, akwariów i kuwet.

No i oczywiście nie mamy pojęcia, czym jest alergia.

Już niebawem zdjęcia tych naszych małych domowników, szukajcie w galerii 🙂
Pozdrawiam Was cieplutko!

PS. Warto w tym miejscu nadmienić, iż szczęśliwie powstał aneks do wpisu. Aneks nosi tytuł „Gagatkowy inwentarz się powiększył!” 🙂

Trudne pytania part 1.

Generalnie Gagatkowa nie ma problemów z wysławianiem się, zasób słów jest dość rozbudowany, ale są momenty, w których jest w stanie wydać z siebie jedynie krótkie, nieartykułowalne dźwięki, coś pomiędzy „yyy…” a”ooo…”. I jedna z takich sytuacji nastała i to bez wcześniejszego ostrzeżenia.

Dzień jak co dzień, Bazyl na grzejniku ma całą tę jesień głęboko w ogonie, gorąca czekolada pachnie w całym domu. Gagatek ogląda bajkę, jest sielsko, anielsko, a wołanie „maaamoooo…” nie zapowiada nadciągającej katastrofy. Gagatkowa przybyła z herbatnikami i zasiadła w celu odmóżdżania się przy pomocy skaczących Gumisiów (Gumisie są ekstra!), a tu pada pytanie:

– Mamo, skąd się biorą dzieci?

Gagatkowa zbladła. Zimne poty wystąpiły na białe jak papier lico. Rzut oka na prawo – nic. Na lewo – kot zakrył pyszczek łapą, nawet on zwątpił; znikąd ratunku! Dziecię uśmiecha się szeroko i oczekuje odpowiedzi, bo on nie z tych, co odpuszczają.

– Zaraz Ci opowiem, pójdę zrobić sobie kawę, ok?

Dziecię przytaknęło z uśmiechem, a Gagatkowa przez krótką chwilę zastanawiała się, czy kawa może być z wkładką. W końcu kawa była jedynie z mlekiem.

– Bo widzisz. Żeby było dziecko, musi być mama i tata. W każdym z nich powstaje takie małe jajeczko, u mnie tu w brzuchu, u taty w woreczkach pod siusiakiem. I kiedy te dwie kuleczki się połączą, tworzy się jedna duża kuleczka, która trafia do mamy brzucha. Kuleczka rośnie, rośnie i z niej powstaje…

– Dziecko!

– Właśnie! Taki mały M.! Dziecko rośnie u mamy w brzuchu, rośnie, brzuch się robi coraz większy, aż w końcu mama jedzie do lekarza i on pomaga mu przyjść na świat. Potem mama bierze maluszka na ręce i bardzo mocno przytula, o taaaak!

– Dobra, mamo, puść i zrób mi kanapkę.

Przeżyłam. W nagrodę zjem czekoladę. Albo dwie. Ewentualnie siedem. Mój mózg potrzebuje uzupełnić poziom energii.