Szczepienia – jak je przeżyć i nie zwariować?

Całkiem niedawno Gagatkowa matka otrzymała ważny telefon. Ważny do tego stopnia, że po odłożeniu słuchawki z głośnym pacnięciem pacnęła na kanapę koło syna. Zajęty rozwijaniem fotograficznej pasji Gagatek nie przejął się zbytnio zaproszeniem matki – ma jeszcze to szczęście, że w wieku lat 5-ciu usłyszane: „siadaj, musimy pogadać” nie boli i nie zwiastuje apokalipsy.

Otóż ten komunikacyjny werbalny przewrót dotyczył niezwykle trudnego pod względem zorganizowania i liczby nieprzewidzianych wypadków manewru pod kryptonimem „Armagedon Łez Aktorskich”, w skrócie AŁA, zwanego potoczne szczepieniem.

Nie będzie tu o tym czy trzeba, czy warto i czy się powinno, bo to prywatna sprawa każdego – a w zgodzie z własnym sumieniem żyć trzeba i basta. Gagatkowa szczepi i szczepić będzie. Ale nastąpi tu przemyśleń parę dotyczących rodzicielskich sposobów na przetrwanie (bez szwanku na ciele i psychice – rodzica, rzecz jasna) szczepienia Twojego dziecięcia.

Szczepienie maluszka przebiega właściwie machinalnie – nie tłumaczysz, bo jeszcze nie ma komu, uspokajasz tonem głosu,  głaskaniem – maluch działa prosto i przewidywalnie – „Jak boli to wyję, niech wiedzą, że mnie boli i mi się to nie podoba, i niech przestaną. O, mama/tata, fajnie, lepiej mi trochę.” Ale starsze dziecko to rollercoaster. Niby wiesz, niby znasz, a jak przychodzi co do czego – jazda bez trzymanki. Dlatego warto przygotować siebie i brzdąca wcześniej, żeby uniknąć dodatkowego stresu dla siebie i dodatkowych nieprzyjemności dla dziecka – dla niego i tak to jest trudna sytuacja.

 

  1. POWIEDZ WCZEŚNIEJ”Wiesz co, dzwoniła pani pielęgniarka, będziesz miał szczepienie. Pamiętasz, jak miałeś szczepienia, kiedy byłeś mniejszy? Pamiętasz, na czym to polega?”Dziecko nie jest głupie. Widzi, że coś się szykuje i zaczyna się bać (bo nie wie, że nie ma czego), a może jesteś świetnym rodzicem – aktorem? Brawo, właśnie udało Ci się oszukać mniejszego od siebie, oklaski dla Ciebie – ciekawe tylko, czy chciałbyś, żeby Ciebie, dorosłego, tak ktoś potraktował. Rozmowa naprawdę pomoże Wam obojgu.
  2. NIE KŁAM”Nie, nie będzie bolało”. Najczęstsze chyba kłamstwo rodziców. Zupełnie dla mnie niezrozumiałe, bo nie widzę w tym krzty sensu. Nie lepiej powiedzieć dziecku, że owszem, trochę je zakłuje, w końcu to igiełka, ale  skoro komar ugryzł go nie raz – tym razem też przeżyje?
  3. USTAL PLAN”Po szczepieniu pójdziemy na lody, co?” Jak już podkreślałam – dzieci lubią mieć plan. Lubią wiedzieć. Łatwiej mu będzie znieść przykrą wizytę wiedząc, że za progiem czeka na nie coś miłego. Ważne – nie stawiaj warunków, przecież sam tego nie lubisz. Po co mówić „jak będziesz dzielny…”. Wiadomo, że będzie starało się być najbardziej dzielne jak tylko będzie potrafiło! No i pochwal, nieważne, że ugryzło pielęgniarkę. To dla niego większy stres niż dla Ciebie.

 

Gagatek dzielnie od początku do końca patrzył na igłę i nawet sie nie skrzywił (ot prywata). Pewnie, że potem poszliśmy na lody. Ogromne, z toną BIAŁEGO CUKRU i milionem kalorii. Chyba zasłużyliśmy oboje.

Reklamy

Warto się kłócić!

On wstaje pierwszy, daje Jej buziaka w policzek. Najlepiej szybki seks rano, ale wiadomo, nie zawsze jest na to czas. On idzie pod prysznic, Ona robi mu szybkie śniadanie. Jedzą razem, śmieją się, po czym wychodzą do pracy. Wieczorem wracają, kolacja, śmiechy, rozmowa. Codzienność.

Utarło się przekonanie, że w dobrym związku ludzie nie powinni się kłócić. Powinni się wspierać, głaskać, uśmiechać do siebie i klepać po ramieniu. Jeśli coś jest nie tak – powinni wychodzić na kolację, obgadać wszystko przy winie na neutralnym gruncie i wrócić na godzenie się połączone z łóżkową akrobatyką.

A ja wzywam Was, drodzy moi Czytelnicy – kłóćmy się! Kłótnie są dobre, potrzebne do właściwej, zdrowej relacji. Pomagają oczyścić atmosferę jak dobry, zdrowy, zimny prysznic. Po co się kisić w zakwasie niedomówień i niejasności, to zdecydowanie bardziej psuje związek niż kłótnia. Wiadomo, nikt nie lubi, kiedy się na niego krzyczy lub kiedy nad głową fruwają ulubione niebieskie talerze.I tu Gagatkową naszły pewne przemyślenia związane z dobrą, konstruktywną kłótnią.

  • Komunikat JA, nie TY

Skupiając się na sobie i swoich odczuciach związanych z tematem kłótni nie zaogniamy sytuacji. Mówiąc „jestem wkurzona, bo nie zrobiłeś tego, o co prosiłam” brzmi lepiej niż „znowu zawaliłeś, a liczyłam na ciebie”. Dlaczego partner ma czuć się oczerniany i lekceważony – to dodatkowy powód do zaogniania konfliktu.

  • Zawsze/nigdy

To bardzo mocne słowa, słowa zakazane w kłótni. W partnerze automatycznie włączają tryb „obrona”, a każdy zaatakowany zwierz broni się agresją. Przecież NIE ZAWSZE się spóźnia i NIE NIGDY nie sprząta po sobie. Warto skupić się na obecnej sytuacji, uogólnienie nigdy nie jest dobre.

  • Jeden temat na raz

Kiedyś gdzieś przeczytałam, że kłótnia jest jak koncert rockowy – najpierw nowości, potem ulubione kawałki, a na końcu stare, dobre szlagiery. Wracając do tego, co było wcześniej, można kłócić się w nieskończoność. Warto przerobić dany problem od początku do końca tak, żeby nie trzeba było już do niego wracać. Tematy – bumerangi są najbardziej trujące dla bycia razem.

  • Chwalić osobę, krytykować zachowanie

Zasada ta sprawdza się nie tylko w kłótni, ale we wszystkich aspektach życia. Przecież partner nie jest zły, tylko niewłaściwie się zachował – nie jest nieodpowiedzialny, tylko zachował się nieodpowiedzialnie. Ocenianie i krytykowanie nigdy nie przynosi nic dobrego. A przecież kłócimy się po to, żeby rozwiązać problem, a nie wzajemnie się obrażać.

Kłótnie są potrzebne. Ale mądre kłótnie są cholernie trudne – bez przeciągania liny, odbijania piłeczki, odwracania kota ogonem. Rzeczowe i konkretne. Ale warto się nauczyć tej trudnej sztuki kłócenia się i rozwiązywania konfliktów, żeby po takim odkwaszeniu w związku nie został niesmak i poczucie przysłowiowego „kapcia w mordzie”.

Zawał w przedszkolu.

Gagatkowa matka miała dzisiaj zawał. No, może nie taki całkiem, ale serce stanęło na dobre 3 sekundy. A wszystko zaczęło się od otwartej bramy przedszkolnej.

Ów brama zwykle jest zamknięta, ze względu na bezpieczeństwo, a tu, kiedy Gagatkowa zjawiła się odziana w kurtkę z niedźwiedzia ocieploną dodatkowo izolacją z liści dębowych fruwających dookoła okazała się być otwarta na oścież. W progu minęłam się z ratownikiem medycznym wynoszącym bladego malucha na rękach. Z szybkością międzygalaktycznej komety wparowałam do sali, gdzie nieświadomy niczego Gagatek składał drewniane patyczki w najlepsze i był bardzo niezadowolony, że ktokolwiek ośmiela się mu przeszkadzać.

Epidemia jelitówki w przedszkolu to prawdziwa apokalipsa. Dzieciaki zarażają się jedne od drugiego z prędkością szybszą od błyskawicy. Przerabialiśmy ją całkiem niedawno i śmiem twierdzić, że dla dzieci to jedna z najtrudniejszych przypadłości – my, dorośli, potrafimy sobie z tym poradzić, ale dzieci nie rozumieją, co się z nimi dzieje, kiedy jedzenie nagle zaczyna wypadać z buzi, a potem jest tak dziwnie…

Kiedy Gagatek leżał z gorączką z miską pod łóżkiem, ja szukałam informacji jak pomóc mu przez to przejść. Przygotowałam dla was krótką ściągę.

  • Płyny podawaj często, ale w małej ilości.

Wiadomo, przy wymiotach i towarzyszącej im biegunce dziecko bardzo łatwo może się odwodnić. Dlatego często podawajmy dziecku do picia zwykłą, przegotowaną wodę lub słabą czarną herbatę, ale pamiętajmy, że duża ilość płynu na raz również może spowodować wymioty. Najlepiej, niech to będą 3 – 4 łyżki, nie więcej. Należy również pamiętać, że nie wolno podawać do picia mleka.

  • Nie zmuszaj dziecka do jedzenia.

Niby jest to oczywiste, ale serce się kraje, kiedy dziecko chudnie w oczach. Pamiętaj, że choroba kiedyś się skończy, wtedy pomożesz mu wrócić do formy, ale w tym trudnym czasie podtykaniem jedzenia możesz tylko zaszkodzić jemu i sobie.

  • Zacznij karmienie od pokarmów płynnych.

Na początek najlepszy jest rzadki kisiel. Jeśli nic złego się nie dzieje, można spróbować z rozgotowanym, zblendowanym ryżem i roztartą marchewką, delikatnie osolonym. Świetnie sprawdza się też kasza manna z rozpuszczoną czekoladą. Małymi porcjami. Unikaj podawania chleba, błonnik może dodatkowo podrażnić układ pokarmowy. Nie zrażaj się, jeśli dziecko nie będzie chciało jeść – przez pewien czas zwyczajnie będzie się bało kolejnych wymiotów. Próbuj co jakiś czas, bądź cierpliwa.

Jeśli po 2 – 3 dniach choroba nie zacznie ustępować, nie wahaj się odwiedzić lekarza. Może skuteczniej będzie podać dziecku kroplówkę i szybciej pomóc mu przez to przejść. Dla niego to trudniejsze niż dla Ciebie.

Jak poradzić sobie z płaczącym przedszkolakiem?

girl-563719_1280

Pierwszy dzień w przedszkolu jest stresujący nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców (może nawet bardziej, dziecko jest świadome tylko tego, na co sami je uczulimy). Niektóre dzieci nie płaczą (rodzice są meeeega szczęściarzami), ale gro maluchów urządza iście dantejskie sceny w przedszkolnej szatni. Jak nie zmięknąć i mimo setek myśli na sekundę zostawić tego naszego małego nieszczęśliwego człowieka pod opieką innych (nierzadko obcych) ludzi?

  1. Nie przedłużaj pożegnania.

„Mamo, zostań, nie idź!”, „Tato, zabierz mnie stąd!” – takie rzeczy wykrzykiwane przez naszego upłakanego, zasmarkanego małego szkraba uderzają w najczulsze struny. Widywałam już uczepionych futryny czterolatków, którzy za wszelką cenę nie chcieli wejść do przedszkola. Im dłużej będziesz głaskać po główce, przytulać do piersi i wycierać nosek, tym będzie gorzej i tym większa szansa, że w końcu zmiękniesz. Lepiej wsadź mu w kieszeń paczkę chusteczek, obiecaj, że wrócisz i przekaż małą rączkę pani opiekunce. A jeśli to dla Ciebie zbyt wiele – pozwól tacie odprowadzać malucha na początku, dowiedziono, że łatwiej dziecku rozstać się z tatą.

  1. Ustal z dzieckiem przedszkolny rytuał.

Idźcie/jedźcie zawsze tą samą drogą, komentujcie co dzień to samo (sąsiadka jednocześnie wychodzi z psem, na pasach mijacie tego samego pana z parasolem) albo szukajcie różnic („Wczoraj biegały tu wróble, pamiętasz?”), wracając róbcie podobnie. Wypracujcie własny schemat drogi, wystarczy kółko wokół tej samej latarni. Dziecko lubi rutynę, daje mu poczucie bezpieczeństwa. Na początku z pewnością wydłuży wam to drogę do i z placówki, ale zapewni to spokój twojemu dziecku.

  1. Znajdź powód, dla którego płacze.

A powód nie zawsze jest taki oczywisty. Rozmawiaj z dzieckiem, dowiedz się, co konkretnie dla twojego dziecka jest najtrudniejsze. Czasem jest to rozłąka z rodzicami albo strach przed przebywaniem w obcym miejscu, ale może być to coś, co dziecko usłyszało od starszych – znam rodziców, którzy twierdzą, że szkoła to zło, a przedszkole to taka mini – szkoła; kiedy maluch słyszy coś takiego, projektuje sobie w głowie, że nie może tam być fajnie. Ale to skrajny przykład – najczęściej dzieci boją się tego, co dla nas, dorosłych, jest rzeczą najbardziej oczywistą – że mama/tata po niego nie wróci. Dlatego mów o tym, co będziecie robić, kiedy wróci – będzie czekał.

  1. Nie wątp w instytucję przedszkola.

Dla ciebie twój maluch jest jedyny i wyjątkowy. Nikt nie zna twojego dziecka tak, jak ty i przy nikim innym nie będzie tak bezpieczne jak przy tobie. Ale pamiętaj, że w przedszkolu pracują ludzie, dla których twoja płacząca pociecha zachowuje się jak inne płaczące pociechy i oni wiedzą, jak poradzić sobie z taką sytuacją. Pozwól zbudować im relację z dzieckiem.

Zaufaj – przecież sama też kiedyś chodziłaś do przedszkola i fajnie było, prawda? 🙂