Dzieci to nie zwierzątka domowe, czyli dokąd prowadzi brak szacunku do dziecka.

glass-984457_1280

Wyobraź sobie taką sytuację:
Pijesz sobie swoją ulubioną kawę, w tv leci Twój serial. Posprzątałaś, masz chwilę dla siebie. Jest miło, przyjemnie – jest akurat. Słyszysz jak otwierają się drzwi, Twoje dziecko wraca z podwórka. „Uwaga – mokra podłoga!” – ostrzegasz. Pociecha wpada do pokoju, widzisz pół jej twarzy we krwi. Nie pytasz co się stało, nie zdążasz, bo malec mówi: „Jakiś pan do nas strzelał z balkonu.”

„Jakiś pan do nas strzelał z balkonu”.

Tak mogła wyglądać historia, która Gagatkową sparaliżowała na dobrych kilka minut po tym, jak dotarła do jej uszu z kolorowego odbiornika. Było o tym głośno w tv, mam nadzieję, że jeszcze usłyszymy na ten temat nie raz, że doczekamy się odpowiedniego finału całej sytuacji. Nie życzę nikomu źle z natury, ale w tym przypadku osobiście wyrwałabym gołymi rękami typowi wątrobę.

Typ. Strzelał. Do. Dzieci. Z. Wiatrówki. Bo były głośno. Bo bawiły się pod jego oknem na placu zabaw. Bo wygłupiały się za bardzo. Bo były dziećmi.

Długo nie mogłam przetrawić tej informacji. Co trzeba mieć w głowie. O czym trzeba myśleć. Jakie mieć pobudki. Co kieruje takim człowiekiem. Co. Jak. Dlaczego. Po co.

Wypuszczamy nasze dzieci na plac zabaw tuż pod okno, na podwórko, nie oddalaj się. Dobrze mamo, zawołaj mnie na obiad. Wiemy, że są bezpieczne. Wierzymy, że są bezpieczne, przecież pod domem, pod oknem, na wyciągnięcie ręki. Przecież słychać, jak się bawią z kolegami, jak szaleją – radosne, szczęśliwe Myślimy o tym, jakie wrócą umorusane, przecież padało.

Wracają we krwi, bo sąsiad do nich strzelał.

Jak do k*&^%@ jakiś kaczek.

Wiatrówki nie są w Polsce zakazane. Wiele osób chciałoby także, aby broń z ostrą amunicją była legalna, ogólnodostępna. Zawsze byłam przeciwko. I żadne wyśrubowane wymagania, psychologiczne badania ani nic na świecie mnie nie przekona do zmiany decyzji. Wiatrówką nie zabijesz – zranisz, okaleczysz. Ale nie zabijesz. Okazuje się, że i one powinny mieć obostrzenia w dostępności dla ogółu. Bo ktoś taki, ktoś, kto… nie powinien jej mieć może ją wykorzystać w taki bestialsko – psychopatyczny sposób.

Uczymy dzieci szacunku do dorosłych. Do siebie nawzajem. Do zwierząt.
A nie uczymy dorosłych szacunku do dzieci.

Mnie z moim korczakowskim zacięciem serce boli, kiedy słyszę takie historie.
„Nie ma dzieci są ludzie”.
Ja zaczęłabym wcześniej: „Dzieci to nie zwierzątka domowe.”

Tematów do dyskusji związanych z tym zdarzeniem jest mnóstwo: bezpieczeństwo naszych dzieci, legalność broni śrutowej, ale też coś, co jest trochę omijane, bo niewygodne.

Nieumiejętność radzenia sobie dorosłych z ich własnymi emocjami, ze złością i nerwami.
Ale to temat na zupełnie inny wpis.

 

Reklamy

Jak oswoić demona, czyli alkohol a dziecko.

Ostatnio głośno zrobiło się o tym, czy rodzice powinni spożywać alkohol przy dzieciach, czy nie; czy w domu dzieci powinny widzieć alkohol, jak rozmawiać z dziećmi o alkoholu.

A że kwestia zdecydowanie sporna, Gagatkowa włączyła się w nią ino żywo.

To normalne, że każdy rodzic chciałby, aby jego dziecko żyło w świecie pełnym gumowych drzew, okrągłych kantów i chodników z waty. Niestety są niebezpieczeństwa, na istnienie których nie mamy  wpływu. Wokół bombardują obrazy brudnych, awanturujących się, odrażających pijaków. Nie tylko w tv – wystarczy wyjść na miasto i już włączasz tryb obronno – ochronny, bo przecież nie przebywasz jedynie na ogrodzonych, monitorowanych placach zabaw, czasem, na nieszczęście, trzeba przejść przez sam środek piekieł, tzw. centrum. Jeśli idziesz sam, ok. Ale jeśli trzymasz za rękę dziecko – sytuacja się zmienia. Ono patrzy na typa i kojarzy w minucie, że alkohol=agresja, alkohol=brud i smród. Naprawdę chcesz, Rodzicu, żeby takie miał skojarzenia? Potem, kiedy zobaczy tatę z puszką piwa przed tv albo mamę z kieliszkiem wina – przestraszy się.

Alkohol jest złem tylko wtedy, kiedy sami zrobimy z niego demona – kiedy nauczymy dziecko, że napoje procentowe są strasznym wynalazkiem, który dziecko ma omijać szerokim łukiem i wyrobimy w nim skojarzenie takie, jak napisałam wyżej. Moim zdaniem to zdaje egzamin na bardzo krótko – dziecko nie zawsze będzie na tyle małe, że będzie się trzymało maminej spódnicy i skończy się możliwość kontrolowania tego, jak odbiera to, co do niego dociera.

U nas alkohol nie jest demonem. Jest traktowany jak normalny napój, jednak pijany rzadziej ze względu na swoje właściwości otępiające. Nie oznacza to, że wśród towarzystwa toleruję zachowania typu „niech się napije, przecież odrobina mu nie zaszkodzi” . Zaszkodzi – nie wolno mu nawet kropli. Zresztą nawet sam się nie domaga, wie, że alkohol jest napojem dorosłych tak, jak np Vibovit z saszetki jest napojem dzieci i dorosłym od niego wara nawet, jak bardzo będą chcieli.

Moje zasady:

  1. Wszystko na świecie jest dozwolone – jednak we wszystkim należy zachować umiar dostosowany do swoich możliwości- nie upijam się przy dziecku!

  2. Jestem przede wszystkim Rodzicem – dopiero w następnej kolejności zdenerwowanym pracownikiem, smutną babą z PMS czy potrzebującym rozluźnienia, znerwicowanym człowiekiem – borsukiem.

  3. Zawsze dbam o to, żeby w towarzystwie była przynajmniej jedna trzeźwa osoba.

 

To, w jaki sposób dziecko będzie odbierało świat jest zależne tylko i wyłącznie od nas, rodziców. Wolę, żeby dziecko kojarzyło alkohol z tą okazjonalną lampką wina przy oglądaniu filmu wieczorem, niż ze śmierdzącym typem śpiącym na ławce w parku.

Dla jednej części rodziców alkohol jest wrogiem w domu, nie mają alkoholu w domu, nie piją przy dzieciach. Druga grupa robi zupełnie odwrotnie. Nie napiszę Wam, która strona sporu ma rację, ani jak Wy powinniście się zachować. Nie zamierzam przekonywać nikogo do swojego podejścia, krytykować drugiej strony ani dawać złotych rad. Każdy jest rodzicem najlepiej jak umie i działa według słusznej dla siebie drogi.

Co za szajs, czyli gdzie ta nasza niepodległość?

Włączam tv.

Bucha na mnie odór tych wszystkich zafajdanych kłamstwem gęb, którzy celebrację narodowego święta zaczynają opluwaniem przeciwników politycznych, a kończą hipokryzją z cyklu: „Niech żyje wolność!”. To smutne, jak kraj z takim potencjałem, z taką historią – tak łatwo sam siebie wykańcza. Kiedy słucham o tym, jak rząd chce kupować chore dzieci za jednorazowe psie 4 tys., jak chcieli grzebać mi w macicy, jak targają się za włosy w imię rzeczy tak… mało istotnych, jak taki jeden z drugim odbierają ludziom tą wyszarpaną i okupioną tragediami ludzkimi wolność, to mnie krew zalewa. Nie, właściwie nie zalewa – zwyczajnie jest mi przykro, że ci, którzy za tę Wolność, tę prawdziwą, walczyli, muszą na ten burdel patrzeć.

Wyłączam tv.

 

Włączam komputer.

Najpierw wita mnie biało – czerwona wyszukiwarka. Wujku, opamiętaj się. Kiedyś barwy narodowe były święte, nie szastaj nimi. Ale czego się spodziewać po komputerowcach, skoro przedstawiciele władzy na uroczystości zamiast złożyć flagę – zwiną ją w kłębek i pieprzną w krzaki. Później nie jest lepiej – Fbook składa mi najlepsze życzenia z okazji Dnia Niepodległości. Czy tylko ja uważam to za co najmniej niestosowne? Być może nie działałoby to na mnie tak drastycznie, gdybym nie słyszała co chwilę, jak ten czy inny członek AK musi w wieku 90 lat bić się o godność, która należy mu się bardziej niż każdemu z nas. Zamiast takich ludzi nosić na rękach, sprawiać, by żyło im się jak pączkom w maśle – Fbook składa mi najlepsze życzenia.

Wyłączam komputer.

 

Dokąd to wszystko zmierza, boję się myśleć.

Białe rękawiczki, czyli niezauważona przemoc.

Europejski Dzień Walki z Depresją. Dzisiaj będzie inaczej. Dzisiaj będzie na poważnie.

Tytuł przewrotny.

A może nie?

Trwa zażarta dyskusja czy bić dzieci czy ich nie bić, czy to wychowawcze, czy nie. Klapsy są jedną z najłagodniejszych form przemocy wobec dzieci. Klaps, który jest wyrazem rodzicielskiej bezradności, sam w sobie, od strony fizycznej niesie zaczerwienienie, które znika, ból, który ustępuje, siniaka, który blednie. Klaps nie pozostawia śladów na ciele. Klaps jest bezpieczny dla rodzica. Dla mnie ta dyskusja nie ma sensu, bo już dawno Jachowicz w wierszyku dla dzieci pisał: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło”*. Sprać takiemu rodzicowi dupę z siłą adekwatną do ciężaru ciała, potem zapytać jeszcze raz, czy to słuszne. Tyle w temacie klapsów.

Ale jest coś, co zostawia ślady. Niezauważalne, chociaż głębokie.  Coś, co nawarstwione latami może powodować straszne spustoszenie, także uzewnętrznione, fizyczne. Coś, przez co dzieci mające po naście lat zmagają się z depresją, a starsi w wielu sprawach mają pod górę przez własne (często tłumione, przez co nieokreślone) emocje. Jest to coś,  na co ma się wpływ DO pewnego momentu lub OD pewnego momentu – ten pewien moment pomiędzy potrafi nawet odebrać życie. Jest to coś, w odniesieniu do czego określenie „silny psychicznie” nie istnieje.

To zaburzona relacja dziecko -> rodzic.

Dziecka problem zawsze powinien być większy, ważniejszy, trudniejszy. To nieprawda, że rodzic jako człowiek dorosły poradzi sobie ze wszystkim. O tym pewnie też kiedyś napiszę. Ale w porównaniu z dzieckiem rodzic ma dużo większe szanse na takie poukładanie sobie wszystkiego, aby wypracować jako taki, nawet najbardziej kruchy, spokój. Ale w sytuacji, kiedy dziecko czuje się pomijane w rodzicielskich uczuciach, a jego potrzeby lekceważone = wyśmiewane lub wyolbrzymiane = lekceważone, zaczyna uważać rodzica za Niepotrzebnego Nieobecnego, później jako zło konieczne, a na końcu jako wroga. To ta łagodniejsza wersja niewłaściwej relacji.

Czasem dziecko czuje się niechciane – ale w sensie przeszkadzacza, utrudniacza, zawalidrogi. Czuje się niepotrzebne. Bajka o Kopciuszku nabiera dla niego innego wydźwięku, bo pantofelka nie ma. I wróżki nie ma, bo kiedy jest siła, żeby powiedzieć o swoich problemach innym nie ma chęci; kiedy jest chęć – potrzeba, pragnienie – nie ma już siły. Celowo piszę – czuje się niechciane – co to, co wysyła rodzic nie zawsze jest tym samym, co odbiera dziecko. Czasem tak – krzyki, obrażanie, nękanie, ośmieszanie – jest tym straszniejsze, im dziecko jest młodsze. Ale nie chcę pisać tu o sytuacjach patologicznych, ale o tym, kiedy dla rodzica wszystko jest w porządku, a dziecko czuje się rozszlachtowane wewnętrznie.

Negatywne emocje, dotyczące przecież nie tylko rodziców, skumulowane w młodym człowieku wyglądają jak grzyb. Najpierw długo, długo nic się nie dzieje. Później coś, co zaczyna kiełkować, zostaje zagłuszane przez resztę – hobby, naukę, relacje z innymi. W końcu każdy z tych aspektów zostaje zarażony. Grzyb się rozrasta. Zaraża. Opanowuje. Zjada.

Przemoc wobec dzieci to nie tylko podniesiona ręka. Dla mnie przemoc to wszystkie te działania, które prowadzą do obniżenia w dziecku poczucia własnej wartości i samooceny; to działania, które budzą w dziecku negatywne myśli o sobie samym; to wreszcie te działania, które tworzą w dziecku grube bariery, przez które cholernie ciężko się przebić, obojętnie z której strony.

To, czy droga, którą ja obrałam jest słuszna, okaże się za kilkanaście, kilkadziesiąt lat – oby rzeźba okazała się z marmuru, a nie z gipsu.

Źródło
Stanisław Jachowicz
TADEUSZEK
Raz swawolny Taduszek
Nawsadzał w flaszeczkę muszek;
A nie chcąc ich morzyć głodem,
Ponawrzucał chleba z miodem.

Widząc to ojciec przyniósł mu piernika
I, nic nie mówiąc, drzwi na klucz zamyka.
Zaczął się prosić, płakać Tadeuszek,
A ojciec na to: „Nie więź biednych muszek”.
Siedział dzień cały. To go nauczyło:
Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło.

Nic nie jest czarne albo białe, czyli nie zaglądam nikomu do macic.

Nie mogłam nie napisać. A właściwie mogłam, bo w gardle mam żwir, a odporność na medykamenty mam wzorową, nawet ponad przeciętną. Ale po dyskusji (które Gagatkowa matka lubi, oj lubi!) zwyciężył ogólny wkurw.

Sama mam syna i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nigdy, przenigdy, nawet przez sekundę nie pomyślałam, że mogłoby go nie być. Ale to, co się dzieje teraz w mediach, w sejmie i w głowach milionów Polaków zakrawa o początek wstępu do końca świadomości siebie samego, demokracji, świadomości życia poczętego lub ogólnie pojętej dorosłości.

Nie zaglądam nikomu do macic. Nie mówię, że aborcja jest dobra albo zła. Nie mówię, że powinni ją zalegalizować czy jej zabronić. Nic nie jest czarne albo białe.

Gotuje się we mnie, kiedy słyszę, że powinni aborcję zalegalizować, bo domy dziecka są przepełnione. To tak, jakby kupić parasol, bo od tygodnia pada i zapowiadają brak zmian w pogodzie. Domy dziecka były i będą, i chwała Bogu (i Korczakowi), że są. Dostępność aborcji nie sprawi, że nie będzie niechcianych dzieci, sprawi jedynie, że przestanie się szanować ludzkie życie, że usunięcie zarodka, płodu stanie się „wyjściem awaryjnym” w sytuacji, kiedy dwoje szczeniaków zaliczy wpadkę (przy czym szczeniactwa nie określa się po wieku, a po świadomości odpowiedzialności, którą będzie trzeba przyjąć na klatę). Czy to źle? Nie wiem. Wiem jedynie, że zdecydowana większość tych, którzy najgłośniej krzyczą: „dajcie dzieciom żyć!” po wykrzyczeniu się wraca do ciepłych domów i nijak nie pomaga tym, którym wbrew wszystkiemu i wszystkim pozwolono żyć. Życie ludzkie jest bezcenne i powinno się o nie walczyć za wszelką cenę. Ale w granicach rozsądku i, co najważniejsze, zgodnie z decyzją tych, którzy to życie poczęli.

Nie jestem za legalizacją czy zakazem. Jestem za tym, aby kobiety MIAŁY PRAWO MIEĆ WYBÓR. Nikt za nie nie będzie ponosił konsekwencji takiej czy innej decyzji, więc kto i jakim prawem zmusza je do jej podjęcia?

Sprowadza się ludzi do tępaków, którym trzeba albo coś nakazać, albo zakazać, inaczej zrobią sobie krzywdę. Tylko po drodze jest jeszcze zwyczajna Iksińska, która ma swoją własną historię, swój własny ból i powinna mieć swój własny, nienarzucony jej przez nikogo wybór. Dlaczego mądrzy panowie (i panie!) widzą wszystko tak dwukolorowo i schematycznie?
a. chore – usunąć
b. zdrowe – urodzić
c. gwałt – usunąć
d. z małżeństwa – urodzić
itp., itd… Głupoty w naszym kraju jednak nie brakuje.

Jeśli zakaz aborcji zostanie wprowadzony nie będzie to oznaczało, że ona zniknie, że przestanie być przeprowadzana. Wręcz przeciwnie – biznes pod prawem zakwitnie i to okupiony ogromnym cierpieniem kobiet, bo przecież chcę usunąć, a muszę to robić gdziekolwiek przez kogokolwiek, nabawić się nie wiadomo czego zamiast normalnie, jak człowiek, w szpitalnych warunkach przejść przez to pod okiem specjalisty – skoro to ma się stać, i tak się stanie.

To nieprawda, że kierują się dobrem kobiet lub walczą o nienarodzone dzieci. Bo te wywalczone maluchy w końcu się urodzą i na tym ich walka się skończy. A dalej matka zostaje sama i o nią nikt już nie walczy.

 

PS. Piszę o matkach, ale nie zapominajmy o ojcach, dla których (wyłączając dziecko poczęte podczas gwałtu i inne sytuacje z gatunku patologicznych) sytuacja, w której musi dokonać wyboru i stanowić oparcie dla kobiety jest również niewyobrażalnie trudna.