House of Games, czyli plastelina, Beksiński i chorały gregoriańskie na balkonie.

computer-24877_1280

Był jeden z tych wieczorów, w których to kotom nie przeszkadza mokre futro i są bardziej leniwe niż najbardziej leniwe leniwce; w których to ulubionym miejscem wszystkich dużych i małych dzieci jest wanna/prysznic/basen – nawet bez żółtej kaczuszki – byle z chłodną, względnie czystą, najlepiej bezbarwną (tak, to ważne) cieczą; jeden z tych wieczorów, w których woda z lodem i cytryną smakuje zdecydowanie lepiej niż zimne piwo – jednym słowem to był ten rodzaj wieczoru, za który kocha się lato.

Gagatek leżał rozklapciały na łóżku majtając nogami w górze i czytał „Tajemnicę zielonej skarpetki” (chce ją samodzielnie przeczytać w wakacje, z każdą kolejną stroną jest z siebie coraz bardziej dumny), Bazyl zdecydował się opuścić swoją strategiczną pozycję obok miski z karmą i przykleił cały brzuchol do zimnego parapetu prezentując pozycję rudego naleśnika, a Abi zostawiwszy swoich pięć miauczących szczęść w koszyku pod biurkiem udała się do wodopoju i zdawała się zagarnąć go na własność. Gagatkowa tymczasem zasiadła na balkonie z laptopem na kolanach i włączyła tryb „relax, take it eeeeaaaaaaasyyy…”.

Gagatkowa, moi drodzy, nie jest maniakiem komputerowym. Zakres jej wiedzy na temat sprzętu elektronicznego nie wybiega poza ramy określenia „na użytek własny”, jeśli czegoś nie wie – znaczy, że nie musi. Ot taki komputerowy ignorant. Ale jest na Gagatkowym sprzęcie mały kawałek przestrzeni, do którego matka zagląda rzadziej niż by chciała, ale kiedy już zajrzy (tak jak owego pięknego, letniego, ciepłego wieczoru) jest najszczęśliwszym właścicielem sprzętu komputerowego na świecie. I teraz uwaga – niespodziewanka! Ów kawałek przestrzeni jest folderem o nazwie „HouseOfGames”. Tak. Gram w gry komputerowe. Ja, matka szalonego sześciolatka, poważny wychowawca, odpowiedzialny opiekun i etatowy terapeuta wśród przyjaciół. Gram w gry komputerowe. I wiecie co? Uwielbiam to! Uwielbiam mądre gry – bez naparzanek, strzelanek, krwi, zombie i bezsensownego gapienia się w monitor. Takie, które oferują więcej, niż tylko zgubienie kilku godzin w czasoprzestrzeni. Takie, do których chce się wracać, chociaż przeszło się je już naście razy. Przedstawię Wam pięć, które rządzą w mojej głowie – jedne od daaaaawna, inne od kilku dni. Są to gry polegające na eksploracji terenu, większość z nich jest w typie „wskaż i kliknij” (czyli postacią steruje się za pomocą myszy, a naciśniecie na obiekt uruchamia jakąś akcję z nim związaną). O każdej z nich możecie poczytać na którejś ze stron z opisami gier komputerowych, tu przedstawię Wam swoje osobiste i subiektywne odczucia na temat każdej z wymienionych.

 

1. The Neverhood

No przecież, że najważniejsza! Któryż z miłośników gier przygodowych nie zna capture-20170724-130709plastelinowego świata z Klaymenem i jego kasetką w brzuchu? Gra zdecydowanie dla każdego, od małego do dużego łobuziaka. Kierujemy ludzikiem z plasteliny, łazimy wśród plastelinowych drzew po plastelinowych ścieżkach, jeździmy plastelinowymi autkami i chociaż brzmi to nieco abstrakcyjnie, dziecinnie i prosto, to wierzcie mi – nie sposób się nudzić. Wybuchy śmiechu gwarantowane! Muzyka w tej grze jest osobnym bytem, który sam w sobie jest genialnym tworem,  od lat mam na jakimś zdartym cd zgrany cały soundtrack, który jest tak kosmiczny, że nawet ciężko go opisać. Oczywiście zagubił się gdzieś w przestrzeni i teraz w chwilach nagłej refleksji nad przemijaniem mam ochotę na sentymentalny powrót włączam YT. Posłuchajcie i Wy (moich ulubionych):

https://www.youtube.com/watch?v=Wh4WnHlsbvM
https://www.youtube.com/watch?v=wI66XSmyqwI
https://www.youtube.com/watch?v=F37ZeulEWik
https://www.youtube.com/watch?v=VY3iJJjSJ80

Jest to pierwsza gra, którą dostałam (jeszcze na Windows 98!) i wracam do niej do tej pory, czyli coś jest na rzeczy 😉

 

2. Dear Esther

Gra jest niezwykła. Zakochałam się w niej od pierwszych dźwięków zza pierwszego kadru. Inna niż wszystkie, w które graliście do tej pory, uwierzcie mi. Znajdujemy się na opuszczonej przez Boga i ludzi wyspie, a naszym zadaniem jest jedynie jej eksploracja.  Niczego nie zbieramy, niczego nie uruchamiamy, w grze nie capture-20170724-130842występuje żadna akcja, nie ma zagadek, jesteśmy też jedynym człowiekiem na tej wyspie. Gra jest krytykowana przez to, że nie robi się w niej absolutnie nic poza chodzeniem. Nie ma tam też zawiłej fabuły. Co jest więcej takiego że chce się do niej wracać? Otóż moi mili państwo grafika w „Dear Esther” to mistrzostwo świata. Poradniki podają, że przychodzi się ją w 3-4 godziny.  Ja grając w nią pierwszy raz przechodziłam ją tydzień – tylko z tego powodu, że do niektórych lokacji wracałam cztery, pięć razy.  Strona wizualna gry jest genialna – w dzień po niebie leniwie przesuwają się chmury, idąc brzegiem morza fale są tak realistyczne, że prawie można je poczuć, w kołyszącej morskim wiatrem trawie można wyłapać pojedyncze kłosy, a kiedy nagle z prawej krawędzi ekranu wylatuje mewa, machinalnie przechylasz się w lewo. Idealnie.  Nocą na niebie mrugają gwiazdy. Każdy detal dopracowany jest do perfekcji.  Kiedy dodamy do tego rewelacyjną muzykę (ścieżka dźwiękowa sama w sobie jest jak balsam na uszy – relaksacyjne tony przeplatane chóralnymi pieśniami z szumem morza i wiatru w tle)  i narrację prowadzoną przez głównego bohatera otrzymujemy grę idealną. „Dear Esther”  można kochać albo nienawidzić, ale na pewno zostanie zapamiętana.

3. Tormentum: Dark Sorrow

Jest to gra magiczna pod wieloma względami. W grafice wyraźnie da się wyczućcapture-20170724-131004 inspiracje obrazami Beksińskiego, a fabuła obija się gdzieś między Poem a Lovecraftem. W trakcie rozgrywki jesteśmy aktywni jako gracze, dokonujemy wyborów, które prowadzą nas do jednego z alternatywnych zakończeń gry – to powoduje,  że grę można przechodzić bez znudzenia kilka razy – a doznania wizualne wyzwolą niekontrolowane „o, wooow” co najmniej kilkanaście razy. Gra nie tylko dla miłośników dance makabre – naprawdę polecam wszystkim, którzy chcą przeżyć fajną przygodę w wygodnym fotelu, a przy tym dowiedzieć się czegoś o samym sobie.

 

4. Obduction

capture-20170724-131115Klasyczna eksploracyjna point and click. Książkowa. Taka, co to się ją daje za przykład wyjaśniając pojęcie w encyklopedii. Trafiłam na nią przez czysty przypadek. Gra ciekawa, historię gracz poznaje w trakcie rozgrywki, samemu składa się zdobywane sukcesywnie informacje w całość, odkrywając cel i drogę prowadzącą do rozwiązania zagadek. Gra wymagająca myślenia, bogata w łamigłówki logiczne. Moim zdaniem jest to gra da wszystkich lubiących myśleć, układać strzępki historii w całość – czyli nie dla każdego. Niektórzy będą się tylko wkurzać: „Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem!” albo „eee…. allle o sso chozzzi…” 😉 Ja do niej wracam.

 

5. The Vanishing of Ethan Carter

I moja wisienka na torcie. Jak zdążyliście pewnie zauważyć, każda z wymienionych przezecapture-20170724-131224 mnie gier różni się czymś od reszty sobie podobnych. Nie inaczej jest z „Zaginięciem Ethana Cartera”. Grafika w tej grze jest obłędna, błyski słońca odbite od tafli jeziora oślepiają oczy, a te przedzierające się między konarami drzew tworzą mega klimat (ale przy takich wymaganiach sprzętowych nie jest to jakoś specjalnie dziwne – w „Dear Esther” jest bardzo, bardzo podobnie, a wymagania co do karty graficznej są zdecydowanie mniej wyśrubowane). Wszystko to twórcy gry osiągnęli dzięki zastosowanej technice fotogrametrii (tworzeniu obiektów 3D na podstawie zdjęć) – ma się wrażenie bycia w samym środku całkiem dobrego filmu. Dodatkowym atutem jest wielowymiarowość gry, a konkretna fabuła, chociaż bogata w wiele wątków, nie jest chaotyczna – gra naprawdę, NAPRAWDĘ 10/10.

 

Jeśli będziecie mieć możliwość spróbowania którejkolwiek z tych pyszności – naprawdę zachęcam. I daję wam Gagatkową gwarancję, że nie będziecie mieli potem zgagi 🙂

 

Zdjęcia pochodzą ze strony http://www.gry-online.pl

 

Reklamy

Dom bez kota to głupota, czyli Dzień Kota w gagatkowym kalendarzu.

20170322_150819

Miłość Gagatkowej do wszelakich miaucząco – prychająco – futerkowych czworonogów jest wiadoma wszystkim wszem i wobec. Dlatego też data 17 lutego jest datą niezmiernie ważną (aczkolwiek nie do końca przez innych rozumianą) w gagatkowej kołomyjce. Wszystko za sprawą dwóch osobników futerkowej płci odmiennej – Miłościwie Nam Panująca Para Królewska – Król Bazyl Pierwszy Wiecznie Głodny i Księżniczka Abi Niedrapiąca. Od czasu do czasu na profilu FB pojawiają się zdjęcia (pff! portrety wykonane za zgodą a nawet na życzenie) Pary Królewskiej.

Królewna Abi pojawiła się w Gagatkowie jako mała, szara kulka pewnego listopadowego przedpołudnia rok wstecz. Cała historia została przez Gagatkową opisana tutaj. Dziś Abi jest najbardziej delikatnym futrzakiem, jakim Gagatkowa miała przyjemność się opiekowaćimg_5945
(tzn harować i przeznaczać pół pensji na miseczki pod kolor obróżki, wszelakiej maści dzwoniące piłeczki, brzęczące myszki i kaszlotwórcze piórka na sznurku). Każdy, komu Księżniczka zezwoli na głask (nie za często – bez przesady, raczej sporadycznie, tak dla przyzwoitości, bo trzeba być blisko swego ludu) zachwyca się jej miękkim futerkiem, a ci szczęśliwcy, na których spłynie łaska wzięcia jej na kolana zastanawiają się, czy posiada Ona pazury. I nawet te wszystkie pozaciągane firanki, dziury w swetrach i kanapa jako the best drapak ever nikogo nie przekonują. Z czasem uzyskała przydomek Abi Traktorek – można zarzucić Jej wiele – oschłość i oszczędne okazywanie uczuć, chłód wycofanie w bezpośrednim kontakcie, ale jeśli już okazuje swoją miłość i zadowolenie – jej mruczenie słychać z daleka, świat drży w posadach!

Król Bazyl to bardzo, bardzo inna bajka. Jako prezent od początku miał przywileje, z których do tej pory korzysta bez ogródek – wie, że wolno mu więcej i nawet kiedy zwinie kurczakowe skrzydełko lub nóżkę i zamruga tymi swoimi wielkimi oczami jest mu to wybaczone. Wybaczone podwójnie, ponieważ Jaśnie Pan Bazyl, jak na władcę przystało – sam nie poluje (ale jest sukces, już nie boi się mrówek ;)), On od tego ma służbę. Dumnie kroczy przez salony nawet wtedy, kiedy img_5944wraca z podwórka cały w ostach lub wyciorany w węglu – dla Niego to jedynie podkreślenie Jego zajebistości. Nie przeszkadzają Mu pajęczyny na wąsach po zwiedzaniu strychu (Jego wzrok jedynie mówi: „Pogadamy, Sługo, o twoim sprzątaniu w mej posiadłości…”). Uwielbia przytulanie, ale tylko wieczorem (chyba, że Władca zadecyduje inaczej), chętnie pcha się pod kołdrę – zimową porą wystaje spod niej jedynie Jego rudy ogon. Ulubionym miejscem Jaśnie Pana  Bazyla jest szara micha obowiązkowo wypełniona po brzegi chrupkami – ich niedostateczną ilość obwieszcza głośnym i pełnym pretensji miauczeniem. Chrupki też nie takie byle jakie, konkretne z niebieskiej torebki, inne rozkłada po kątach i wpycha pod dywan manifestując moje niedostosowanie do Jego potrzeb. Szlachcic pełną gębą. Mordką znaczy.

Z kotami podobno jest jak z tatuażami – albo ma się tylko jednego, albo minimum trzy. Ja nie zaprzeczam i nie potwierdzam! 🙂

Bezdzietne wychowują lepiej, czyli siedem gagatkowych grzechów głównych.

Podczas przeglądania internetowych czeluści Gagatkowa matka natrafiła na hasło: „Jesteś ekspertem od wychowania dzieci dopóki nie masz swoich”. I zamyśliła się głęboko. Zaduma dotyczyła głównie jej osobistych weryfikacji wyobrażeń z rzeczywistością zastaną i wniosków z nich płynących. Wniosek z tychże weryfikacji jest jeden:

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach.

Co to miało nie być. Ochy i achy, spodnie w kant i skrzypce w dłoń! Twarz cherubinka była właściwie w pakiecie, więc nie pozostawało nic innego jak do tego rumianego lica dopracować równie rumianą resztę. Okazało się to być… niepotrzebne. Bo sztuczne twory to ja mam w filmie.

Jedną z wielu rzeczy, jakie oduczył mnie mój cherubinek o diablim spojrzeniu jest dążenie do perfekcji. I, jak każda matka, pozwalam sobie na rodzicielskie grzeszki.

1. Bajki w tv.

No są. Jak wszędzie. I jak matka mówi, że nie włącza, to kłamie (no dobra, tak dla przyzwoitości – 99,9% kłamie). Ja tam nie wiem, jak jest u Was. W Gagatkowym świecie zwykle słychać konkretne bajki (Lwia Straż, Pidżamersi i nieśmiertelny Dinopociąg), od czasu do czasu jakiś pełen metraż, jeśli jest dobry. Ale przyznaję się, bywają takie dni (rzadko, ale jednak), że telewizor tłucze się pół dnia, chociaż służy właściwie za radio (a bajki za słuchowiska) – Gagatek zajęty budowaniem kolejnego dinocity lub Samochodu Do Przewozu Zwierząt Wymarłych nie gapi się co prawda w tv, ale weź mu spróbuj wyłączyć. Dlatego coraz częściej pojawiają się inne formy rozrywki z cyklu: Działanie w tle.

2. Audiobooki i słuchowiska

No właśnie. Czytanie bajek dziecku na dobranoc to najlepsza rzecz, jaką rodzic może dać swojemu dziecku. Bliskość, jaka się wtedy tworzy, wspólne żarty (Gagatek rzadko słucha bajek w ciszy i bez komentarzy przerywanych rechotem lub wzdychaniem „och!”) budują coś, co zaprocentuje w przyszłości. Gagatkowy pokój jest zawalony książkami dla dzieci wszelakiego typu i gatunku (może kiedyś opiszemy nasze ulubione pozycje, chcecie?); do niektórych często wracamy, inne czekają na lepsze czasy. Ale czasami nie ma siły na czytanie i jako modelowo nieidealna matka znalazłam zamienniki. Bajkowisko lub inny kanał na YT  zapewni Wam, innym modelowo nieidealnym mamom chwilę na dwa spokojne wdechy.

3. Kołysanki w radiu

Stacje radiowe dla dzieci uważam za genialny wynalazek, cześć i chwała ich twórcom! Wspólne śpiewanie o gruszce, Puszku lub kapiącym deszczyku jest drugą, moim zdaniem, najlepszą rzeczą, jaką można robić wspólnie z dzieckiem. Bo umówmy się, jak poważni byśmy nie byli na co dzień, każdy z nas potrzebuje czasem skakania typu „pchła”, resetu i wygłupów – a z kim, jak nie ze swoim maluchem? I pierogi jakieś lepsze wychodzą, i sprząta się łatwiej, i maluch nie marudzi, kiedy prosisz delikwenta o pomoc. Wieczorne śpiewanie dziecku kołysanek to rytuał także w Gagatkowie. Ale czasem są dni, kiedy Gagatkowa matka nie jest w stanie wydać z siebie niczego bardziej konstruktywnego niż przeeeeciąąąągły zieeeew, a wtedy kołysanki np w open.fm są w dechę. Taka uwaga… z własnego doświadczenia wiem – należy włączać je w docelowym miejscu spania. Późniejsze zmiany lokalizacji są niezmiernie trudne.

4. Spanie z dzieckiem

I w ten oto sprytny sposób przechodzimy do następnego grzeszku. Gagatek ma lat pięć – poważny wiek i co za tym idzie gabaryty też jakby już mało komfortowe, jeśli chodzi o mobilność na rodzicielskich rękach lub zdrowe wysypianie się. Ale tak, czasem śpimy razem. W sumie to nie powinnam klasyfikować to jako grzeszek, bo jakoś nie czuję skruchy popełniając ten proceder. Tak sobie myślę, że wielu rodziców chciałoby jeszcze spać z dzieciakami, tylko boi się:
a) a co, jak oduczy się spać sam
b) jak się X dowie, że mój Y śpi ze mną jeszcze to mnie wyśmieje
c) przecież to patologia!
a. Cóż. Ja uważam, że dziecko, zwłaszcza małe – bo pięciolatek chyba dorosły nie jest, potrzebuje bliskości rodziców, nie tylko w trudnych dla siebie momentach. Czasem tak po prostu, każdy zresztą, nie tylko dziecko, potrzebuje bliskości. Jeśli weźmiesz go do łóżka raz czy dwa na pewno się nie „oduczy”.
b. Jeśli obchodzi Cię, co sądzi X o lokatorach Twojego łózka, to ja nic na to nie poradzę.
c. XXXXXXXXX

5. Gry online

No gramy, gramy. Może nie nałogowo, może nie systematycznie, ale w sytuacji kryzysowej polecam wszystkim mamom dwie strony z rewelacyjnymi grami dla maluchów:
http://www.yummy.pl/
http://www.lulek.tv/

Sprawdzają się w sytuacjach podbramkowych, kiedy uczucie pt.: „Zaraz wybuchnę” zaczyna nieprzyjemnie rozchodzić się od czubka nosa po pięty. 10 – 15 min maluchowi nie zaszkodzi, a nawet pomoże rozwijać koordynację oko-ręka, a rodzicom da czas, żeby się uspokoić i wyciszyć sytuację.

6. Zasypianie przed tv.

Gagatkowa, jako modelowo nieidealna matka uważa, że nie wszystko musi być na kant i pod linijkę.  Gagatek, jako przedszkolak z bardzo poważnymi obowiązkami, które wymagają określonej ilości i jakości snu zasypia około godz 19:45 – 20:00. Ale zdarzają się takie dni, przeważnie wypadają na to piątki (bo nie ma na świecie człowieka, który nie lubi piątków), kiedy w Gagatkowie słychać popcornowe trzaski, pachnie czekoladą i słychać śmiechy do później nocy. Dni z cyklu „nie mamo, dzisiaj nie śpię całą noc!” tym cenniejsze, im rzadsze. I działają jak wentyl bezpieczeństwa, kiedy wszystko burczy jak w budzącym się wulkanie.

7. Telefon.

Tak, Gagatek ma własny telefon. Pięciolatek. Co za świat. Ale zanim zalejecie Gagatkowo wiadrem ciepłych i lepkich pomyj uściślę, że nie służy on do dzwonienia. Jest to najzwyklejszy smartfon, nieużywany już z racji wieku i niewątpliwych zasług, ale z ciągle sprawnym aparatem fotograficznym, z którego to Gagatek czerpie szczerą uciechę podczas wojaży i nie tylko. Na FB pojawiają się czasem gagatkowe twórczości, głównie real photo z gatunku przyrodniczych łowów z cyklu: „Zdjęcia z atlasu pająków jako najskuteczniejsza metoda na zawał matki.”

 

Gagatkowy inwentarz się powiększył!

Zgodnie z obietnicami na profilu na FB, wpis o nowym członku Gagatkowej rodziny 🙂

Któregoś mglistego, listopadowego dnia Gagatkowa wraz z TG udała się na zakupy. Wszedłszy do jednego z przybytków rozpusty w celu nabycia pięknego i ciepłego okrycia podpłaszczowego, oczom jej ukazał się koszyk wiklinowy stojący przy ladzie. Gagatkowa nie spodziewała się znaleźć tam obiektu poszukiwań, więc zanurzyła się w las wieszaków. Jednakowoż czas, jaki TG spędził na odnalezieniu sobie potrzebnych dobytków upłynął szybciej, tak więc jemu przyszło ujrzeć po raz pierwszy zawartość wspomnianego wcześniej koszyka. W tym to, niepozornym i całkiem niereprezentacyjnym przedmiocie, znajdował się kocyk. Kocyk, jak to kocyk. Miękki, uroczy, w pastelowe kolory. Ale to, co znajdowało się NA kocyku, było najsłodszą pięknością, jaką zielone oczy Gagatkowej widziały w ostatnim czasie. Puchata, szaropręgowana kulka i wielkie, niebieskie oczy. W puchatym pyszczku przebijała persowatość poprzednich pokoleń. Miód na oczy! Gagatkowa potrzeba posiadania okrycia odeszła w niepamięć z pierwszym „miiiiaaaoooo…”!

Abi jest piękny/a (?). Bazyl przejął rolę straszego brata – czasem poliże, czasem użre. Jest wesoło, warto było 🙂 Zdjęć tego kociego cudu szukajcie w galerii 🙂

Reasumując – Gagatkowa poszła po sweter, wróciła z kotem!

Zdrowe żywienie przedszkolaka, czyli jak zagłaskać psa na śmierć.

Gagatkowa nie jest skąpiradłem. Można by rzec nawet, że jest raczej typem kobiety, która gospodarzy się trzema wypłatami do przodu. Ale jak widzę, że moje pieniądze przeznaczone na wyżywienie w gagatkowym przedszkolu idzie w piach (a właściwie w kosz razem z niezjedzonym obiadem mojego dziecka), to mnie febra dopada. I to nawet nie chodzi o talenty kulinarne pań kucharek, których nie znam, ale o cudne rozporządzenia naszego kochanego rządu.

  • Zero soli.

Bardzo zacny pomysł, tak na pierwszy rzut oka. Tylko, że a) spróbujcie coś zjeść nie doprawiając tego niczym (bo nie wierzę, że stosują zioła do doprawiania), b) sól zawiera jod, który jest jednym z najważniejszych pierwiastków. A nie wierzę, że ryba, którą dzieci jedzą (raz w tygodniu!) jest dorszem lub śledziem.

Zapotrzebowanie na jod u dzieci od 4 do 6 roku życia wynosi 90 mikrogramów. (…) Aż ponad 80 proc. dzieci wydala z moczem przez dobę znacznie poniżej normy tego pierwiastka. (…)  Niestety w większości regionów Polski występują zbyt małe ilości jodu w glebie, co pociąga za sobą małą zawartość jodu w żywności i wodzie. W tej sytuacji najlepszym sposobem na uzupełnienie jodu w organizmie jest spożywanie ryb morskich i owoców morza. *

  • ciemne makarony i ciemne pieczywo

Bardzo super. Serio, chwalebne. Ciekawe tylko, czy taka pani/pan wydająca/y owe rozporządzenie zna różnicę między rodzajami ciemnego pieczywa i jak rozpoznać dobrej jakości razowiec czy graham, czy wie, ile w czym błonnika i jak nie zapchać na amen małego brzuszka.

  • brak słodyczy

Spoko, pochwalam. Żadne wafelki, batoniki, oranżadki nie są szczególnie potrzebne, ale już np. ciasto własnoręcznie upieczone przez przedszkolakową matkę raz w roku na urodziny chyba nie jest zbrodnią. Ha! Właśnie, że jest. Nie wolno. Niech dzieci chrupią marchew na okrągło, a potem chodzą pomarańczowe z bolącymi brzuchami.

Mam nadzieję, że Wy, moi drodzy czytelnicy, wyłapaliście sarkazm w niektórych częściach wpisu i nie zjecie mnie w komentarzach. Jestem tłusta i będziecie mieć zgagę 😛

* Udostępnione dzięki uprzejmości administratorów witryny https://hipokrates2012.wordpress.com

U Gagatkowej total twister!

U Gagatkowej przestój w interesie – tzn. na blogu jedynie, bo w życiu wszystko pędzi jak Pendolino na ceemce. Wszystko stanęło na głowie i znając Gagatkową, nieprędko się znormalizuje, jak karuzela to karuzela! Gorzej, że karuzelę Gagatkowa bardzo źle znosi – a jeszcze gorzej jej towarzysze, zwłaszcza ci z przodu.

Jeśli ktokolwiek z Was kiedykolwiek pomyślał, że studia eksternistyczne w trybie e-learningowym to pesteczka w truskaweczce, niech się purpurą okryje, bo jakże bardzo pobłądził! Obecność na platformie obowiązkowa codziennie, co jeszcze jest do przeżycia, bo przecież doba ma aż 24 godz, zawsze można ukraść godzinkę tu, godzinkę tam i da się radę napisać kolejny tekst na temat barier komunikacyjnych, platońskiej „idei krowy” albo funkcjonowaniu w internecie, w końcu dla Gagatkowej to nic nowego), ewentualnie spać między robieniem obiadu a biegiem po Gagatka do przedszkola, wtedy nawet noc można wygospodarować! Ach, jakże wtedy wszystko łatwe! Gorzej, jeśli tak jak teraz Gagatek zasmarkany po domu biega i domaga się bezustannej uwagi w związku z nowym przyjacielem Budzikiem z kociego rodzaju (ci, co się znają, to wiedzą :D), a te momenty, kiedy nie ma gorączki są naprawdę bezcenne, nawet spokojnie herbatę można zrobić przelotem w drodze do łazienki.

Jeszcze gdyby TG był na miejscu, byłoby prościej. A tak, kurde, jest gdzieśtam, w czasoprzestrzeni, wpada na dwa dni w tygodniu i żadnemu z naszej trójki nie po drodze do komputera wtedy jest, bo okazuje się, że herbata wtedy smakuje najlepiej, a puzzle są najlepszą zabawą pod słońcem.

Jeśli chodziłabym jeszcze regularnie do pracy na 8/12 godz dziennie, byłoby to nie do ogarnięcia. Przedmiotów niby niewiele – przynajmniej tak wynika z rozkładu roku, ale jak mawiała moja babcia – na oko to chłop w szpitalu umarł. Okazuje się, że każdy przedmiot ma moduły, każdy moduł tematy, każdy temat pierdyliard prac do napisania. Ale ogarniam, powoli ogarniam.

I w związku z tym totalnym twisterem chwilowy zastój na blogu nastał, ale obiecuję poprawę – tak się cieszę, że tu zaglądacie!

Zostawiam Wam dużo ciepłych chuchów w zimne łapki!

Mężczyzna nie choruje, mężczyzna walczy o życie!

„Chyba się przeziębiłem.” Gagatkową matkę zmroziło. Oczami wyobraźni już widziała te niekończące się kolejki w przychodniach wśród których stoi (ha! stoi… Chwieje się na bocianich nóżkach odzianych jedynie w bamboszki z pomponami – bo przecież nie ma czasu na wiązanie rewelacyjnych botków z super promocji, naprawdę ekstra, z 70%) z na wpół żywym, mdlejącym TG; wokół tryliardy zarazków i każdy z nich wyciąga te swoje lepkie łapki (ooo, daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę…) i tylko czeka na chwilę nieuwagi Gagatkowej. Już słyszy te prychająco – kaszląco – smarkające odgłosy dużych i małych, nie wiadomo, które gorsze. Człowiek wróci w gorszym stanie niż wyszedł. Nie, decyzja zapadła, zostajemy w domu.

Gagatek oczywiście w przedszkolu, teoretycznie bezpieczny (chociaż wszyscy wiemy, jak to z bezpieczeństwem przeciwzarazkowym w przedszkolach – tylko jedna linia frontu, licha formacja, dowódca wszystkiego nie ogarnie; kapitulacja następuje wręcz od razu), więc głowa Gagatkowej może być całkowicie pochłonięta myślami o przeżyciu TG. Wysypuje na stół zawartość domowej apteczki – i tu naszła Gagatkową refleksja.

– Boże, jacy my jesteśmy mało światowi. Tylko same jakieś przeciwbólowe proszki tudzież syropy na odporność dla Gagatka. Żadnych maści na hemoroidy (jakże to się mogło stać!), ani jednej paczuszki tabletek na biegunkę (hańba mi!), nawet na odchudzanie nic nie mam. Wokół czuję bombardowanie, presję nawet posiadania hemoroidów, gdyż jest tyle wspaniałych środków, ażeby się ich pozbyć, że czuję się winna ich nie mam.

W końcu wyrzucając teatralnie wszystko w górę znalazłam magiczne przeciwgorączkowe saszetki. Słysząc chóry anielskie i czując oblewającą mnie światłość już wiedziałam, że wygranie tej walki o życie TG mamy w kieszeni.