Ciasto marchewkowe jako sposób na nudę, czyli Gagatkowa gotuje #4

Jak powszechnie wiadomo, w Halloween na słodkich, deserowych talerzykach gościć powinno pumpkin’ pie, czyli słodkie, mokre ciasto z dyni. U Gagatków często jest na opak (bo kto zabroni…), więc tym razem dyni nie ma – jest marchew.

Gagatek jako urodzony kuchcik usłyszawszy hasło: „Robię ciasto! Pomagasz?” rzucił wszystko, z niespotykaną prędkością powrzucał zabawki do pudełek (nie segregowawszy tychże, ale kto by tam się duperelami przejmował) i zameldował się zwarty i gotowy z obieraczką w ręce. Tak więc popełniliśmy kolejny słodki proceder z zakresu Słodycze Prawie Jak Sałatka, Więc Właściwie Można – w Gagatkowie zagościło ciasto marchewkowe pokryte przez debiutującą w tym zakresie Gagatkową samodzielnie wykonaną masą cukrową.

Tak więc oto super tajna receptura na Zawsze Wychodzące Ciasto Marchewkowe 🙂

  1. Robię sobie kawę.
  2. Wręczam dziecięciu obieraczkę do warzyw i trzy marchewki. Komisyjnie liczymy palce i instruuję o niezmienianiu ich stanu liczbowego.
  3. Do miski wbijam dwa jajka i wsypuję szklankę cukru. Jako że mijam się z oryginalnym przepisem bardzo często, zamiast brązowego cukru dałam biały – kolor się nie zmienił, a smak – cóż, nikt nie narzekał 😉 Ubijam na biało.
  4. Piję ciepłą kawusię z genialnego kubka z biedry.
  5. Do ubitych jajek wlewam niepełną szklankę oleju, ubijam dalej. (lubię ciasta na oleju, mniej z nimi roboty, szybciej jest i w ogóle…)
  6. Zmieniam kuchcikowi narzędzie pracy – na przesiewaczkę do mąki, w której znajduje się szklanka mąki i 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia i miseczkę.
  7. Wśród wszechobecnej mgły z mąki odnajduję tarkę do warzyw i na średnich oczkach ścieram marchewki. Ok, jedną, bo już druga zostaje mi wyrwana przez pomocnika z odwiecznym „ja chcę!”. Komisyjne liczenie palców, instruowanie itd.
  8. Wsypuję mąkę do jajek z olejem, ucieram na gładko.
  9. Starte marchewki dorzucam do ciasta, wylewam na małą blaszkę. 170 st., około 50 min., do suchego patyczka.
  10. Robię masę cukrową: do szklanki cukru pudru wlewam rozpuszczoną w małej ilości wrzątku żelatynę, dodaję odrobinę soku z cytryny. Zagniatam na ciasto podsypując resztą cukru. Rozwałkowaną wykładam na gorące ciasto. Część masy zafarbowałam sokiem z marchewki, bo oczywiście dopiero po fakcie znalazłam barwniki.

Pycha!

14937246_1306649462712813_7968543048544465623_nTak, kurde, to na wierzchu to marchew – z plastyki miałam 4 tylko dlatego, że miałam 100% frekwencji na zajęciach.

Zrobił nam się blog kulinarny, ale Gagatkowa gotować lubi, oj lubi! I stad mój apel do rodziców: angażujmy dzieci w kuchni – bałagan i tak się zrobi, a o ile przyjemniej się sprząta po szczęśliwej latorośli 🙂

Reklamy

Szpinakowe love, czyli Gagatkowa gotuje #3

Gagatkowa matka postanowiła uraczyć Was, moi drodzy Czytelnicy, kolejną wspaniałą recepturą, która rodzinie Gagatków przysłużyła się w sposób znaczny, albowiem:

a. Gagatek pokochał zielony, paskudny, błotnisty i ciapowaty szpinak w każdej możliwej ilości i pod każdą możliwą postacią (czym wywołuje powszechne zdumienie wśród gawiedzi),
b. Gagatkowa matka zaczęła tolerować czosnek, który to w całym jej życiorysie był Substancją Bezwzględnie Zakazaną ze względu na jego specyficzne walory sensoryczne
c. jest to danie zdrowe, proste, smaczne, szybkie i tanie (a to dla Gagatkowej matki ważne przymiotniki w jej karierze matki, żony i kucharki), tak więc ku uciesze Gagatka gości on na stole przeciętnie raz w tygodniu.

Mowa, moi drodzy, o naleśnikach ze szpinakiem.

Naleśniki każdy robi najlepsze na świecie. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Ale szpinak… No właśnie. A Gagatkowa robi szpinak do naleśników tak:

 

1. Robi sobie kawę.

2. Mrożony brykiet wrzuca do rondelka. Przykrywa pokrywką, ustawia najmniejszy płomień i czeka.

3. Pije gorrrącą, pachnącą kawę, zagryza ciasteczkiem.

4. Kiedy szpinak się rozmrozi wrzuca sałatkowy ser Favita (nie ricottę, nie inne wynalazki – czasem fetę, jak chce poczuć się jak burżuazja) najlepiej tłusty (Gagatkowa nie lubi się narobić ani ubrudzić, więc po prostu przecina cały kartonik na pół nad zlewem, wylewa wodę i wydłubuje łyżką ser – to, co się nie da wydłubać, traktuje jako dary od niebios jedynie dla siebie). Miesza, aż się rozpuści.

5. Do miseczki kładzie 2 łyżki śmietany, łyżkę przyprawy do zup i dwie łyżki kaszy manny – po dokładnym wymieszaniu wlewa do szpinaku. Zamiesza, przykrywa.

6. Doprawia szczyptą pieprzu czosnkowego i sporą ilością suszonego lubczyku.

7. Kiedy w ogródku się zieleni, wrzuca też drobno posiekany pęk pietruchy i parę liści selera. Robią charrrakter 😉

8. Odstawia na pół godz. pod przykryciem.

15390776_1356717294372696_56628063072501886_n

 

Tak przygotowany szpinak jest genialny też na zimno jako pasta do kanapeczki z pomidorkiem (ale nie liczcie, że cokolwiek zostanie na później…).

Smacznego!

Jak upiec coś na szybko z(a) pomocą dziecka, czyli Gagatkowa gotuje #2.

Podczas kuchennych rewolucji u Gagatkowej, które zdarzają się przeciętnie trzy razy w tygodniu (takich klasycznych, z wywalaniem pojemników i rzucaniem talerzami – co prawda unowocześnionych, ale z silnym wydźwiękiem te-va-łen’owskim), Gagatkowa matka postanowiła podzielić się z Wami kolejnym pomysłem na posiłek.

Posiłek będzie tym razem na słodko, nawet bardzo słodko i w wersji vintage – z białym cukrem i na papierze do pieczenia. Będzie to czekoladowe ciasto przekładane musem jabłkowo – gruszkowym. Brzmi zacnie, nie?

 

1. Bierzemy dziecko (może być swoje) – może być też facet, bo do wykonania jest czynność prosta. Wyposażamy delikwenta w obieraczkę do warzyw, trzy jabłka i dwie gruszki. Jeśli nie skojarzy – grzecznie prosimy o obranie owoców.

2. Do miski wrzucamy 5 jajek (kiedy ostatnio robiłam to ciasto wrzuciłam trzy, bo okazało się, że tylko tyle mam w lodówce) i miksujemy z 1,5 szklanki cukru. Jak zbieleje, dolewamy powoli (bo ja kiedyś (w inne kiedyś niż ostatnio) chlusnęłam jak z wiadra i straaaaaasznie długo się potem ubijało do konsystencji Jako-Takiej) szklankę oleju.

3. Sprawdzamy, czy przy obieraczce nie ma ofiar w ludziach. Bałagan jest dozwolony, nawet wskazany.

4. Na sitko wsypujemy 3 szklanki mąki (ja ostatnio dałam dwie do tych trzech jajek, a i tak wyszło gęste jak cholera, wlałam jeszcze 1/3 szkl. mleka – wiecie, że się upiekło? 😛), 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia, łyżeczkę sody, łyżeczkę cynamonu, pół łyżeczki kardamonu jak ktoś lubi i 3 łyżki kakao. Przesiewamy do jajek z cukrem i olejem.

5. Grupie Trzymającej Obieraczkę zmieniamy zadanie – obrane owoce należy pokroić obieraczką w cienkie paseczki – bynajmniej nie jako Amaro czy Okrasa, bardziej w stylu „Rozerwane Granatem Od Wewnątrz”. Dzieci robią to najlepiej.

6.. Sypkie składniki mieszamy z mokrymi – dopóki Część Obierająca nie skończy pracy.

7. Obierającemu wręczamy kisiel cytrynowy (dla mnie najlepszy!), który dosypuje do owoców. Dajemy łychę, niech miesza.

8. Połowę ciasta wylewamy na kwadratową blachę, wykładamy owoce, zalewamy resztą ciasta. Pieczemy około godzinę w 160 st. (ja ostatnio piekłam w wyższej temp. i dłużej :P).

 

10 kroków do idealnego obiadu, czyli Gagatkowa gotuje.

Gagatkowa gotuje. Gotuje…  pff. Miesza różne ingredienty w naczyniu umieszczonym nad źródłem ciepła. Czy smacznie… Nie mnie oceniać. I tak podczas siekania, szatkowania, tarcia i przecierania Gagatkowa postanowiła podzielić się szlagierem jesiennych obiadów – faszerowaną cukinią. Każdy robi ją po swojemu, więc nie ma sporów, która lepsza, bo jedynym składnikiem faszerowanej cukinii, który pokrywa się we wszystkich przepisach jest cukinia. I nic więcej.

A oto przepis na Faszerowaną Cukinię Po Gagatkowemu.

1. Gagatkowa matka robi sobie kawę.

2. Faszerowana cukinia sama w sobie wygląda jak danie cokolwiek pracowite i czasochłonne, więc należy po primo wyjść z założenia, że ani czasu ani pracy nie należy już jej dokładać. Dlatego Gagatkowa bierze taką cukinię (ani dużą, ani małą – taką, coby wlazła do brytfanki, ale nie zostawiła w niej za dużo wolnego miejsca), kroi ją wzdłuż i łyżką wydziabuje środek, żeby powstała rynienka. Najczęściej robi to łyżką do sałatek (już trzecią, bo jakieś słabe teraz robią te łyżki, a Gagatkowa lubi cukinię), bo duża. I odkłada cukinię.

3. Bierze łyk jeszcze cieplutkiej kawy.

4. Do sporego rondelka wrzuca masło (no dobra, margarynę, najczęściej rasistowską) i wrzuca pokrojonego pora. Gagatkowa zastępuje porem cebulę, której to chronicznie nie lubi obierać. Potem dorzuca mięso mielone. Gagatkowa matka nie mieli sama, prosi o to Panią w Mięsnym (ona to robi Za Pieniądze, Gagatkowa tyrać za darmo nie lubi). Kiedy mięsko się przysmaży, wrzuca startą marchewkę. Czasem dorzuca też inne warzywa (zielony groszek, żółtą paprykę dla koloru, ale Gagatkowa musi mieć słuszny powód do takich poczynań- np. znowu zepsuła antenę od tv). Zamiesza łyżką i wsypuje kaszę. Dowolną. Najbardziej lubi pęczak, bo wygląda jak robale, ale nie każdemu tak miło się kojarzy, więc rodzaje kaszowego wypełniacza się zmieniają. Zamiesza. Zanim zacznie się przypalać,

5. Bierze łyk kawy.

6. dolewa odpowiednią ilość wody, najczęściej 2 szkl. wody na szklankę kaszy. Szczypta soli, pieprzu, tymianku. Zmniejsza ogień, kładzie pokrywkę na rondelek, a nogi na stół.

7. Kiedy kasza się ugotuje (nienawidzę, kiedy w przepisie jest, że kasza gotuje się 15-20 min. Moja najczęściej gotuje się dłużej i mam nerwa, że znowu moja kasza jest jakaś dziwna – a kaszy nie reklamują), dosypuje Gagatkowa słuszną porcję posiekanej pietruszki.

8. (opcjonalnie) W wersji deluxe dorzucam starty na tarce ser żółty. Ale – nie czarujmy się, wersja deluxe zdarza się rzaaaadko. Aczkolwiek się zdarza.

9. Do zimnego farszu wbija jajko, czasem dwa – zależy od kury.

10. Wypełniam cukinie. W piekarnik w 180 st., aż się upiecze – koło 40 min 🙂

Smacznego!