„Skutek lewackiej patologii”, czyli another brick in the wall.

country-2396363_640

Miałam o tym nie pisać. Sądziłam, że już wystarczająco dużo słów padło na ten temat, że może wreszcie pójdzie ku lepszemu, ku zwiększeniu świadomości społeczeństwa w temacie, że poprawi się zwykłe ludzkie wyczulenie na sprawę, że wzrośnie empatia, że może dorośli ludzie (niekoniecznie rodzice) zrozumieją, że psychika młodego człowieka jest jak szkło – może obrywać dziesiątki razy, ale TO miejsce i TEN czas, a pęka na milion kawałków.

Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz obejrzałam „Salę Samobójców”. Pamiętam to uczucie kapcia w mordzie, kiedy napisy końcowe już dawno minęły, a ja gapiłam się tępo w monitor. Łzy kapały mi jak grochy, czułam się, jakby ktoś przyłożył mi obuchem. Pamiętam moją pierwszą myśl: „Ten film powinien być obowiązkowy dla wszystkich rodziców.” Sama byłam już wtedy mamą gugającego szaleńca o dwóch zębach – to był moment, w którym obiecałam sobie, że zawsze będę dla niego, że będę blisko cokolwiek się będzie działo. Że za wszelką cenę będę się starała SZANOWAĆ – nawet wtedy, kiedy trudno będzie ROZUMIEĆ. Bo wydało mi się to naturalne – starać się zrozumieć i bezwzględnie kochać.

Takie myślenie wydawało mi się naturalne także dla całej reszty dorosłych, którzy mają przecież obowiązek (także moralny) otoczyć opieką mniejszych, młodszych, słabszych. Albo tych, którzy potrzebują pomocy. Tych, którzy wołają, krzyczą o pomoc, chociaż na zewnątrz tego nie widać – tzn. pokazują to, ale dorośli zajęci swoimi sprawami tego nie widzą – nie zawsze nie chcą, czasem po prostu coś fałszuje im obraz. Wydawało mi się takie oczywiste, że dorosły jest dla dziecka i jeśli tylko widzi, że coś jest nie tak – reaguje. Reaguje broniąc dziecka. Ocenia sytuację trzeźwo, mądrze, po dorosłemu.

Po dorosłemu.

Tak myślałam aż do dzisiejszego wieczora, kiedy to przeczytałam, jak przedstawicielka naszego kochanego rządu, pani szanowna posłanka K.raju P.olskiego skomentowała to, co się stało – w skrócie rzecz ujmując – „jak uczycie patologii lewicowi liberałowie, nie dziwcie się potem, że się dzieci zabijają” (oczywiście z właściwym sobie poziomem kultury wypowiedzi). Na końcu znajdziecie link.

To takie cholernie przykre jest. Pomijam już tę całą prawicową propagandę (ja się na polityce nie znam, ja od tego mam ludzi), ale takie uprzedmiotawianie młodego człowieka, sprowadzanie go do poziomu pionka, marionetki, albo co gorsza jakiejś cholernej another brick in the wall jest strasznie, strasznie niesprawiedliwe. Suche. Beznamiętne. Takie… Olewające.

Czy to wszystko dlatego, że w historii jest wątek homoseksualny? Dlatego, że Kacper czuł, że jest gejem? Tylko dlatego został jedynie „skutkiem patologii”? Ja nie wierzę (bardzo, bardzo nie chcę się znowu pomylić), że pani posłanka ma tak wąskie horyzonty myślowe i takie płytkie spojrzenie na świat. Przecież dyskryminacja wśród rówieśników istnieje i niestety ma się coraz lepiej, bo młodzi ludzie dysponują środkami, których wcześniej nie było – internet wyzwala w nich pokłady jakiejś skrywanej agresji, poczucia władzy, daje jakąś chorą satysfakcję – przecież dzieją się cuda – od cyberstalkingu po cyberbullying. A przecież nie zawsze chodzi o inną orientację seksualną. Czasem są to po prostu NIE TAKIE zainteresowania, NIE TAKA fryzura, NIE TAKA rodzina. Powodów mogą być tysiące.
Może także nie być powodu.

Gagat dziś ma lat sześć i już spotyka takie zachowania w grupie – opowiada mi, jak jedni traktują drugich, jak wyśmiewają, jak odpychają. A jeśli w grupie przedszkolaków słychać głosy: „idź sobie stąd, nie chcemy się z tobą bawić, bo ty [cośtam]” to co się dzieje u 12-, 14-, 15-latków?

Dlatego pani kochana posłanko nasza.
Ogarnij się pani i przejrzyj na oczy.

Parafrazując: „Hey! Politicians! Don’t leave them kids alone!”

http://m.fronda.pl/a/pawlowicz-zabiera-glos-ws-samobojstwa-nastolatka,99974.html

 

 

Reklamy

Rodzicu, myśl! (Czyli nie wysyłaj swojego dziecka na wojnę bez zbroi)

armor-2144638_1920

Parę dni temu przelotem gdzieś usłyszałam, że rodzice nie zaszczepili dziecka na ospę i teraz mają ogromne problemy z powikłaniami po chorobie. Nie chcę wyjść na ignoranta, naprawdę nic nie wiem więcej o sprawie, ale to, co usłyszałam spowodowało lawinę myśli w mojej głowie.

Dzisiaj młodzi rodzice nie mają łatwo. Zewsząd bombardują ich zakazy, nakazy, poradniki, rady, srady i inne tyrady. I wszechobecne porównywanie się (wszyscy rodzice to robią – różnie tylko podchodzą do wyników tych porównań). Bycie młodym rodzicem to ciągła walka ze wszystkim dookoła, głośne lub nieme udowadnianie, że mimo wszystko – MIMO WSZYSTKO  się ma rację. I czasem rodzic stanie po niewłaściwej stronie liny. Posłucha kogoś innego zamiast siebie i własnego dziecka.

Jedni mówią – nie szczepić w ogóle, inni – szczepić, obowiązkowo, na wszystko co się da. Dwa skrajne obozy, a nic nie jest białe lub czarne.

Babcie często udzielają złotych rad młodym rodzicom, zwłaszcza wtedy, kiedy dziecko jest jeszcze malutkie (nie taka kaszka, nie taka pogoda na spacer, nie to miejsce, nie ten czas i to wkurwiające „Załóż mu czapeczkę”). Sama wiele razy walczyłam z takim zachowaniem odwracając się na pięcie i robiąc po swojemu. Czasem wyszło to na dobre, czasem nie. Ale nie żałuję żadnej decyzji, bo z każdej wyniosłam jakąś naukę, a odpowiedzialność za nie ponoszę tylko ja. Cieszę się, że mam na tyle odwagi, żeby powiedzieć „Nie, będzie inaczej niż radzisz, bo ja i tylko ja jako matka wiem, co jest dobre dla mojego dziecka. Też chcesz dobrze dla niego, więc zaufaj mi.” Warto słuchać rad, ale dobrze je wcześniej przemielić w głowie kilka razy i potraktować rady jako rady, a nie nakazy. A świat nie stoi w miejscu i to, co było dobre 20, 30 lat temu niekoniecznie sprawdza się dzisiaj. A w rodzicielstwie „czuję” jest ważniejsze niż „wiem”.

Ale było o szczepieniach.

Nie usłyszysz ode mnie, czy masz szczepić czy nie. Mogę Ci jedynie zaproponować wyjaśnienie, dlaczego ja szczepię.

Uważam szczepienia za prawdziwy sukces medycyny. To, że każdy z nas, rodziców, ma dostęp do możliwości, jakie dają – do możliwości zminimalizowania ryzyka wystąpienia choroby, a w raz z nią powikłań po niej – jest wielkim przywilejem naszych czasów. Szczepionki, jak każde substancje medyczne, są poddawane ciągłym badaniom i testom – wynika to z ich przeznaczenia – wirusy przecież się zmieniają, mutują, stają się coraz bardziej odporne. Bez szczepień wysyłasz swoje dziecko na wojnę z nimi bez zbroi.

Powikłania poszczepienne. Twój argument. I słuszny.

Ale wyobraź sobie wagę. Taką zwykłą, szalkową. Z Twojej lewej strony masz powikłania po chorobie, z prawej – po szczepieniach.

 

balance-154516_1280

 

Tak, tak to mniej więcej wygląda.

Wybierz właściwą szalę.

Kiedyś ktoś wymyślił, że szczepionki wywołują (WYWOŁUJĄ – to kluczowe słowo) autyzm. Potem się z tego wycofał, ale pogląd i opinia zostały. I nawet jeśli dziś nie ma na to żadnych dowodów – wielu ludzi w to wierzy i ma do tego prawo. Fakt, szczepionki, zwłaszcza te starsze, wywoływały zmiany w mózgu  – wypuszczone w konkretnej serii, przez konkretny koncern. Można się doszukiwać celów takiego działania, celów mniej lub bardziej humanitarnych. Niewątpliwie takie rzeczy się działy i chociaż nie znam takich przypadków osobiście (zabrzmiało tak przedmiotowo – nie znam osobiście dzieci z takimi powikłaniami) to jednak znam osoby, które od lat mają z nimi styczność. I wiem, że nie są to proste powikłania. Jednak mimo tej wiedzy nadal uważam, że powikłania poszczepienne stanowią jedynie niewielki procent całości, a skutki ospy, grypy czy świnki są naprawdę szeroko rozpowszechnione i z całą pewnością nie są odosobnione.

Wirusy chorób zakaźnych to naprawdę ciężka kawaleria do pokonania. Na szczęście mamy narzędzia i metody, aby z nimi walczyć. A odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić, żeby dziecko było zdrowe i szczęśliwe?” poszukajmy w swojej głowie, a nie w tv, w bibliotece czy na portalu w necie.

Bycie nastolatkiem nie jest łatwe, czyli o grze „Niebieski Wieloryb” po Gagatkowemu.

Gra „Niebieski wieloryb”. Cały internet aż huczy, szkoda tylko, że huczy dla samego huczenia, jak zwykle zresztą.Gra, którą niektórzy uważają za nieistniejący wymysł (jeśli tak, jest to wg mnie dużo bardziej niebezpieczne, bo na pewno znajdą się tacy, którzy udowodnią, że na pewno tak nie jest) jest niebezpieczna nie ze względu na bezpośrednie konsekwencje czynności do wykonania w formie zadań – bynajmniej nie tylko. Ten potworny wymysł jakiegoś psychopaty robi z nastoletnich mózgach dużo więcej złego niż na nastoletnich ciałach.

Gra pochodzi z Rosji, polega na wykonywaniu określonych zadań o różnym stopniu trudności (przypomina mi się słynny ciąg z filmu „13 grzechów”: złap muchę -> zabij muchę -> zjedz muchę), jednak wyzwania te uderzają bezpośrednio w nastolatka, mają spowodować jego umartwienie, wywołać stany depresyjne i lękowe lub ból fizyczny. I to właśnie sprawia, że jest to tak bardzo niebezpieczne.

Wielu blogerów grzmi, że to fake, ściema, sztuczny twór. Ale jeśli nawet, to problem nie jest ściemą, tylko jest kurcze mega realny i bardzo, bardzo poważny. Część z Was rozwodzi się nad tym, czy te nastolatki jednak popełniły to samobójstwo czy nie, czy było ich 3, 30 czy 130… Ilu nastolatków rocznie odbiera sobie życie?! Bo są sami. Bo, jak ktoś kiedyś mi powiedział – w tym jednym, jedynym, krótkim momencie nie było przy nich nikogo, były same (jeśli to czytasz, tak, pamiętam, że to Ty 🙂 ), a decyzja o samobójstwie to krótki moment – być może czasem dojrzewa latami, ale jeśli nie zostajesz sam ze swoimi myślami w tym kluczowym momencie – wszystko można odwrócić. A nastolatki często zostają same – bo są trudne. Bo wymagają więcej cierpliwości, miłości, zrozumienia niż dwulatek.

Wiele z Was powie, że przecież rodzic zauważy, ze coś złego dzieje się z jego dzieckiem. Nieprawda. Nie każdy i to wcale nie wynika z tego, że jest Rodzicem Nieobecnym (w życiu dziecka, nie fizycznie, obok) – nastolatki potrafią się świetnie maskować i udawać (jeśli mają taką potrzebę).  Lubią być same i ta ich samotność we własnym pokoju nie jest jakąś anomalią, ja sama mając lat ~naście zamykałam się w pokoju na długie godziny, w dziurawych i popisanych długopisem dżinsach słuchałam The Cure i cierpiałam ból istnienia. I nie potrafię Wam powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że nie podjęłabym się wyzwań w grze, jeśli na mojej drodze stanąłby taki idiota z Blue Whale Challenge. Raczej nie, ale kto wie.

Właśnie dlatego, to jest takie niebezpieczne. Uderza w najczulszy, najdelikatniejszy, najsłabszy (nie, nie najsłabszy  – najbardziej podatny) target. Bycie nastolatkiem nie jest łatwe. Cały czas szukasz tego, kim jesteś. Nieustannie zabiegasz o czyjąś uwagę (świadomie lub nie). Poddajesz pod wątpliwość wszystko, co usłyszysz i stajesz okoniem wobec wszystkiego, czego sam nie wymyśliłeś. To najtrudniejszy moment w życiu, dlatego tak łatwo skierować je wtedy na zły, destrukcyjny tor. I w tym całym zamieszaniu z Blue Whale Challenge nie chodzi i samą grę, o wyzwania i jej zasady, ale o to, że rodzice nagle budzą się i okazuje się, że kompletnie nie mają pojęcia, co się dzieje z ich dziećmi i kim one w ogóle są.

Ograniczenie komputera, blokady rodzicielskie, kontrola telefonu, szpiegowanie – poważnie? To jest ta genialna recepta?!

Co zasiejesz, to zbierzesz, prawda stara jak świat.

Pada wiele bzdurnych komentarzy pod tekstami o tym. Przeczytałam na przykład:

„jezu chryste, te dzieci sa coraz glupsze, niedlugo iloraz inteligencji beda mialy na minusie”, „jednostki o ograniczonym QI wyeliminują siebie same” (pisownia oryginalna)

Serio? To wina niskiej inteligencji dzieci?! Nie, moi drodzy, to wina cholernie niskiej inteligencji emocjonalnej rodziców, ich priorytetów wywróconych do góry kołami, ich pogonią z Bóg wie czym i Bóg wie po co, to wreszcie straszna konsekwencja rodzicielstwa polegającego na BYCIU GDZIEŚ  a nie BYCIU OBOK. To wina tych wszystkich lat zaniedbań, tych wszystkich nieprzeprowadzonych rozmów, tych wszystkich „później” i tych wszystkich „zaraz”! Gotuje się we mnie kiedy słyszę, że samookaleczenia są jednym z symptomów problemów z psychiką – nie, k…urde, to nie są symptomy, to są skutki. To są żałosne próby pomocy samemu sobie – bo z jakiś powodów dziecko wierzy, że nikt nie jest mu wstanie pomóc i to jest ostatnie, co mu zostało. A to, w jaki sposób myśli dziecko, kształtują rodzice. Od niemowlaka.

Czy gra to fake czy nie – moim zdaniem to nie jest ważne. Bo usilne próby zauważenia problemów młodego człowieka przez najbliższe mu otoczenie są już jak najbardziej prawdziwe, a konsekwencje psychiczne i fizyczne mniej lub bardziej udanych prób potrafią zniszczyć mu życie na długie lata.

 

Love me like you do, czyli Walentynki okiem Gagatkowej.

Nastał jeden z najbardziej kontrowersyjnych dni w roku. Gagatkowa tej kontrowersji nie rozumie, chociaż od lat paru usilnie się stara.

O Walentynkach na blogu jeszcze nie było, przez wstyd i hańbę purpurą blade lico Gagatkowej się okryło. Ale śpieszę nadrabiać. W końcu co to za kontrowersja, jeśli w jej temacie Gagatkowa milczy…

Przykre jest to, że ludzie, zamiast się cieszyć sobą nawzajem – licytują się, czy walentynki to święto potrzebne czy nie, czy ważne i jak ważne i co gdzie na jakiej wystawie sklepowej stoi. Serio? Te baloniki i misie aż tak wiele negatywów wnoszą do Twojego życia, że trzeba się nad tym rozwodzić i manifestować, jakie to jest złe?  Skoro jest, to znaczy, że komuś jest to potrzebne, jeśli nie Tobie to omiń to i idź swoją drogą.

Wiele ludzi dookoła krzyczy, że „kocha się cały rok, a nie tylko w Walentynki”. Mają rację, absolutną – co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ale czy w Dzień Matki też krzyczą, że matkę należy szanować przez cały rok, a nie tylko podczas dawania czekoladek raz w roku? Albo czy pamiętają, że dziecko potrzebuje obecności rodzica przez cały rok, a nie tylko w Dzień Dziecka? No ja nie słyszę takich głosów.

Walentynki są fajne. Z niczym w życiu nie można przesadzać, z manifestowaniem uczuć też. Od przesytu wszystkiego można mieć zgagę. Ale wiecie co – ja myślę, że akurat w Walentynki ta zgaga jest dużo bardziej dotkliwa, bo najczęściej powodują ją u nas inni. Tylko po co? Ja wiem, już nie raz pisałam, że łatwo jest oceniać innych. Ale na litość – czy nie byłoby przyjemniej, gdyby każdy zajął się tworzeniem własnego szczęścia, zamiast oceniać drogę innych do szczęścia?

Popełniłam też gościnny wpis na ten temat u Mamy Migotka. Możecie go przeczytać tutaj 🙂

Gagatkowa kocha Was całym swoim wielkim serduchem. Jesteście wspaniali, że tu zaglądacie, dajecie mi siłę i motywację do dalszego pisania. Dostaję od Was wiele pozytywnych i ciepłych słów. Przesyłam Wam mnóstwo wielkich, Walentynkowych buziaków!

Dziękuję, że jesteście 🙂 Muuuuua!

Jak oswoić demona, czyli alkohol a dziecko.

Ostatnio głośno zrobiło się o tym, czy rodzice powinni spożywać alkohol przy dzieciach, czy nie; czy w domu dzieci powinny widzieć alkohol, jak rozmawiać z dziećmi o alkoholu.

A że kwestia zdecydowanie sporna, Gagatkowa włączyła się w nią ino żywo.

To normalne, że każdy rodzic chciałby, aby jego dziecko żyło w świecie pełnym gumowych drzew, okrągłych kantów i chodników z waty. Niestety są niebezpieczeństwa, na istnienie których nie mamy  wpływu. Wokół bombardują obrazy brudnych, awanturujących się, odrażających pijaków. Nie tylko w tv – wystarczy wyjść na miasto i już włączasz tryb obronno – ochronny, bo przecież nie przebywasz jedynie na ogrodzonych, monitorowanych placach zabaw, czasem, na nieszczęście, trzeba przejść przez sam środek piekieł, tzw. centrum. Jeśli idziesz sam, ok. Ale jeśli trzymasz za rękę dziecko – sytuacja się zmienia. Ono patrzy na typa i kojarzy w minucie, że alkohol=agresja, alkohol=brud i smród. Naprawdę chcesz, Rodzicu, żeby takie miał skojarzenia? Potem, kiedy zobaczy tatę z puszką piwa przed tv albo mamę z kieliszkiem wina – przestraszy się.

Alkohol jest złem tylko wtedy, kiedy sami zrobimy z niego demona – kiedy nauczymy dziecko, że napoje procentowe są strasznym wynalazkiem, który dziecko ma omijać szerokim łukiem i wyrobimy w nim skojarzenie takie, jak napisałam wyżej. Moim zdaniem to zdaje egzamin na bardzo krótko – dziecko nie zawsze będzie na tyle małe, że będzie się trzymało maminej spódnicy i skończy się możliwość kontrolowania tego, jak odbiera to, co do niego dociera.

U nas alkohol nie jest demonem. Jest traktowany jak normalny napój, jednak pijany rzadziej ze względu na swoje właściwości otępiające. Nie oznacza to, że wśród towarzystwa toleruję zachowania typu „niech się napije, przecież odrobina mu nie zaszkodzi” . Zaszkodzi – nie wolno mu nawet kropli. Zresztą nawet sam się nie domaga, wie, że alkohol jest napojem dorosłych tak, jak np Vibovit z saszetki jest napojem dzieci i dorosłym od niego wara nawet, jak bardzo będą chcieli.

Moje zasady:

  1. Wszystko na świecie jest dozwolone – jednak we wszystkim należy zachować umiar dostosowany do swoich możliwości- nie upijam się przy dziecku!

  2. Jestem przede wszystkim Rodzicem – dopiero w następnej kolejności zdenerwowanym pracownikiem, smutną babą z PMS czy potrzebującym rozluźnienia, znerwicowanym człowiekiem – borsukiem.

  3. Zawsze dbam o to, żeby w towarzystwie była przynajmniej jedna trzeźwa osoba.

 

To, w jaki sposób dziecko będzie odbierało świat jest zależne tylko i wyłącznie od nas, rodziców. Wolę, żeby dziecko kojarzyło alkohol z tą okazjonalną lampką wina przy oglądaniu filmu wieczorem, niż ze śmierdzącym typem śpiącym na ławce w parku.

Dla jednej części rodziców alkohol jest wrogiem w domu, nie mają alkoholu w domu, nie piją przy dzieciach. Druga grupa robi zupełnie odwrotnie. Nie napiszę Wam, która strona sporu ma rację, ani jak Wy powinniście się zachować. Nie zamierzam przekonywać nikogo do swojego podejścia, krytykować drugiej strony ani dawać złotych rad. Każdy jest rodzicem najlepiej jak umie i działa według słusznej dla siebie drogi.

„No co ja z Tobą mam!”, czyli krzykiem szacunku nie zdobędziesz.

Przed chwilą pod jednym z postów na pewnej stronie wywiązała się dyskusja na temat traktowania dzieci jak jajek, przesadnego „kloszowania” ich i ograniczania im nieprzyjemności, bo „wyrosną na ciamajdy i sobie w życiu nie poradzą”. Ja oczywiście, kiedy słyszę takie oderwane od rzeczywistości teksty, reaguję spazmatyczno-alergicznie i żywo włączyłam się w dyskusję. Pani zarzuciła mi, że dzieci, którymi się od czasu do czasu nie wstrząśnie (w sensie chyba, że porządnie nie wystraszy, albo wyśmieje) nie będą znały życia i kiedy trafią na kogoś gorszego niż mamusia – załamią się.

Czasem miałam wrażenie, że nie rozmawiamy o pięcio- czy dziesięciolatkach.

Ja myślę, że Gagatek – pomimo tego, że go nie straszę, nie popycham i nie ciągnę płaczącego za rękę – sobie poradzi, wiecie czemu?

  • nie wbiegnie na ulicę na złość matce, albo dlatego, że może (bo jej nie ma obok i nie usłyszy: „rozliczymy się w domu”), ale dlatego, że wie, że może go potrącić samochód;
  • nie odłączy się w sklepie nie dlatego, że porwie go cyganka czy pan z brodą, ale dlatego, że wie, że może się zgubić;
  • nie boi się przyznać się do czegoś złego, bo wie, że bardziej wkurza mnie zrzucenie winy na kogoś innego niż rozbity wazon;
  • nie śmieszą go filmy, na których zwierzęta są nieszczęśliwe (filmów na których dzieje im się krzywda chyba by nie zniósł).

Nigdy Gagatka niczym nie straszyłam, bo uważam to za uwłaczające roli rodzica (wychowawcy, pierwszego nauczyciela). Nie chciałabym, żeby ktoś sprawiał, że ja się boję, dlaczego mam wywoływać strach w kimś innym, w dodatku mniejszym, kto wszystko mocniej czuje? Po co mam go szarpać w sklepie, skoro mogę przed wyjściem jasno ustalić zasady i wyjaśnić co, jak i kiedy? Po co mam mu zabierać za karę ulubioną zabawkę, bez której nie uśnie? („niech wie, kto jest rodzicem i kto rządzi” nie jest dla mnie argumentem…)

Dlaczego tak wiele osób (dorosłych, mądrych, oczytanych) wciąż uparcie twierdzi, że dziecku trzeba „kazać, bo inaczej nie zrobi”, „nastraszyć, bo inaczej nie posłucha”, „nakrzyczeć, bo inaczej nie zrozumie”?

Dlaczego w opinii tak wielu rodziców dziecko łatwiej wytresować niż nauczyć (pokazać, wyjaśnić)?

Dlaczego strach ma być lepszy niż zrozumienie?

Mnie serce boli jak Gagatek płacze przez to, co powiedziałam albo zrobiłam. I zawsze wynagradzam mu te przykrości potrójnie.

Co za szajs, czyli gdzie ta nasza niepodległość?

Włączam tv.

Bucha na mnie odór tych wszystkich zafajdanych kłamstwem gęb, którzy celebrację narodowego święta zaczynają opluwaniem przeciwników politycznych, a kończą hipokryzją z cyklu: „Niech żyje wolność!”. To smutne, jak kraj z takim potencjałem, z taką historią – tak łatwo sam siebie wykańcza. Kiedy słucham o tym, jak rząd chce kupować chore dzieci za jednorazowe psie 4 tys., jak chcieli grzebać mi w macicy, jak targają się za włosy w imię rzeczy tak… mało istotnych, jak taki jeden z drugim odbierają ludziom tą wyszarpaną i okupioną tragediami ludzkimi wolność, to mnie krew zalewa. Nie, właściwie nie zalewa – zwyczajnie jest mi przykro, że ci, którzy za tę Wolność, tę prawdziwą, walczyli, muszą na ten burdel patrzeć.

Wyłączam tv.

 

Włączam komputer.

Najpierw wita mnie biało – czerwona wyszukiwarka. Wujku, opamiętaj się. Kiedyś barwy narodowe były święte, nie szastaj nimi. Ale czego się spodziewać po komputerowcach, skoro przedstawiciele władzy na uroczystości zamiast złożyć flagę – zwiną ją w kłębek i pieprzną w krzaki. Później nie jest lepiej – Fbook składa mi najlepsze życzenia z okazji Dnia Niepodległości. Czy tylko ja uważam to za co najmniej niestosowne? Być może nie działałoby to na mnie tak drastycznie, gdybym nie słyszała co chwilę, jak ten czy inny członek AK musi w wieku 90 lat bić się o godność, która należy mu się bardziej niż każdemu z nas. Zamiast takich ludzi nosić na rękach, sprawiać, by żyło im się jak pączkom w maśle – Fbook składa mi najlepsze życzenia.

Wyłączam komputer.

 

Dokąd to wszystko zmierza, boję się myśleć.

Białe rękawiczki, czyli niezauważona przemoc.

Europejski Dzień Walki z Depresją. Dzisiaj będzie inaczej. Dzisiaj będzie na poważnie.

Tytuł przewrotny.

A może nie?

Trwa zażarta dyskusja czy bić dzieci czy ich nie bić, czy to wychowawcze, czy nie. Klapsy są jedną z najłagodniejszych form przemocy wobec dzieci. Klaps, który jest wyrazem rodzicielskiej bezradności, sam w sobie, od strony fizycznej niesie zaczerwienienie, które znika, ból, który ustępuje, siniaka, który blednie. Klaps nie pozostawia śladów na ciele. Klaps jest bezpieczny dla rodzica. Dla mnie ta dyskusja nie ma sensu, bo już dawno Jachowicz w wierszyku dla dzieci pisał: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło”*. Sprać takiemu rodzicowi dupę z siłą adekwatną do ciężaru ciała, potem zapytać jeszcze raz, czy to słuszne. Tyle w temacie klapsów.

Ale jest coś, co zostawia ślady. Niezauważalne, chociaż głębokie.  Coś, co nawarstwione latami może powodować straszne spustoszenie, także uzewnętrznione, fizyczne. Coś, przez co dzieci mające po naście lat zmagają się z depresją, a starsi w wielu sprawach mają pod górę przez własne (często tłumione, przez co nieokreślone) emocje. Jest to coś,  na co ma się wpływ DO pewnego momentu lub OD pewnego momentu – ten pewien moment pomiędzy potrafi nawet odebrać życie. Jest to coś, w odniesieniu do czego określenie „silny psychicznie” nie istnieje.

To zaburzona relacja dziecko -> rodzic.

Dziecka problem zawsze powinien być większy, ważniejszy, trudniejszy. To nieprawda, że rodzic jako człowiek dorosły poradzi sobie ze wszystkim. O tym pewnie też kiedyś napiszę. Ale w porównaniu z dzieckiem rodzic ma dużo większe szanse na takie poukładanie sobie wszystkiego, aby wypracować jako taki, nawet najbardziej kruchy, spokój. Ale w sytuacji, kiedy dziecko czuje się pomijane w rodzicielskich uczuciach, a jego potrzeby lekceważone = wyśmiewane lub wyolbrzymiane = lekceważone, zaczyna uważać rodzica za Niepotrzebnego Nieobecnego, później jako zło konieczne, a na końcu jako wroga. To ta łagodniejsza wersja niewłaściwej relacji.

Czasem dziecko czuje się niechciane – ale w sensie przeszkadzacza, utrudniacza, zawalidrogi. Czuje się niepotrzebne. Bajka o Kopciuszku nabiera dla niego innego wydźwięku, bo pantofelka nie ma. I wróżki nie ma, bo kiedy jest siła, żeby powiedzieć o swoich problemach innym nie ma chęci; kiedy jest chęć – potrzeba, pragnienie – nie ma już siły. Celowo piszę – czuje się niechciane – co to, co wysyła rodzic nie zawsze jest tym samym, co odbiera dziecko. Czasem tak – krzyki, obrażanie, nękanie, ośmieszanie – jest tym straszniejsze, im dziecko jest młodsze. Ale nie chcę pisać tu o sytuacjach patologicznych, ale o tym, kiedy dla rodzica wszystko jest w porządku, a dziecko czuje się rozszlachtowane wewnętrznie.

Negatywne emocje, dotyczące przecież nie tylko rodziców, skumulowane w młodym człowieku wyglądają jak grzyb. Najpierw długo, długo nic się nie dzieje. Później coś, co zaczyna kiełkować, zostaje zagłuszane przez resztę – hobby, naukę, relacje z innymi. W końcu każdy z tych aspektów zostaje zarażony. Grzyb się rozrasta. Zaraża. Opanowuje. Zjada.

Przemoc wobec dzieci to nie tylko podniesiona ręka. Dla mnie przemoc to wszystkie te działania, które prowadzą do obniżenia w dziecku poczucia własnej wartości i samooceny; to działania, które budzą w dziecku negatywne myśli o sobie samym; to wreszcie te działania, które tworzą w dziecku grube bariery, przez które cholernie ciężko się przebić, obojętnie z której strony.

To, czy droga, którą ja obrałam jest słuszna, okaże się za kilkanaście, kilkadziesiąt lat – oby rzeźba okazała się z marmuru, a nie z gipsu.

Źródło
Stanisław Jachowicz
TADEUSZEK
Raz swawolny Taduszek
Nawsadzał w flaszeczkę muszek;
A nie chcąc ich morzyć głodem,
Ponawrzucał chleba z miodem.

Widząc to ojciec przyniósł mu piernika
I, nic nie mówiąc, drzwi na klucz zamyka.
Zaczął się prosić, płakać Tadeuszek,
A ojciec na to: „Nie więź biednych muszek”.
Siedział dzień cały. To go nauczyło:
Nie czyń drugiemu, co tobie niemiło.

O plasterku na plastikowym pancerzyku i rodzicach – Grupie Lubiącej Władzę.

G: Nie działa mi aparat. Napraw mi!
MG: Dobrze, spróbuję Ci pomóc, tylko zjem obiad.
G: [łup! zabawką o podłogę] Chcę teraz!
MG: [udając, że nie zauważyła] Teraz nie mogę, widzisz, że jem obiad. Jeśli nie chcesz czekać idź do kogoś innego, to Ci pomoże. Na mnie musisz poczekać.
G: [oglądając zabawkę] Nie działa mi żuczek! Popsuł mi się! Wyrzuć!
MG: Może się popsuł, bo rzuciłeś nim o podłogę? I to tak bardzo mocno? Żuczki nie lubią być rzucane, zwłaszcza tak mocno jak przed chwilą.
G: To wyrzuć go, chcę nowego! Takiego, który działa!
MG: Nie dam Ci drugiego, ale kiedy skończę, dokładnie go obejrzymy, może nie popsuł się tak całkiem. Może się okaże, że da się go naprawić. A jeśli nie – będziesz wiedział, że nie można rzucać zabawkami o podłogę. Jest taka piłeczka, specjalna, wiesz? Nazywa się „zośka” i nią można rzucać – ale tylko o podłogę – tak najmocniej jak tylko się potrafi, kiedy się człowiek zezłości. A ona się nie odbija, wiesz?
G: A jak ona wygląda?
MG: Jest najczęściej okrągła, zrobiona z materiału, albo ze skóry, a w środku jest ryż albo groch, albo piasek.
G: Może żuczka będzie się dało naprawić… Kupimy taką piłeczkę, co, mamo?

 

Kary są łatwą metodą wychowawczą. Powodują czystość sumienia (przynajmniej na początku), wybielają w oczach innych i dają poczucie władzy. Tylko, że sumienie w dalszej perspektywie gryzie jak cholera, bo przecież dziecko nie chciało, miało prawo nie wiedzieć lub nie potrafić poradzić sobie z emocjami; pokazują innym, że jesteśmy rodzicami, którzy REAGUJĄ, którzy nie pozwalają gówniażerii DOMINOWAĆ, którzy RZĄDZĄ. Szkoda tylko, że „rządzą” słabszymi, a swoich nerwów nie potrafią pohamować. Brawo dla tych, którzy myślą o karze jak o sposobie na pokazanie „kto silniejszy” – łatwo być silniejszym wobec mniej wiedzących, mniejszych, gorzej radzących sobie w świecie; o poczuciu władzy nawet nie będę wspominać, bo to uwłaczające dla kogoś, kto mianuje się rodzicem.

Rodzice nie są od karania. Ktoś, kto ma być nauczycielem, mentorem i jednocześnie oparciem we wszystkich złych momentach nie może powodować strachu – jedynie respekt i szacunek.

Jednocześnie absolutnie nie twierdzę, że kary są złe. Są jedynie w perspektywie czasu mniej skuteczne niż inne metody. Bardzo modne stało się dziś tzw. wychowanie bezstresowe – bez stosowania kar, ponieważ zapanowało przekonanie (skąd? dlaczego? wyjaśni mi ktoś?), że negatywne emocje u dziecka są złe i nie powinno się do nich dopuszczać. Ja uważam, że emocje, jakie by one nie były, są dobre, zawsze. Złe mogą być natomiast czynności podyktowane emocjami.

Ale o mądrym stosowaniu kar będzie traktował całkiem inny wpis.

Żuczek przeżył. Skończyło się jedynie na plastrze na małym, żuczkowym, plastikowym pancerzyku i góra 15-stu łzach Gagatka.

 

 

 

 

 

 

Szczepienia – jak je przeżyć i nie zwariować?

Całkiem niedawno Gagatkowa matka otrzymała ważny telefon. Ważny do tego stopnia, że po odłożeniu słuchawki z głośnym pacnięciem pacnęła na kanapę koło syna. Zajęty rozwijaniem fotograficznej pasji Gagatek nie przejął się zbytnio zaproszeniem matki – ma jeszcze to szczęście, że w wieku lat 5-ciu usłyszane: „siadaj, musimy pogadać” nie boli i nie zwiastuje apokalipsy.

Otóż ten komunikacyjny werbalny przewrót dotyczył niezwykle trudnego pod względem zorganizowania i liczby nieprzewidzianych wypadków manewru pod kryptonimem „Armagedon Łez Aktorskich”, w skrócie AŁA, zwanego potoczne szczepieniem.

Nie będzie tu o tym czy trzeba, czy warto i czy się powinno, bo to prywatna sprawa każdego – a w zgodzie z własnym sumieniem żyć trzeba i basta. Gagatkowa szczepi i szczepić będzie. Ale nastąpi tu przemyśleń parę dotyczących rodzicielskich sposobów na przetrwanie (bez szwanku na ciele i psychice – rodzica, rzecz jasna) szczepienia Twojego dziecięcia.

Szczepienie maluszka przebiega właściwie machinalnie – nie tłumaczysz, bo jeszcze nie ma komu, uspokajasz tonem głosu,  głaskaniem – maluch działa prosto i przewidywalnie – „Jak boli to wyję, niech wiedzą, że mnie boli i mi się to nie podoba, i niech przestaną. O, mama/tata, fajnie, lepiej mi trochę.” Ale starsze dziecko to rollercoaster. Niby wiesz, niby znasz, a jak przychodzi co do czego – jazda bez trzymanki. Dlatego warto przygotować siebie i brzdąca wcześniej, żeby uniknąć dodatkowego stresu dla siebie i dodatkowych nieprzyjemności dla dziecka – dla niego i tak to jest trudna sytuacja.

 

  1. POWIEDZ WCZEŚNIEJ”Wiesz co, dzwoniła pani pielęgniarka, będziesz miał szczepienie. Pamiętasz, jak miałeś szczepienia, kiedy byłeś mniejszy? Pamiętasz, na czym to polega?”Dziecko nie jest głupie. Widzi, że coś się szykuje i zaczyna się bać (bo nie wie, że nie ma czego), a może jesteś świetnym rodzicem – aktorem? Brawo, właśnie udało Ci się oszukać mniejszego od siebie, oklaski dla Ciebie – ciekawe tylko, czy chciałbyś, żeby Ciebie, dorosłego, tak ktoś potraktował. Rozmowa naprawdę pomoże Wam obojgu.
  2. NIE KŁAM”Nie, nie będzie bolało”. Najczęstsze chyba kłamstwo rodziców. Zupełnie dla mnie niezrozumiałe, bo nie widzę w tym krzty sensu. Nie lepiej powiedzieć dziecku, że owszem, trochę je zakłuje, w końcu to igiełka, ale  skoro komar ugryzł go nie raz – tym razem też przeżyje?
  3. USTAL PLAN”Po szczepieniu pójdziemy na lody, co?” Jak już podkreślałam – dzieci lubią mieć plan. Lubią wiedzieć. Łatwiej mu będzie znieść przykrą wizytę wiedząc, że za progiem czeka na nie coś miłego. Ważne – nie stawiaj warunków, przecież sam tego nie lubisz. Po co mówić „jak będziesz dzielny…”. Wiadomo, że będzie starało się być najbardziej dzielne jak tylko będzie potrafiło! No i pochwal, nieważne, że ugryzło pielęgniarkę. To dla niego większy stres niż dla Ciebie.

 

Gagatek dzielnie od początku do końca patrzył na igłę i nawet sie nie skrzywił (ot prywata). Pewnie, że potem poszliśmy na lody. Ogromne, z toną BIAŁEGO CUKRU i milionem kalorii. Chyba zasłużyliśmy oboje.