Pierdzące uszka w barszczu, czyli ewolucja życzeń świątecznych.

christmas-card-2999091_640

Dawno temu przed wiekami ludzie dzwonili do siebie po to, żeby złożyć sobie wzajemnie życzenia na święta. To było fajne. Można było porozmawiać dłużej, usłyszeć się może pierwszy raz od bardzo dawna. Wyjaśnić rzeczy z przeszłości, może wreszcie się pogodzić.

Później mądrzy wymyślili esemesy. Było szybciej, prościej, klepu klep w kolejce po karpia – bez niepotrzebnych pytań, niewygodnych rozmów, bez strachu, że a nuż ktoś nas zapyta o coś niewygodnego.

Potem facebook. W facebookowej erze wiadomości wysyła się na messengerze – czemu? Bo za darmo, wiadomo. Bo przy okazji siedzenia przy komputerze można było do każdego parę słów sklecić, ewentualnie „kopiuj-wklej”, szybiutko, momencik. Albo filmik wysłać, jakiś taki, ładny, od Jolki dostałam, puszczę dalej (chociaż hipokryzją level hard są dla mnie filmiki, które zaczynają się: „Chociaż nie mogę złożyć Ci życzeń osobiście…” No helou. Mogę, pewnie, że mogę, ale mi się nie chce myśleć, nie mam czasu na pierdoły, ale przyzwoitość każe coś wysłać).

Ale szczytem jest dla mnie coś, co pojawia się najczęściej. Teraz żyjemy jeszcze szybciej i rezygnujemy z jakiekolwiek interakcji międzyludzkiej. Teraz wrzucamy na swoją tablicę „Zdrowych, wesołych, spokojnych świąt”, wstawiamy choinkę, uśmiechniętą emotkę, tańczącego renifera czy pierdzące uszka w barszczu i sprawa załatwiona aż do przyszłego roku. Życzymy wszystkim, bliżej nieokreślonemu każdemu, czyli nikomu. Pytanie tylko – po co. Przecież życzenia to nie przykry obowiązek, który każdy musi odklepać przed świętami. Który musimy spełnić dla spokoju sumienia. Albo po to, żeby ktoś nam czegoś nie zarzucił, że olaliśmy, że zapomnieliśmy.

No ludzie.

X życzę zdrowia wiedząc, że ma problemy. Y życzę szczęścia, bo wiem, że potrzebuje, a Z najbardziej przydałby się spokój. Życzenia składa się ludziom, nie telefonom, nie komputerom – żywym ludziom, którzy mają jakieś problemy, jakieś marzenia, plany, którzy czegoś chcą, każdy czegoś chce w życiu.

Dlaczego składamy życzenia z automatu? Dlaczego przeważyło ctrl+c, ctrl+v? Bo nie wiemy, czego życzyć. Nie znamy naszych bliskich, nie mamy czasu (nieprawda! Nie chce nam się, bo to wymaga wysiłku) ich poznać, bo najbardziej istotne dane o nich nie wyświetlają się na facebookowej tablicy.

Smutne to bardzo, a jeszcze smutniejsze jest to, że nie idzie to w dobrą stronę.

Reklamy

Lego, naleśniki i sztuczna choinka w tle, czyli o tym, jak nie reagowałam, kiedy moje dziecko przeżywało koszmar.

20171220_165050

Opowiem wam o pewnej sytuacji, która miała miejsce wczoraj. Obawiam się, że inni rodzice zachowaliby się inaczej (tak, można linczować) ale to właśnie dzięki takim reakcjom mam z dzieckiem niezły kontakt (a nie, przepraszam pani profesor, kontakt można mieć codzienny albo fizyczny, a ja mam relację) Tak więc relację z dzieckiem mam niezłą.

Wydarzyło się co następuje: przychodzi mój syn pierworodny i pyta, czy może uciąć sobie kawałek choinki (dodam, że choinkę mamy sztuczną w tym roku), bo mu potrzebna do zabawy (ja smażyłam w tym czasie naleśniki). Odpowiedziałam, że nie, że to słaby pomysł, ale jak chce i poczeka, to jak skończę, wyjdę na zewnątrz, jakieś roślinki mu załatwię. Oczywiście było że nie może, że już teraz zaraz. Na co ja spokojnie mówię, że teraz to ja smażę naleśniki i jeśli poczeka, to ja bardzo chętnie mu później te roślinki przyniosę. Zdenerwował się i gruch mnie w brzuch. – To skoro tak – mówię – to niestety, ale nie przyniosę ci roślinek, coś mówiłam o biciu. W złości wchodząc do pokoju zburzył cały skrzętnie budowany przez kilka ostatnich dni Park Jurajski z Lego (był ogromny, zajmował cały stół i siedział nad nim z tydzień). Kiedy zobaczył, co sobie zrobił, wpadł w taką histerię, że brakowało tam tylko spazmów na podłodze. Ja spokojnie smażyłam naleśniki dalej (półtora metra ode mnie odbywał się koszmar mojego dziecka). Nie reagowałam, dałam mu czas, żeby się zastanowił i uspokoił. Trwało to dobre kilka minut, (aż reszta domowników się zbiegła, ale widząc, że jestem obok i nie reaguję – czyli nie dzieje się nic zagrażającego życiu i zdrowiu – taktycznie się wycofała). Po chwili podbiegł, przytulił się, powiedział: pomóż naprawić. Jasne. Ciułamy te małe klocuszki, ja się nie odzywam.

W końcu padło to, na co czekałam:

G: To twoja wina.

MG: No nie za bardzo moja, sam sobie zburzyłeś.

G: Ale ty mnie zdenerwowalas i to przez ciebie.

MG: Poprosiłam, żebyś poczekał, bo robiłam ci naleśniki. Chyba nie lubisz czekać, co? Nikt nie lubi. No ale czasami trzeba. Nie prosiłam, żebyś burzył swojego parku, sam to zrobiłeś, bo byłeś zdenerwowany. Spróbujemy go odbudować czy iść po te roślinki?

G: Odbudujmy. Nie chciałem go popsuć.

Z tej historii wynikają dwie proste rzeczy:

1. Dziecko potrzebuje przestrzeni do wyrażania emocji. Złość jest trudna do poskromienia, niektórzy dorośli mają problem z jej okiełznaniem. Pozwólmy dziecku nauczyć się sobie z nią radzić.

2. Przerzucanie winy jest najprostszym mechanizmem obronnym, a umiejętność przyznania się do winy (zresztą dokładnie tak samo jak umiejętność przegrywania) jest trudną sztuką. Znam dorosłych, którzy działają w trybie „zrobiłem/~łam tak, bo mnie sprowokowałeś”, bo nikt nie nauczył ich przyznawać się do winy.

Zaiste rodzicielstwo trudną sztuką jest. A najgorsze, że nie robią z tego kursów ani chociażby instrukcji obsługi

Bądź jak kamień, czyli Gagatkowa o wolności.

freedom-2053281_640

 

„Bądź jak kamień – stój wytrzymaj!
Kiedyś te kamienie drgną
i polecą jak lawina przez noc… przez noc… przez noc.”

 

Temat wolności jest bliski sercu Gagatkowej matki. Może wiąże się to z jej przedziwnie kocią naturą – zawsze po swojemu, najlepiej sama, o sobie decyduję ja i nikt nie będzie mi mówił, co robić (przepraszam mamo ;)). Myszy nie je, ale mleko pije hektolitrami. No i wszędzie dobrze, ale najlepiej na piecu – tam gdzie inni się gotują, Gagatkowa dopiero zdejmuje sweterek. Pazury posiada, gryźć potrafi. Słowem – nikt nie wie skąd się wzięło, ale się wzięło i jest. Podejście ezoteryczne też niektórzy mają i mieszają w to poprzednie wcielenia. Jej tam wyjaśnienie niepotrzebne. Lubi siebie i już.

Ile to razy dziennie słyszy się o tym, by dbać o wolność, by ją szanować i by jej nie nadużywać. Wszystko fajnie, ale czym ta „wolność” jest?

Wolność to wybór.
Budzisz się pewnego dnia, otwierasz oczy i stwierdzasz, że już dalej tak nie możesz. Że masz dość. Zastanawiasz się nad tym, co Ty robisz w tym miejscu, w tym czasie. Szukasz argumentów „za”.  Coachingowa strefa komfortu istnieje naprawdę, nikt  nie chce jej opuścić ot tak. Zawsze się szuka argumentów. I dopóki się ich nie znajdzie w swojej głowie, żadna perswazja, żadne przekonywanie, nikt na świecie nie sprawi, że dokonamy wyboru.
Wolność rodzi się we własnej głowie.

Wolność to decyzja.
Dokonałaś wyboru, ale wybór to za mało. Potrzebna jest decyzja – ale taka prawdziwa. Przemyślana. Krok bez możliwości odwrotu zawsze wiąże się z ryzykiem, ale jeśli chce się zbudować swoją wolność – podejmij je. Decyzja tylko na początku mąci w głowie, potem jest tylko lepiej. Wiesz, że nie będzie łatwo w niej wytrwać, że nie raz Twoja wola się zachwieje, nie raz wrócisz do etapu wyboru.
Wolność to możliwość. Skorzystaj z niej.

Wolność to praca.
Nie zawsze będzie tak, jak chcesz. Dlatego pamiętaj: nieważne jak długo będziesz musiała czekać – wytrzymaj w swojej decyzji, broń jej, walcz o nią – działaj i nie poddawaj się. Nie musisz z siebie rezygnować, żeby dać siebie innym – swoją siłę, zaangażowanie i nieustępliwość. Zarażaj. Płoń i zapalaj.
Wolność to wiara w siebie.

Wolność to akceptacja.
Łatwiej jest, kiedy nie musisz nic udawać. Negować. Czujesz to, co czujesz i nie ma sensu z tym walczyć ani udawać, że to nie istnieje. Masz prawo do wszystkich uczuć na świecie. Pokochaj siebie taką, jaką jesteś, każdą wersję siebie. Nie okłamuj siebie.  Życie w zgodzie z własnymi prawdziwymi przekonaniami, uczuciami i marzeniami jest dużo prostsze. Uwierz mi.

Tylko wybierz.
Zdecyduj.
Walcz.
Nie udawaj.

Czym jest wolność? To odwaga bycia sobą.

 

 

„Nienawidzę Cię!”, czyli emocjonalny gejzer.

yellowstone-66277_640Często jest tak, że jedno zasłyszane zdanie, jedno hasło, które mignęło gdzieś przelotem w sieci sprawia, że potem człowiek chodzi i myśli, i analizuje, i kombinuje.

A Gagatkowa to już w szczególności.

Ostatnimi czasy takim zdaniem było:

„Jeśli Ty, moje dziecko, chociaż raz nie pomyślisz o mnie: „nienawidzę Cię” to oznacza, że źle wykonałam swoją pracę jako rodzica.”

Na początku Gagatkowa się z tym zgodziła.

Wychowanie dziecka to wyprowadzenie go na ludzi, a to nie zawsze jest miłe, łatwe i przyjemne. Wychowanie to nauczenie go życia w takim, a nie innym świecie – trudnym, wymagającym, z całym szeregiem niebezpieczeństw i zagrożeń czyhających z każdej strony. Wychowanie to pamiętanie o tym, że najpierw się jest rodzicem, a potem przyjacielem (chociaż czasami by się chciało, żeby było odwrotnie). Wychowanie to bycie mądrzejszym nawet wtedy, kiedy dziecku się wydaje, że przez naszą decyzję skończył mu się świat. Wychowanie to mądre wykorzystanie swojej pozycji silniejszego. Wychowanie opiera się fundowaniu dziecku stresu – z definicji. Wychowanie nie jest relacją dwojga równych sobie ludzi – to rodzic ma być mądrzejszy, silniejszy i ma decydować. Wychowanie to mówienie „nie”.

Gagatkowa przecież wie, że pojęcie „wychowanie bezstresowe” jest technicznie niemożliwe i nielogiczne. Wie, że to pieprzony oksymoron wymyślony przez tych, którym dziecko jest obojętne, który tłumaczy ich z umywania rąk z każdej sytuacji, w której nie interweniują, a powinni. Wie, że to „bezstresowe wychowanie” to po prostu pozwolenie dziecku na samoukształtowanie – taka ulica, tylko w domu (tym gorzej, bo dom daje poczucie bezpieczeństwa, pewności, że matka czy ojciec zawsze złapią za szelki, kiedy sytuacja będzie za bardzo zaogniona). Zdaje sobie sprawę, że dziecko nie zawsze musi zgadzać się z decyzją rodzica – przecież nie patrzy w przyszłość, żyje tym, co jest dzisiaj – jak kot, który za każdym razem jest wielce zaskoczony, że szklanka, którą popychał łapą, spadła ze stołu. I to nie jest nic złego – dziecko jest dzieckiem – każdy potrzebuje czasu, żeby nauczyć się przewidywać.

Ale potem zastanowiła się nad drugą stroną.

Każde „nienawidzę cię” to coś więcej niż tu i teraz. To kilka spraw nałożonych na siebie z bardzo krótkim lontem – a wybuch rozpierdziela wszystko w promieniu wielu dni, czasem tygodni. To eskalacja wszystkich złych emocji, które piętrzą się w młodym człowieku – emocji, które jak gorąca woda spod ziemi wreszcie znalazły ujście.

Emocjonalny gejzer.

Rodzic ma być oparciem. Rodzic ma być osobą, do której dziecko ze swoim problemem biegnie w pierwszej kolejności. Rodzic ma być najbardziej skalną skałą, jaka tylko istnieje na świecie i nie ma takiej kropli, która mogła by ją zmienić. Rodzic ma być dla dziecka, ma znać dziecko.

Rodzic ma słuchać dziecka.

Tylko czy możliwe jest niedopuszczenie do wybuchu, skoro im dziecko starsze, tym konflikty interesów mają coraz większy kaliber? Być, słuchać, rozumieć – to credo każdego rodzica – a co z wychowaniem? Nie wszystko można zwalić na taki czy inny charakter dziecka czy rodzica.

Myślę, że sama myśl jest trafiona – bardzo. Ale słowa, w jakie autor(/ka?) je ubrał, nie przemawiają do mnie. Są rodzice, którzy nigdy tego od dzieci nie usłyszeli – czy to znaczy, że nie są dostatecznie dobrzy w swojej roli? „Nienawidzę cię” – to w moim przekonaniu za mocne.

Chociaż może musi być za mocno, żeby dotarło?

Trzeba mówić o śmierci, czyli nie róbmy z dzieci idiotów.

candle-2890082_640

 

Odsuwamy dzieci od tematu śmierci. Tłumaczymy to sobie tym, że są za małe, że nie zrozumieją, że się przestraszą, że będą mieć koszmary.

Dorośli uwielbiają się tłumaczyć przed samymi sobą.

A przecież doskonale wiedzą, że to nieprawda. Że ono wcale nie jest za małe, to nasza odwaga mogłaby się zmieścić na łebku od szpilki. To my, dorośli, boimy się takich rozmów. Boimy się pytań, które mogą paść. Wstydzimy się swoich emocji, których być może nie uda się ukryć, łez, których nie damy rady powstrzymać. Chcemy zminimalizować ryzyko niepotrzebnego zgłębiania tematu. Wyciągania niewygodnych wyjaśnień. Być może sami nie do końca rozumiemy, dlatego nie jest łatwo nam wyjaśniać. Wolimy przemilczeć. Odchrząknąć coś zdawkowo, olać temat. Przecież i tak zapomni.

Nie zapomni. A kiedy zdarzy się coś nieprzewidzianego, coś, czego na co dzień nie widzi – przestraszy się. Dzieci boją się tego, czego nie znają.

I powtórzę raz jeszcze:

dzieci nie mają swoich demonów – przyjmują te, które sami im stworzymy.

A obowiązkiem dorosłych jest oswajać dziecięce lęki. Rozmowa zawsze jest lepsza niż milczenie. Zwłaszcza rozmowa o śmierci.

W ostatnim czasie i u nas ten temat stał się nieprzyjemnie aktualny. Niby wszyscy byliśmy przygotowani, niby każdy z nas wiedział jak jest, ale gdy przychodzi co do czego – zawsze jest zaskoczenie i ten nieprzyjemny, paskudny niedosyt. Ten jeden dzień, tydzień, rok za mało. Dla Gagatka było to o tyle prostsze, że widział tę postępującą starość, to gasnące światełko – zadawał pytania dlaczego, jak, czemu i skąd się bierze to, co się wzięło. Mnóstwo pytań – i żadne nie zostało bez odpowiedzi. A czasami były one niełatwe, zwłaszcza dla mnie. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że jeśli nie potrafisz czegoś wyjaśnić dziecku, tzn. że sam tego nie rozumiesz.

I wtedy dotarło do mnie, ilu rzeczy tak naprawdę nie rozumiem.

Dlatego kiedy przyszedł ten moment, nie bał się. Stało się to, co kiedyś musiało się stać i chociaż było to trudne – było przecież naturalne.

Miałam ułatwione zadanie, ponieważ wszystko rozegrało się, kiedy szykował się do przedszkola. Widział krzątaninę, wyczuwał napięcie. Minął się z karetką. Przemielił to wszystko w swojej małej główce, wyciągnął wnioski na miarę bystrego sześciolatka i po powrocie do domu o wszystko dokładnie wypytał (dokładnie na miarę przedszkolaka). Przerobiliśmy cały pogrzeb praktycznie minuta po minucie, uprzedzałam o możliwych silnych emocjach u niektórych, o każdej z ewentualności. A kiedy przyszło co do czego, był cholernie dzielny.

Nie róbmy ze śmierci demona, a z dzieci idiotów. Przecież to naszą rolą, dorosłych, jest wszystko wytłumaczyć dzieciom tak, żeby zrozumiały – możliwie najprościej, ale i najdokładniej. I teraz jest chyba ku temu najlepszy moment – zatrzymując się na cmentarzu minutę dłużej, włączając dziecko w przygotowania do tego jednego, jedynego w roku dnia, kiedy najmocniej czujemy obecność tych, których już z nami nie ma.

 

„Skutek lewackiej patologii”, czyli another brick in the wall.

country-2396363_640

Miałam o tym nie pisać. Sądziłam, że już wystarczająco dużo słów padło na ten temat, że może wreszcie pójdzie ku lepszemu, ku zwiększeniu świadomości społeczeństwa w temacie, że poprawi się zwykłe ludzkie wyczulenie na sprawę, że wzrośnie empatia, że może dorośli ludzie (niekoniecznie rodzice) zrozumieją, że psychika młodego człowieka jest jak szkło – może obrywać dziesiątki razy, ale TO miejsce i TEN czas, a pęka na milion kawałków.

Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz obejrzałam „Salę Samobójców”. Pamiętam to uczucie kapcia w mordzie, kiedy napisy końcowe już dawno minęły, a ja gapiłam się tępo w monitor. Łzy kapały mi jak grochy, czułam się, jakby ktoś przyłożył mi obuchem. Pamiętam moją pierwszą myśl: „Ten film powinien być obowiązkowy dla wszystkich rodziców.” Sama byłam już wtedy mamą gugającego szaleńca o dwóch zębach – to był moment, w którym obiecałam sobie, że zawsze będę dla niego, że będę blisko cokolwiek się będzie działo. Że za wszelką cenę będę się starała SZANOWAĆ – nawet wtedy, kiedy trudno będzie ROZUMIEĆ. Bo wydało mi się to naturalne – starać się zrozumieć i bezwzględnie kochać.

Takie myślenie wydawało mi się naturalne także dla całej reszty dorosłych, którzy mają przecież obowiązek (także moralny) otoczyć opieką mniejszych, młodszych, słabszych. Albo tych, którzy potrzebują pomocy. Tych, którzy wołają, krzyczą o pomoc, chociaż na zewnątrz tego nie widać – tzn. pokazują to, ale dorośli zajęci swoimi sprawami tego nie widzą – nie zawsze nie chcą, czasem po prostu coś fałszuje im obraz. Wydawało mi się takie oczywiste, że dorosły jest dla dziecka i jeśli tylko widzi, że coś jest nie tak – reaguje. Reaguje broniąc dziecka. Ocenia sytuację trzeźwo, mądrze, po dorosłemu.

Po dorosłemu.

Tak myślałam aż do dzisiejszego wieczora, kiedy to przeczytałam, jak przedstawicielka naszego kochanego rządu, pani szanowna posłanka K.raju P.olskiego skomentowała to, co się stało – w skrócie rzecz ujmując – „jak uczycie patologii lewicowi liberałowie, nie dziwcie się potem, że się dzieci zabijają” (oczywiście z właściwym sobie poziomem kultury wypowiedzi). Na końcu znajdziecie link.

To takie cholernie przykre jest. Pomijam już tę całą prawicową propagandę (ja się na polityce nie znam, ja od tego mam ludzi), ale takie uprzedmiotawianie młodego człowieka, sprowadzanie go do poziomu pionka, marionetki, albo co gorsza jakiejś cholernej another brick in the wall jest strasznie, strasznie niesprawiedliwe. Suche. Beznamiętne. Takie… Olewające.

Czy to wszystko dlatego, że w historii jest wątek homoseksualny? Dlatego, że Kacper czuł, że jest gejem? Tylko dlatego został jedynie „skutkiem patologii”? Ja nie wierzę (bardzo, bardzo nie chcę się znowu pomylić), że pani posłanka ma tak wąskie horyzonty myślowe i takie płytkie spojrzenie na świat. Przecież dyskryminacja wśród rówieśników istnieje i niestety ma się coraz lepiej, bo młodzi ludzie dysponują środkami, których wcześniej nie było – internet wyzwala w nich pokłady jakiejś skrywanej agresji, poczucia władzy, daje jakąś chorą satysfakcję – przecież dzieją się cuda – od cyberstalkingu po cyberbullying. A przecież nie zawsze chodzi o inną orientację seksualną. Czasem są to po prostu NIE TAKIE zainteresowania, NIE TAKA fryzura, NIE TAKA rodzina. Powodów mogą być tysiące.
Może także nie być powodu.

Gagat dziś ma lat sześć i już spotyka takie zachowania w grupie – opowiada mi, jak jedni traktują drugich, jak wyśmiewają, jak odpychają. A jeśli w grupie przedszkolaków słychać głosy: „idź sobie stąd, nie chcemy się z tobą bawić, bo ty [cośtam]” to co się dzieje u 12-, 14-, 15-latków?

Dlatego pani kochana posłanko nasza.
Ogarnij się pani i przejrzyj na oczy.

Parafrazując: „Hey! Politicians! Don’t leave them kids alone!”

http://m.fronda.pl/a/pawlowicz-zabiera-glos-ws-samobojstwa-nastolatka,99974.html

 

 

Rodzicu, myśl! (Czyli nie wysyłaj swojego dziecka na wojnę bez zbroi)

armor-2144638_1920

Parę dni temu przelotem gdzieś usłyszałam, że rodzice nie zaszczepili dziecka na ospę i teraz mają ogromne problemy z powikłaniami po chorobie. Nie chcę wyjść na ignoranta, naprawdę nic nie wiem więcej o sprawie, ale to, co usłyszałam spowodowało lawinę myśli w mojej głowie.

Dzisiaj młodzi rodzice nie mają łatwo. Zewsząd bombardują ich zakazy, nakazy, poradniki, rady, srady i inne tyrady. I wszechobecne porównywanie się (wszyscy rodzice to robią – różnie tylko podchodzą do wyników tych porównań). Bycie młodym rodzicem to ciągła walka ze wszystkim dookoła, głośne lub nieme udowadnianie, że mimo wszystko – MIMO WSZYSTKO  się ma rację. I czasem rodzic stanie po niewłaściwej stronie liny. Posłucha kogoś innego zamiast siebie i własnego dziecka.

Jedni mówią – nie szczepić w ogóle, inni – szczepić, obowiązkowo, na wszystko co się da. Dwa skrajne obozy, a nic nie jest białe lub czarne.

Babcie często udzielają złotych rad młodym rodzicom, zwłaszcza wtedy, kiedy dziecko jest jeszcze malutkie (nie taka kaszka, nie taka pogoda na spacer, nie to miejsce, nie ten czas i to wkurwiające „Załóż mu czapeczkę”). Sama wiele razy walczyłam z takim zachowaniem odwracając się na pięcie i robiąc po swojemu. Czasem wyszło to na dobre, czasem nie. Ale nie żałuję żadnej decyzji, bo z każdej wyniosłam jakąś naukę, a odpowiedzialność za nie ponoszę tylko ja. Cieszę się, że mam na tyle odwagi, żeby powiedzieć „Nie, będzie inaczej niż radzisz, bo ja i tylko ja jako matka wiem, co jest dobre dla mojego dziecka. Też chcesz dobrze dla niego, więc zaufaj mi.” Warto słuchać rad, ale dobrze je wcześniej przemielić w głowie kilka razy i potraktować rady jako rady, a nie nakazy. A świat nie stoi w miejscu i to, co było dobre 20, 30 lat temu niekoniecznie sprawdza się dzisiaj. A w rodzicielstwie „czuję” jest ważniejsze niż „wiem”.

Ale było o szczepieniach.

Nie usłyszysz ode mnie, czy masz szczepić czy nie. Mogę Ci jedynie zaproponować wyjaśnienie, dlaczego ja szczepię.

Uważam szczepienia za prawdziwy sukces medycyny. To, że każdy z nas, rodziców, ma dostęp do możliwości, jakie dają – do możliwości zminimalizowania ryzyka wystąpienia choroby, a w raz z nią powikłań po niej – jest wielkim przywilejem naszych czasów. Szczepionki, jak każde substancje medyczne, są poddawane ciągłym badaniom i testom – wynika to z ich przeznaczenia – wirusy przecież się zmieniają, mutują, stają się coraz bardziej odporne. Bez szczepień wysyłasz swoje dziecko na wojnę z nimi bez zbroi.

Powikłania poszczepienne. Twój argument. I słuszny.

Ale wyobraź sobie wagę. Taką zwykłą, szalkową. Z Twojej lewej strony masz powikłania po chorobie, z prawej – po szczepieniach.

 

balance-154516_1280

 

Tak, tak to mniej więcej wygląda.

Wybierz właściwą szalę.

Kiedyś ktoś wymyślił, że szczepionki wywołują (WYWOŁUJĄ – to kluczowe słowo) autyzm. Potem się z tego wycofał, ale pogląd i opinia zostały. I nawet jeśli dziś nie ma na to żadnych dowodów – wielu ludzi w to wierzy i ma do tego prawo. Fakt, szczepionki, zwłaszcza te starsze, wywoływały zmiany w mózgu  – wypuszczone w konkretnej serii, przez konkretny koncern. Można się doszukiwać celów takiego działania, celów mniej lub bardziej humanitarnych. Niewątpliwie takie rzeczy się działy i chociaż nie znam takich przypadków osobiście (zabrzmiało tak przedmiotowo – nie znam osobiście dzieci z takimi powikłaniami) to jednak znam osoby, które od lat mają z nimi styczność. I wiem, że nie są to proste powikłania. Jednak mimo tej wiedzy nadal uważam, że powikłania poszczepienne stanowią jedynie niewielki procent całości, a skutki ospy, grypy czy świnki są naprawdę szeroko rozpowszechnione i z całą pewnością nie są odosobnione.

Wirusy chorób zakaźnych to naprawdę ciężka kawaleria do pokonania. Na szczęście mamy narzędzia i metody, aby z nimi walczyć. A odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić, żeby dziecko było zdrowe i szczęśliwe?” poszukajmy w swojej głowie, a nie w tv, w bibliotece czy na portalu w necie.

Bycie nastolatkiem nie jest łatwe, czyli o grze „Niebieski Wieloryb” po Gagatkowemu.

Gra „Niebieski wieloryb”. Cały internet aż huczy, szkoda tylko, że huczy dla samego huczenia, jak zwykle zresztą.Gra, którą niektórzy uważają za nieistniejący wymysł (jeśli tak, jest to wg mnie dużo bardziej niebezpieczne, bo na pewno znajdą się tacy, którzy udowodnią, że na pewno tak nie jest) jest niebezpieczna nie ze względu na bezpośrednie konsekwencje czynności do wykonania w formie zadań – bynajmniej nie tylko. Ten potworny wymysł jakiegoś psychopaty robi z nastoletnich mózgach dużo więcej złego niż na nastoletnich ciałach.

Gra pochodzi z Rosji, polega na wykonywaniu określonych zadań o różnym stopniu trudności (przypomina mi się słynny ciąg z filmu „13 grzechów”: złap muchę -> zabij muchę -> zjedz muchę), jednak wyzwania te uderzają bezpośrednio w nastolatka, mają spowodować jego umartwienie, wywołać stany depresyjne i lękowe lub ból fizyczny. I to właśnie sprawia, że jest to tak bardzo niebezpieczne.

Wielu blogerów grzmi, że to fake, ściema, sztuczny twór. Ale jeśli nawet, to problem nie jest ściemą, tylko jest kurcze mega realny i bardzo, bardzo poważny. Część z Was rozwodzi się nad tym, czy te nastolatki jednak popełniły to samobójstwo czy nie, czy było ich 3, 30 czy 130… Ilu nastolatków rocznie odbiera sobie życie?! Bo są sami. Bo, jak ktoś kiedyś mi powiedział – w tym jednym, jedynym, krótkim momencie nie było przy nich nikogo, były same (jeśli to czytasz, tak, pamiętam, że to Ty 🙂 ), a decyzja o samobójstwie to krótki moment – być może czasem dojrzewa latami, ale jeśli nie zostajesz sam ze swoimi myślami w tym kluczowym momencie – wszystko można odwrócić. A nastolatki często zostają same – bo są trudne. Bo wymagają więcej cierpliwości, miłości, zrozumienia niż dwulatek.

Wiele z Was powie, że przecież rodzic zauważy, ze coś złego dzieje się z jego dzieckiem. Nieprawda. Nie każdy i to wcale nie wynika z tego, że jest Rodzicem Nieobecnym (w życiu dziecka, nie fizycznie, obok) – nastolatki potrafią się świetnie maskować i udawać (jeśli mają taką potrzebę).  Lubią być same i ta ich samotność we własnym pokoju nie jest jakąś anomalią, ja sama mając lat ~naście zamykałam się w pokoju na długie godziny, w dziurawych i popisanych długopisem dżinsach słuchałam The Cure i cierpiałam ból istnienia. I nie potrafię Wam powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że nie podjęłabym się wyzwań w grze, jeśli na mojej drodze stanąłby taki idiota z Blue Whale Challenge. Raczej nie, ale kto wie.

Właśnie dlatego, to jest takie niebezpieczne. Uderza w najczulszy, najdelikatniejszy, najsłabszy (nie, nie najsłabszy  – najbardziej podatny) target. Bycie nastolatkiem nie jest łatwe. Cały czas szukasz tego, kim jesteś. Nieustannie zabiegasz o czyjąś uwagę (świadomie lub nie). Poddajesz pod wątpliwość wszystko, co usłyszysz i stajesz okoniem wobec wszystkiego, czego sam nie wymyśliłeś. To najtrudniejszy moment w życiu, dlatego tak łatwo skierować je wtedy na zły, destrukcyjny tor. I w tym całym zamieszaniu z Blue Whale Challenge nie chodzi i samą grę, o wyzwania i jej zasady, ale o to, że rodzice nagle budzą się i okazuje się, że kompletnie nie mają pojęcia, co się dzieje z ich dziećmi i kim one w ogóle są.

Ograniczenie komputera, blokady rodzicielskie, kontrola telefonu, szpiegowanie – poważnie? To jest ta genialna recepta?!

Co zasiejesz, to zbierzesz, prawda stara jak świat.

Pada wiele bzdurnych komentarzy pod tekstami o tym. Przeczytałam na przykład:

„jezu chryste, te dzieci sa coraz glupsze, niedlugo iloraz inteligencji beda mialy na minusie”, „jednostki o ograniczonym QI wyeliminują siebie same” (pisownia oryginalna)

Serio? To wina niskiej inteligencji dzieci?! Nie, moi drodzy, to wina cholernie niskiej inteligencji emocjonalnej rodziców, ich priorytetów wywróconych do góry kołami, ich pogonią z Bóg wie czym i Bóg wie po co, to wreszcie straszna konsekwencja rodzicielstwa polegającego na BYCIU GDZIEŚ  a nie BYCIU OBOK. To wina tych wszystkich lat zaniedbań, tych wszystkich nieprzeprowadzonych rozmów, tych wszystkich „później” i tych wszystkich „zaraz”! Gotuje się we mnie kiedy słyszę, że samookaleczenia są jednym z symptomów problemów z psychiką – nie, k…urde, to nie są symptomy, to są skutki. To są żałosne próby pomocy samemu sobie – bo z jakiś powodów dziecko wierzy, że nikt nie jest mu wstanie pomóc i to jest ostatnie, co mu zostało. A to, w jaki sposób myśli dziecko, kształtują rodzice. Od niemowlaka.

Czy gra to fake czy nie – moim zdaniem to nie jest ważne. Bo usilne próby zauważenia problemów młodego człowieka przez najbliższe mu otoczenie są już jak najbardziej prawdziwe, a konsekwencje psychiczne i fizyczne mniej lub bardziej udanych prób potrafią zniszczyć mu życie na długie lata.

 

Love me like you do, czyli Walentynki okiem Gagatkowej.

Nastał jeden z najbardziej kontrowersyjnych dni w roku. Gagatkowa tej kontrowersji nie rozumie, chociaż od lat paru usilnie się stara.

O Walentynkach na blogu jeszcze nie było, przez wstyd i hańbę purpurą blade lico Gagatkowej się okryło. Ale śpieszę nadrabiać. W końcu co to za kontrowersja, jeśli w jej temacie Gagatkowa milczy…

Przykre jest to, że ludzie, zamiast się cieszyć sobą nawzajem – licytują się, czy walentynki to święto potrzebne czy nie, czy ważne i jak ważne i co gdzie na jakiej wystawie sklepowej stoi. Serio? Te baloniki i misie aż tak wiele negatywów wnoszą do Twojego życia, że trzeba się nad tym rozwodzić i manifestować, jakie to jest złe?  Skoro jest, to znaczy, że komuś jest to potrzebne, jeśli nie Tobie to omiń to i idź swoją drogą.

Wiele ludzi dookoła krzyczy, że „kocha się cały rok, a nie tylko w Walentynki”. Mają rację, absolutną – co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ale czy w Dzień Matki też krzyczą, że matkę należy szanować przez cały rok, a nie tylko podczas dawania czekoladek raz w roku? Albo czy pamiętają, że dziecko potrzebuje obecności rodzica przez cały rok, a nie tylko w Dzień Dziecka? No ja nie słyszę takich głosów.

Walentynki są fajne. Z niczym w życiu nie można przesadzać, z manifestowaniem uczuć też. Od przesytu wszystkiego można mieć zgagę. Ale wiecie co – ja myślę, że akurat w Walentynki ta zgaga jest dużo bardziej dotkliwa, bo najczęściej powodują ją u nas inni. Tylko po co? Ja wiem, już nie raz pisałam, że łatwo jest oceniać innych. Ale na litość – czy nie byłoby przyjemniej, gdyby każdy zajął się tworzeniem własnego szczęścia, zamiast oceniać drogę innych do szczęścia?

Popełniłam też gościnny wpis na ten temat u Mamy Migotka. Możecie go przeczytać tutaj 🙂

Gagatkowa kocha Was całym swoim wielkim serduchem. Jesteście wspaniali, że tu zaglądacie, dajecie mi siłę i motywację do dalszego pisania. Dostaję od Was wiele pozytywnych i ciepłych słów. Przesyłam Wam mnóstwo wielkich, Walentynkowych buziaków!

Dziękuję, że jesteście 🙂 Muuuuua!

Jak oswoić demona, czyli alkohol a dziecko.

Ostatnio głośno zrobiło się o tym, czy rodzice powinni spożywać alkohol przy dzieciach, czy nie; czy w domu dzieci powinny widzieć alkohol, jak rozmawiać z dziećmi o alkoholu.

A że kwestia zdecydowanie sporna, Gagatkowa włączyła się w nią ino żywo.

To normalne, że każdy rodzic chciałby, aby jego dziecko żyło w świecie pełnym gumowych drzew, okrągłych kantów i chodników z waty. Niestety są niebezpieczeństwa, na istnienie których nie mamy  wpływu. Wokół bombardują obrazy brudnych, awanturujących się, odrażających pijaków. Nie tylko w tv – wystarczy wyjść na miasto i już włączasz tryb obronno – ochronny, bo przecież nie przebywasz jedynie na ogrodzonych, monitorowanych placach zabaw, czasem, na nieszczęście, trzeba przejść przez sam środek piekieł, tzw. centrum. Jeśli idziesz sam, ok. Ale jeśli trzymasz za rękę dziecko – sytuacja się zmienia. Ono patrzy na typa i kojarzy w minucie, że alkohol=agresja, alkohol=brud i smród. Naprawdę chcesz, Rodzicu, żeby takie miał skojarzenia? Potem, kiedy zobaczy tatę z puszką piwa przed tv albo mamę z kieliszkiem wina – przestraszy się.

Alkohol jest złem tylko wtedy, kiedy sami zrobimy z niego demona – kiedy nauczymy dziecko, że napoje procentowe są strasznym wynalazkiem, który dziecko ma omijać szerokim łukiem i wyrobimy w nim skojarzenie takie, jak napisałam wyżej. Moim zdaniem to zdaje egzamin na bardzo krótko – dziecko nie zawsze będzie na tyle małe, że będzie się trzymało maminej spódnicy i skończy się możliwość kontrolowania tego, jak odbiera to, co do niego dociera.

U nas alkohol nie jest demonem. Jest traktowany jak normalny napój, jednak pijany rzadziej ze względu na swoje właściwości otępiające. Nie oznacza to, że wśród towarzystwa toleruję zachowania typu „niech się napije, przecież odrobina mu nie zaszkodzi” . Zaszkodzi – nie wolno mu nawet kropli. Zresztą nawet sam się nie domaga, wie, że alkohol jest napojem dorosłych tak, jak np Vibovit z saszetki jest napojem dzieci i dorosłym od niego wara nawet, jak bardzo będą chcieli.

Moje zasady:

  1. Wszystko na świecie jest dozwolone – jednak we wszystkim należy zachować umiar dostosowany do swoich możliwości- nie upijam się przy dziecku!

  2. Jestem przede wszystkim Rodzicem – dopiero w następnej kolejności zdenerwowanym pracownikiem, smutną babą z PMS czy potrzebującym rozluźnienia, znerwicowanym człowiekiem – borsukiem.

  3. Zawsze dbam o to, żeby w towarzystwie była przynajmniej jedna trzeźwa osoba.

 

To, w jaki sposób dziecko będzie odbierało świat jest zależne tylko i wyłącznie od nas, rodziców. Wolę, żeby dziecko kojarzyło alkohol z tą okazjonalną lampką wina przy oglądaniu filmu wieczorem, niż ze śmierdzącym typem śpiącym na ławce w parku.

Dla jednej części rodziców alkohol jest wrogiem w domu, nie mają alkoholu w domu, nie piją przy dzieciach. Druga grupa robi zupełnie odwrotnie. Nie napiszę Wam, która strona sporu ma rację, ani jak Wy powinniście się zachować. Nie zamierzam przekonywać nikogo do swojego podejścia, krytykować drugiej strony ani dawać złotych rad. Każdy jest rodzicem najlepiej jak umie i działa według słusznej dla siebie drogi.