Jak obiad z tyranozaurem wygrał z basenem w salonie, czyli Gagatkowej sposób na nudę.

20170820_115444

 

„Siedzę sobie na kanapie,
a za oknem deszczyk kapie –
kapie z prawa, kapie z lewa
i podlewa w parku drzewa!”

 

Są sytuacje i Sytuacje. A dziś nastała Sytuacja Nadzwyczajna – Gagatkowa nuda osiągnęła poziom ekstremalny. Myślę, że prawie każdy rodzic przedszkolaka/uczniaka zna ten moment, kiedy pod koniec sierpnia zostaje wprowadzony w domu stan wyjątkowy; kiedy to rodzicowi kończy się cierpliwość, a dzieciom pomysły na czasoumilacze (i zaczynają świrować, psocić – niezamierzenie, wymyślać coraz bardziej odjechane zabawy – np. wymagające wyjęcia wszystkich dostępnych sztućców w domu lub rozłożenia w salonie basenu ogrodowego, z którym dziecko się zżyło przez ostatnie dwa miesiące).

I taki to moment nastał także w Gagatkowie. Zbiegło się to (o zgrozo!) z zimnym deszczem plującym z nieba, więc wszelakie aktywności podwórkowe wypadły z gry. A że Gagatek twórczą ma naturę i zdecydowanie bardziej woli budować nowe rzeczy niż korzystać z gotowców – Gagatkowa matka wpadła na pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę i którym postanowiła się z Wami podzielić (albowiem rodzice powinni trzymać się razem i dzielnie się wspierać w walce z dziecięcą nudą).

Orężem w tej walce były kredki, naklejki, zabawki , a przede wszystkim Gagatkowa wyobraźnia jako sprzęt bazowy. I tak powstała wielka gra planszowa z dinozaurami.

Na największym dostępnym w domu kawałku papieru (jak wiadomo cośtam w domu20170820_114842 każdy ma, ale toż to nie przewidzisz, kiedy co może być potrzebne; my rysowaliśmy na starym kalendarzu). Najpierw powstała ścieżka jako punkt wyjściowy, następnie wszystkie akcje (typu „czekasz jedną kolejkę”, „przesuwasz się trzy pola do przodu”). Później Gagat ozdobił wszystko naklejkami, poustawialiśmy zabawki na planszy (plastikowe palemki tworzące las, plastikowe kamienie, zagroda, figurki). I tak powstała całkowicie spersonalizowana gra planszowa, Gagatek był z siebie bardzo dumny, graliśmy raz, potem drugi i trzeci, i znów. I latał samolotem, i jeździł na ankylozaurze, i jadł spaghetti z tyranozaurem.

 

Gry planszowe tworzone samodzielnie są świetnym sposobem nie tylko na umacnianie 20170820_121856więzi z dzieckiem, kształtowanie umiejętności przegrywania (a radzenie sobie z porażkami to bardzo ważna umiejętność) ale przede wszystkim na rozwijanie umiejętności manualnych dziecka i jego wyobraźni. To ekstra pomysł, w pełni edytowalny, całkowicie spersonalizowany i co najważniejsze – tworząc samodzielnie grę planszową dla malucha, jej stopień trudności jest w pełni regulowany przez nas samych:

 

  1. prosto, klasycznie: ścieżka od punktu A do punktu B, bez udziwnień
  2. proste akcje typu „dwa pola do przodu”, „trzy pola do tyłu”, „wyrzuć 4 na kostce”
  3. akcje + zbieranie różnych przedmiotów na trasie rozgrywki (wtedy oprócz dotarcia do mety jako pierwszy liczy się także ilość zebranych monet/kamieni/bułek/zębów/kwiatków itp.

 

Akcje, które można wpleść w taką grę mogą być przeróżniaste, wszystko zależy od umiejętności dziecka, od potrzeb (mogą to być np, zadania matematyczne o różnym stopniu trudności – „5+4=” lub wyzwania ruchowe – „podskocz 5 razy na jednej nodze”. Można grę oprzeć na konkretnym temacie przerabianym aktualnie w szkole, na zainteresowaniach dziecka, na oswajaniu jego lęków, na dosłownie wszystkim!

Do zrobienia takiej gry nie potrzeba niczego specjalnego oprócz czasu, chęci i energii. Nie macie pionków? Grajcie guzikami. Nie macie kostki? Losujcie karteczki z cyferkami. Wszystko zależy od Was.

Niech się Wam chce chcieć! A jesień idzie, będzie o to nam wszystkim coraz trudniej…

 

 

Rodzicu, myśl! (Czyli nie wysyłaj swojego dziecka na wojnę bez zbroi)

armor-2144638_1920

Parę dni temu przelotem gdzieś usłyszałam, że rodzice nie zaszczepili dziecka na ospę i teraz mają ogromne problemy z powikłaniami po chorobie. Nie chcę wyjść na ignoranta, naprawdę nic nie wiem więcej o sprawie, ale to, co usłyszałam spowodowało lawinę myśli w mojej głowie.

Dzisiaj młodzi rodzice nie mają łatwo. Zewsząd bombardują ich zakazy, nakazy, poradniki, rady, srady i inne tyrady. I wszechobecne porównywanie się (wszyscy rodzice to robią – różnie tylko podchodzą do wyników tych porównań). Bycie młodym rodzicem to ciągła walka ze wszystkim dookoła, głośne lub nieme udowadnianie, że mimo wszystko – MIMO WSZYSTKO  się ma rację. I czasem rodzic stanie po niewłaściwej stronie liny. Posłucha kogoś innego zamiast siebie i własnego dziecka.

Jedni mówią – nie szczepić w ogóle, inni – szczepić, obowiązkowo, na wszystko co się da. Dwa skrajne obozy, a nic nie jest białe lub czarne.

Babcie często udzielają złotych rad młodym rodzicom, zwłaszcza wtedy, kiedy dziecko jest jeszcze malutkie (nie taka kaszka, nie taka pogoda na spacer, nie to miejsce, nie ten czas i to wkurwiające „Załóż mu czapeczkę”). Sama wiele razy walczyłam z takim zachowaniem odwracając się na pięcie i robiąc po swojemu. Czasem wyszło to na dobre, czasem nie. Ale nie żałuję żadnej decyzji, bo z każdej wyniosłam jakąś naukę, a odpowiedzialność za nie ponoszę tylko ja. Cieszę się, że mam na tyle odwagi, żeby powiedzieć „Nie, będzie inaczej niż radzisz, bo ja i tylko ja jako matka wiem, co jest dobre dla mojego dziecka. Też chcesz dobrze dla niego, więc zaufaj mi.” Warto słuchać rad, ale dobrze je wcześniej przemielić w głowie kilka razy i potraktować rady jako rady, a nie nakazy. A świat nie stoi w miejscu i to, co było dobre 20, 30 lat temu niekoniecznie sprawdza się dzisiaj. A w rodzicielstwie „czuję” jest ważniejsze niż „wiem”.

Ale było o szczepieniach.

Nie usłyszysz ode mnie, czy masz szczepić czy nie. Mogę Ci jedynie zaproponować wyjaśnienie, dlaczego ja szczepię.

Uważam szczepienia za prawdziwy sukces medycyny. To, że każdy z nas, rodziców, ma dostęp do możliwości, jakie dają – do możliwości zminimalizowania ryzyka wystąpienia choroby, a w raz z nią powikłań po niej – jest wielkim przywilejem naszych czasów. Szczepionki, jak każde substancje medyczne, są poddawane ciągłym badaniom i testom – wynika to z ich przeznaczenia – wirusy przecież się zmieniają, mutują, stają się coraz bardziej odporne. Bez szczepień wysyłasz swoje dziecko na wojnę z nimi bez zbroi.

Powikłania poszczepienne. Twój argument. I słuszny.

Ale wyobraź sobie wagę. Taką zwykłą, szalkową. Z Twojej lewej strony masz powikłania po chorobie, z prawej – po szczepieniach.

 

balance-154516_1280

 

Tak, tak to mniej więcej wygląda.

Wybierz właściwą szalę.

Kiedyś ktoś wymyślił, że szczepionki wywołują (WYWOŁUJĄ – to kluczowe słowo) autyzm. Potem się z tego wycofał, ale pogląd i opinia zostały. I nawet jeśli dziś nie ma na to żadnych dowodów – wielu ludzi w to wierzy i ma do tego prawo. Fakt, szczepionki, zwłaszcza te starsze, wywoływały zmiany w mózgu  – wypuszczone w konkretnej serii, przez konkretny koncern. Można się doszukiwać celów takiego działania, celów mniej lub bardziej humanitarnych. Niewątpliwie takie rzeczy się działy i chociaż nie znam takich przypadków osobiście (zabrzmiało tak przedmiotowo – nie znam osobiście dzieci z takimi powikłaniami) to jednak znam osoby, które od lat mają z nimi styczność. I wiem, że nie są to proste powikłania. Jednak mimo tej wiedzy nadal uważam, że powikłania poszczepienne stanowią jedynie niewielki procent całości, a skutki ospy, grypy czy świnki są naprawdę szeroko rozpowszechnione i z całą pewnością nie są odosobnione.

Wirusy chorób zakaźnych to naprawdę ciężka kawaleria do pokonania. Na szczęście mamy narzędzia i metody, aby z nimi walczyć. A odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić, żeby dziecko było zdrowe i szczęśliwe?” poszukajmy w swojej głowie, a nie w tv, w bibliotece czy na portalu w necie.

House of Games, czyli plastelina, Beksiński i chorały gregoriańskie na balkonie.

Był jeden z tych wieczorów, w których to kotom nie przeszkadza mokre futro i są bardziej leniwe niż najbardziej leniwe leniwce; w których to ulubionym miejscem wszystkich dużych i małych dzieci jest wanna/prysznic/basen – nawet bez żółtej kaczuszki – byle z chłodną, względnie czystą, najlepiej bezbarwną (tak, to ważne) cieczą; jeden z tych wieczorów, w których woda z lodem i cytryną smakuje zdecydowanie lepiej niż zimne piwo – jednym słowem to był ten rodzaj wieczoru, za który kocha się lato.

Gagatek leżał rozklapciały na łóżku majtając nogami w górze i czytał „Tajemnicę zielonej skarpetki” (chce ją samodzielnie przeczytać w wakacje, z każdą kolejną stroną jest z siebie coraz bardziej dumny), Bazyl zdecydował się opuścić swoją strategiczną pozycję obok miski z karmą i przykleił cały brzuchol do zimnego parapetu prezentując pozycję rudego naleśnika, a Abi zostawiwszy swoich pięć miauczących szczęść w koszyku pod biurkiem udała się do wodopoju i zdawała się zagarnąć go na własność. Gagatkowa tymczasem zasiadła na balkonie z laptopem na kolanach i włączyła tryb „relax, take it eeeeaaaaaaasyyy…”.

Gagatkowa, moi drodzy, nie jest maniakiem komputerowym. Zakres jej wiedzy na temat sprzętu elektronicznego nie wybiega poza ramy określenia „na użytek własny”, jeśli czegoś nie wie – znaczy, że nie musi. Ot taki komputerowy ignorant. Ale jest na Gagatkowym sprzęcie mały kawałek przestrzeni, do którego matka zagląda rzadziej niż by chciała, ale kiedy już zajrzy (tak jak owego pięknego, letniego, ciepłego wieczoru) jest najszczęśliwszym właścicielem sprzętu komputerowego na świecie. I teraz uwaga – niespodziewanka! Ów kawałek przestrzeni jest folderem o nazwie „HouseOfGames”. Tak. Gram w gry komputerowe. Ja, matka szalonego sześciolatka, poważny wychowawca, odpowiedzialny opiekun i etatowy terapeuta wśród przyjaciół. Gram w gry komputerowe. I wiecie co? Uwielbiam to! Uwielbiam mądre gry – bez naparzanek, strzelanek, krwi, zombie i bezsensownego gapienia się w monitor. Takie, które oferują więcej, niż tylko zgubienie kilku godzin w czasoprzestrzeni. Takie, do których chce się wracać, chociaż przeszło się je już naście razy. Przedstawię Wam pięć, które rządzą w mojej głowie – jedne od daaaaawna, inne od kilku dni. Są to gry polegające na eksploracji terenu, większość z nich jest w typie „wskaż i kliknij” (czyli postacią steruje się za pomocą myszy, a naciśniecie na obiekt uruchamia jakąś akcję z nim związaną). O każdej z nich możecie poczytać na którejś ze stron z opisami gier komputerowych, tu przedstawię Wam swoje osobiste i subiektywne odczucia na temat każdej z wymienionych.

 

1. The Neverhood

No przecież, że najważniejsza! Któryż z miłośników gier przygodowych nie zna capture-20170724-130709plastelinowego świata z Klaymenem i jego kasetką w brzuchu? Gra zdecydowanie dla każdego, od małego do dużego łobuziaka. Kierujemy ludzikiem z plasteliny, łazimy wśród plastelinowych drzew po plastelinowych ścieżkach, jeździmy plastelinowymi autkami i chociaż brzmi to nieco abstrakcyjnie, dziecinnie i prosto, to wierzcie mi – nie sposób się nudzić. Wybuchy śmiechu gwarantowane! Muzyka w tej grze jest osobnym bytem, który sam w sobie jest genialnym tworem,  od lat mam na jakimś zdartym cd zgrany cały soundtrack, który jest tak kosmiczny, że nawet ciężko go opisać. Oczywiście zagubił się gdzieś w przestrzeni i teraz w chwilach nagłej refleksji nad przemijaniem mam ochotę na sentymentalny powrót włączam YT. Posłuchajcie i Wy (moich ulubionych):

https://www.youtube.com/watch?v=Wh4WnHlsbvM
https://www.youtube.com/watch?v=wI66XSmyqwI
https://www.youtube.com/watch?v=F37ZeulEWik
https://www.youtube.com/watch?v=VY3iJJjSJ80

Jest to pierwsza gra, którą dostałam (jeszcze na Windows 98!) i wracam do niej do tej pory, czyli coś jest na rzeczy 😉

 

2. Dear Esther

Gra jest niezwykła. Zakochałam się w niej od pierwszych dźwięków zza pierwszego kadru. Inna niż wszystkie, w które graliście do tej pory, uwierzcie mi. Znajdujemy się na opuszczonej przez Boga i ludzi wyspie, a naszym zadaniem jest jedynie jej eksploracja.  Niczego nie zbieramy, niczego nie uruchamiamy, w grze nie capture-20170724-130842występuje żadna akcja, nie ma zagadek, jesteśmy też jedynym człowiekiem na tej wyspie. Gra jest krytykowana przez to, że nie robi się w niej absolutnie nic poza chodzeniem. Nie ma tam też zawiłej fabuły. Co jest więcej takiego że chce się do niej wracać? Otóż moi mili państwo grafika w „Dear Esther” to mistrzostwo świata. Poradniki podają, że przychodzi się ją w 3-4 godziny.  Ja grając w nią pierwszy raz przechodziłam ją tydzień – tylko z tego powodu, że do niektórych lokacji wracałam cztery, pięć razy.  Strona wizualna gry jest genialna – w dzień po niebie leniwie przesuwają się chmury, idąc brzegiem morza fale są tak realistyczne, że prawie można je poczuć, w kołyszącej morskim wiatrem trawie można wyłapać pojedyncze kłosy, a kiedy nagle z prawej krawędzi ekranu wylatuje mewa, machinalnie przechylasz się w lewo. Idealnie.  Nocą na niebie mrugają gwiazdy. Każdy detal dopracowany jest do perfekcji.  Kiedy dodamy do tego rewelacyjną muzykę (ścieżka dźwiękowa sama w sobie jest jak balsam na uszy – relaksacyjne tony przeplatane chóralnymi pieśniami z szumem morza i wiatru w tle)  i narrację prowadzoną przez głównego bohatera otrzymujemy grę idealną. „Dear Esther”  można kochać albo nienawidzić, ale na pewno zostanie zapamiętana.

3. Tormentum: Dark Sorrow

Jest to gra magiczna pod wieloma względami. W grafice wyraźnie da się wyczućcapture-20170724-131004 inspiracje obrazami Beksińskiego, a fabuła obija się gdzieś między Poem a Lovecraftem. W trakcie rozgrywki jesteśmy aktywni jako gracze, dokonujemy wyborów, które prowadzą nas do jednego z alternatywnych zakończeń gry – to powoduje,  że grę można przechodzić bez znudzenia kilka razy – a doznania wizualne wyzwolą niekontrolowane „o, wooow” co najmniej kilkanaście razy. Gra nie tylko dla miłośników dance makabre – naprawdę polecam wszystkim, którzy chcą przeżyć fajną przygodę w wygodnym fotelu, a przy tym dowiedzieć się czegoś o samym sobie.

 

4. Obduction

capture-20170724-131115Klasyczna eksploracyjna point and click. Książkowa. Taka, co to się ją daje za przykład wyjaśniając pojęcie w encyklopedii. Trafiłam na nią przez czysty przypadek. Gra ciekawa, historię gracz poznaje w trakcie rozgrywki, samemu składa się zdobywane sukcesywnie informacje w całość, odkrywając cel i drogę prowadzącą do rozwiązania zagadek. Gra wymagająca myślenia, bogata w łamigłówki logiczne. Moim zdaniem jest to gra da wszystkich lubiących myśleć, układać strzępki historii w całość – czyli nie dla każdego. Niektórzy będą się tylko wkurzać: „Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem!” albo „eee…. allle o sso chozzzi…” 😉 Ja do niej wracam.

 

5. The Vanishing of Ethan Carter

I moja wisienka na torcie. Jak zdążyliście pewnie zauważyć, każda z wymienionych przezecapture-20170724-131224 mnie gier różni się czymś od reszty sobie podobnych. Nie inaczej jest z „Zaginięciem Ethana Cartera”. Grafika w tej grze jest obłędna, błyski słońca odbite od tafli jeziora oślepiają oczy, a te przedzierające się między konarami drzew tworzą mega klimat (ale przy takich wymaganiach sprzętowych nie jest to jakoś specjalnie dziwne – w „Dear Esther” jest bardzo, bardzo podobnie, a wymagania co do karty graficznej są zdecydowanie mniej wyśrubowane). Wszystko to twórcy gry osiągnęli dzięki zastosowanej technice fotogrametrii (tworzeniu obiektów 3D na podstawie zdjęć) – ma się wrażenie bycia w samym środku całkiem dobrego filmu. Dodatkowym atutem jest wielowymiarowość gry, a konkretna fabuła, chociaż bogata w wiele wątków, nie jest chaotyczna – gra naprawdę, NAPRAWDĘ 10/10.

 

Jeśli będziecie mieć możliwość spróbowania którejkolwiek z tych pyszności – naprawdę zachęcam. I daję wam Gagatkową gwarancję, że nie będziecie mieli potem zgagi 🙂

 

Zdjęcia pochodzą ze strony http://www.gry-online.pl

 

Pachnąca magia na sypko, czyli kuchnia Gagatków przyprawami stoi!

20170612_112716

 

Niedziela.
Obiad.

No a co na obiad w niedzielę, moi Państwo? No rosół, no przecież, że rosół! A na drugie? No…? No… schabowy, no przecież, że schabowy!

IMG_6176

Nie inaczej jest w Gagatkowie. Zestaw obowiązkowy, bez którego niedziela to nie niedziela, wiadomo – tradycja, rzecz święta. Ale Gagatkowa całkiem niedawno miała przyjemność poznać magików, których czarodziejskie sypkie akcesoria zamieniły zwykłe w Niezwykłe.

Ale po kolei.

Kilka dni temu w gagatkowe progi zawitał Pan Listonosz, dzierżąc w dłoni średniej wielkości paczuszkę. Wewnątrz znajdował się ślicznie zapakowany pakiecik 20170612_112502aromatycznych przypraw, których zapach rozszedł się w sekundzie po całym domu. Wiele osób sceptycznie podchodzi do napisów na produktach, które krzyczą: „Bez konserwantów!”, „Jak u Mamy!”, „100% naturalne!” – nic dziwnego. To świetny chwyt marketingowy w dobie boom’u na bycie fit i bio. Ile jednak z tych produktów choćby leżało obok tych „eko”? Pff. A na otrzymanej przez Gagatkową paczuszce takich napisów nie ma. Nie ma, BO NIE MUSI ICH TAM BYĆ. Bo dobry produkt nie potrzebuje pustych haseł – obroni się sam. A wierzcie mi – produkty z Domowej Spiżarni są najlepsze – albo nie, nie wierzcie mi, przekonajcie się o tym osobiście 😛

I w taki oto sposób Gagatkowa weszła w posiadanie magicznych ingrediencji, które to wzbogacają walory sensoryczne wszelakiej maści gotowanych, pieczonych, smażonych, duszonych, mrożonych i  innych ~onych twórczych poczynań kulinarnych. Każda z nich została zapakowana w hermetyczną, wygodną w użyciu, podpisaną torebkę z okienkiem. Cudo.

Ale było o rosole.

Gagatkowa matka nie lubi krystalicznego rosołu. Może to nie do końca zrozumiałe przez IMG_6180niektórych, ale wygląd (i smak!) rosołu w niedzielę jest sprawą niezwykle ważną i stanowi tą część tradycji, o którą dba po części z sentymentu, po części dla własnej przyjemności. Nie wybieram ok, nie przecedzam przez sitko. Domowy. Z farfoclami. Suszone warzywa idealnie podkreśliły jego smak, Gagatkowa nie omieszkała również sypnąć sporej garści suszonego lubczyku – bo lubczyk jest cool.

I wyszło mniamuśnie.

IMG_6177Klasycznego schaboszczaka potraktowałam jak zwykle solą i pieprzem, tym razem dodając też cząber, tymianek, sok z cytryny i moją nową miłość – czarnuszkę. Miałam z nią styczność po raz pierwszy (wstyd się przyznać…), ale to była miłość od pierwszego wejrzenia.  Idealnie podbiła smak ziół, nadając korzenny, lekko gorzki smak – genialny do słodkiej papryki (używałam jej też do marynowania skrzydełek na grilla – dodałam do niej trochę miodu, słodkiej papryki, chilli i najzwyklejszą przyprawę do grilla, rewelacja, polecam!). Ten nie zna życia, kto nie zna zapachu czarnuszki. Można się zakochać.

Domowa Spiżarnia wychodzi naprzeciw Waszym potrzebom – w zależności od częstotliwości Waszego pichcenia (lub przeciętnej ilości używanych przypraw) znajdziecie tam torebeczki o wadze 30g, 200g i 1 kg, wszystkie w bardzo przystępnych cenach. A propos cen – Gagatkowa ma dla Was bonus od naszych przyprawowych magików – kod rabatowy  – w odpowiednim miejscu podczas składania zamówienia wpiszcie MATKAGAGATKA, a wartość Waszych przyprawowych zakupów zmaleje o 10% ! 🙂

Oczywiście Domowa Spiżarnia (jak na prawdziwą spiżarnię przystało) oferuje Wam także cały szereg różnych przydatnych w kuchni przyrządów – w tym również tych z gatunku TYLKO DLA DOROSŁYCH (np. butelki na piwo z hermetycznym zamknięciem, elektryczną destylarkę i wiele, wiele innych!), a także coś, co mnie osobiście urzekło po całości – wieczka do słoików, po których można pisać kredą! Genialne! 😀

Tak moi Państwo. Czysta natura zamknięta w małych torebeczkach, dostarczona zwykłej gawiedzi. I już człowiek czuje się lepiej.

Zdrowiej.

Przyjemnie. Tak… Swoysko.

 

profil FB: https://www.facebook.com/Swoyskie
strona internetowa: http://www.domowaspizarnia.pl/

 

Trzy słowa, czyli każdy może zostać czarodziejem!

magic-1459371_1280

MG: Wiesz, że każdy potrafi czarować?
G: Tak? Ja też?
MG: Oczywiście, dzieciaki są nawet lepszymi magikami niż dorośli!
G: Wooow! A jak się czaruje?
MG: Wystarczy znać trzy magiczne słowa.
G: Taaaa… Proszę, przepraszam, dziękuję. Wiem mamo. Ale one wcale nie są magiczne. „Hokus-pokus” na przykład. Albo „Abrakadabra”. Ale „dziękuję”? Przecież ono nic nie robi.
MG: Nieprawda. Te trzy słowa: ‚proszę’, ‚przepraszam’ i ‚dziękuję’ są naprawdę magiczne. Nazywają się tak nie dlatego, że ktoś tak kiedyś bez sensu wymyślił, tylko naprawdę potrafią coś wyczarować. Naprawdę robią większą magię niż „hokus-pokus”.
G: Naprawdę?
MG: No naprawdę.

MG: Kiedy używasz tych słów, potrafisz nawet coś wyczarować. Nie wszyscy ich używają, bo nie wszyscy o tym wiedzą – nie wszyscy wiedzą, że te słowa są naprawdę magiczne. Potrafisz nimi wyczarować coś więcej niż królika z kapelusza albo kwiatki, albo coś innego, co czarodzieje wyczarowują. Tymi słowami wyczarujesz coś, co Tobie da radość, co spowoduje, że się ucieszysz, że będziesz szczęśliwy. A przecież każdy lubi czuć się szczęśliwy! Wiesz co możesz wyczarować używając tych trzech słów? Uśmiech. U siebie albo u innych. A jeśli jest uśmiech, wszystko jest łatwiejsze, więcej można załatwić, no nie?

Wiesz, świat jest tak wymyślony, że to, co dajesz innym (i nie chodzi o zabawki, herbatę albo pieniądze, ale np. kiedy poświęcasz im czas, powodujesz, że się uśmiechają albo jesteś dla nich miły) spotyka też Ciebie. Nie wiem tak do końca jak to działa, ale działa, naprawdę. Czasem nie od razu, czasem trzeba poczekać, ale na pewno to, co miłego dałeś innym, wróci do Ciebie – np. na spacerze spotkasz jaszczurkę, rzeczy się tak poukładają, że będziemy mogli gdzieś wyjechać razem, znajdziesz coś, co dawno zgubiłeś – na pewno zdarzy się coś, co sprawi, że Tobie będzie miło. I to wszystko to magia, którą powodują właśnie te trzy słowa: „proszę”, „przepraszam” i „dziękuję”. Dzięki nim wszystko staje się prostsze dla Ciebie.

Jasne, że nie usuną tak całkiem problemów. W końcu nie każdy rozumie, czym jest magia. Albo czarowanie. Albo po prostu na niektórych magia nie działa. Tak się zdarza i już. Albo nie zawsze magia się uda – w końcu wszystkim magikom potrzebny jest trening, ćwiczenia i wszyscy się wcześniej muszą nauczyć czarować, zanim magia zacznie działać. Ale przecież, kiedy już się nauczą, to super jest ta magia, co?*

 

* Nie był to monolog. Padały różne pytania np.

G: Czy jeśli  będę mówił „proszę” i „dziękuję” to zawsze dostanę to, co chcę?
MG: Nie. Nie Zawsze. Dlatego, że to, czego chcesz, nie zawsze jest tym, co jest Ci potrzebne. Na przykład: bardzo chcesz jakąś zabawkę, np. skrzecząco – świecąco – chodzącego superdinozaura. Ale jej nie dostajesz. Jest Ci przykro, prawda? Ale kiedy go już dostajesz okazuje się, że nie chodzi tak, jakbyś chciał, albo nie ryczy wystarczająco głośno, ale świeci za słabo – i nie chcesz się nim bawić. I też jest Ci przykro – tak samo, jak wcześniej, kiedy go jeszcze nie miałeś. Czyli go chciałeś, ale okazało się, że go nie potrzebujesz. I tak jest z wieloma innymi rzeczami – jeśli czegoś nie dostajesz to widocznie tego nie potrzebujesz, tylko o tym nie wiesz – świat jest fajnie urządzony, nie do końca go jeszcze rozumiem, ale wiem, że wszystko się dzieje po coś. I nawet jak coś się nie dzieje – to też z jakiegoś powodu.

Dzieci są naprawdę mądrzejsze, niż się nam wydaje. Wystarczy się przy nich zatrzymać, raz rozwiać niektóre wątpliwości, innym razem nakierować na samodzielne rozwiązanie.

Rozmawiać.

Rozmawiać.

Rozmawiać.

Dziecko, czyli nasz najukochańszy gorszy sort.

binding-1328348_1920

W Dzień Dziecka wpisy powinny być radosne. Powinno z nich ognistym żarem buchać szczęście, a miłość wylewać się z brzegów. W Dzień Dziecka na blogach powinna znajdować się sama tęcza, bo przecież dzieci to nasze najukochańsze skarby, nasze miłości największe. Każdy rodzic życie by oddał za własne dziecko, a dziecięce łzy smakują stokroć bardziej gorzko niż swoje własne. W Dzień Dziecka to dziecko powinno być najważniejsze. I jest, no przecież że jest!

Czy aby na pewno…?

Rodzice zbyt często wykorzystują to, że dziecko jest mniejsze, słabsze, mniej rozumie. To wytrych dla rodzica, usprawiedliwiający go przed sobą samym, doskonale pomyślany zresztą. Dorosłemu wolno więcej. Dorosły może, bo… BO JEST DOROSŁY. Dziecku nie wolno wolniej, bo przecież żyje w świecie dorosłych, gdzie wszystko pędzi na złamanie karku, a każda godzina jest ważna jakby miała życie inaczej poukładać (serio, naprawdę jest tylko mały ułamek sytuacji, kiedy ta jedna godzina zmieni Twoje życie); dziecko nie może gorzej od innych, bo przecież żyje w świecie dorosłych, gdzie w wyścigu szczurów ludzie zabijają się o własne pięty; dziecko nie może po swojemu, bo przecież ma to inny szablon niż u dorosłych.

I tak to biedne dziecko radzi sobie jak może, żeby przeżyć wśród tych wszystkich „pośpiesz się!”, „nie ubrudź się!”, „weź żółtą kredkę!”, „nie tak!”, „zostaw!”, „odejdź!” itp., itd. Radzi sobie, przystosowuje się jak umie, już od pierwszych miesięcy opracowuje (na początku nieświadomie) swoją strategię przetrwania. I to od Ciebie rodzicu zależy, jakie miejsce w niej zajmiesz – jako sojusznik, wróg czy ktoś totalnie bez znaczenia strategicznego. Jak kałuża.

Rodzicu, nie bądź kałużą.

Spójrzcie na zdjęcie powyżej. Piękny obrazek, prawda? Dorosły prowadzi dziecko. Małe paluszki ściskają dużą rękę, pozwalają się prowadzić. A wiecie co ja widzę? Dziecko trzyma dorosłego, bo nie zna świata, bo się boi, pozwala się prowadzić, żeby czuło się bezpiecznie. A dorosły? Dorosły nie trzyma dziecka – wystawił jedynie rękę, aby uspokoić sumienie – „jestem, pomagam”. To nie dorosły opiekuje się dzieckiem, to dziecko pilnuje się dorosłego.

W ten Dzień Dziecka, w ten szczególny dzień, w ten jeden na 365 identycznych dni – pozwól dziecku być dzieckiem, daj mu ten luksus. Przytulaj najmocniej jak można. Całuj częściej niż zawsze. Odpuść. Należy mu się bycie dzieckiem przynajmniej w ten jeden dzień roku. Niech się wytarza w błocie. Niech się naje piachu. Niech zje tonę lizaków. Niech pomaluje słońce niebieską kredką, a trawę na czerwono. Niech założy dwie różne skarpetki – przecież może. Przecież to w żaden sposób nie wpłynie negatywnie na Twoje życie. Świat się nie skończy, kiedy pomalujecie buzie farbami, a ono ubrudzi Twoją bluzkę, kanapę czy psa (pies akurat na pewno będzie szczęśliwy, także luz).

Rodzicu, wyluzuj. Masz dzisiaj jedyną okazję.

 

 

* Mam nadzieję, że ci, którzy tu zaglądają, znają mnie (mogą mnie nie lubić – pozwalam!) wyłapali sarkazm i wyolbrzymienie w niektórych miejscach oraz to, że piszę jedynie o tej grupie dorosłych, dla których dziecko faktycznie jest gorszym sortem. Jest przecież cała reszta wspaniałych rodziców, którzy rozumieją swoje dziecko sercem, nie głową.

Bycie nastolatkiem nie jest łatwe, czyli o grze „Niebieski Wieloryb” po Gagatkowemu.

Gra „Niebieski wieloryb”. Cały internet aż huczy, szkoda tylko, że huczy dla samego huczenia, jak zwykle zresztą.Gra, którą niektórzy uważają za nieistniejący wymysł (jeśli tak, jest to wg mnie dużo bardziej niebezpieczne, bo na pewno znajdą się tacy, którzy udowodnią, że na pewno tak nie jest) jest niebezpieczna nie ze względu na bezpośrednie konsekwencje czynności do wykonania w formie zadań – bynajmniej nie tylko. Ten potworny wymysł jakiegoś psychopaty robi z nastoletnich mózgach dużo więcej złego niż na nastoletnich ciałach.

Gra pochodzi z Rosji, polega na wykonywaniu określonych zadań o różnym stopniu trudności (przypomina mi się słynny ciąg z filmu „13 grzechów”: złap muchę -> zabij muchę -> zjedz muchę), jednak wyzwania te uderzają bezpośrednio w nastolatka, mają spowodować jego umartwienie, wywołać stany depresyjne i lękowe lub ból fizyczny. I to właśnie sprawia, że jest to tak bardzo niebezpieczne.

Wielu blogerów grzmi, że to fake, ściema, sztuczny twór. Ale jeśli nawet, to problem nie jest ściemą, tylko jest kurcze mega realny i bardzo, bardzo poważny. Część z Was rozwodzi się nad tym, czy te nastolatki jednak popełniły to samobójstwo czy nie, czy było ich 3, 30 czy 130… Ilu nastolatków rocznie odbiera sobie życie?! Bo są sami. Bo, jak ktoś kiedyś mi powiedział – w tym jednym, jedynym, krótkim momencie nie było przy nich nikogo, były same (jeśli to czytasz, tak, pamiętam, że to Ty 🙂 ), a decyzja o samobójstwie to krótki moment – być może czasem dojrzewa latami, ale jeśli nie zostajesz sam ze swoimi myślami w tym kluczowym momencie – wszystko można odwrócić. A nastolatki często zostają same – bo są trudne. Bo wymagają więcej cierpliwości, miłości, zrozumienia niż dwulatek.

Wiele z Was powie, że przecież rodzic zauważy, ze coś złego dzieje się z jego dzieckiem. Nieprawda. Nie każdy i to wcale nie wynika z tego, że jest Rodzicem Nieobecnym (w życiu dziecka, nie fizycznie, obok) – nastolatki potrafią się świetnie maskować i udawać (jeśli mają taką potrzebę).  Lubią być same i ta ich samotność we własnym pokoju nie jest jakąś anomalią, ja sama mając lat ~naście zamykałam się w pokoju na długie godziny, w dziurawych i popisanych długopisem dżinsach słuchałam The Cure i cierpiałam ból istnienia. I nie potrafię Wam powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że nie podjęłabym się wyzwań w grze, jeśli na mojej drodze stanąłby taki idiota z Blue Whale Challenge. Raczej nie, ale kto wie.

Właśnie dlatego, to jest takie niebezpieczne. Uderza w najczulszy, najdelikatniejszy, najsłabszy (nie, nie najsłabszy  – najbardziej podatny) target. Bycie nastolatkiem nie jest łatwe. Cały czas szukasz tego, kim jesteś. Nieustannie zabiegasz o czyjąś uwagę (świadomie lub nie). Poddajesz pod wątpliwość wszystko, co usłyszysz i stajesz okoniem wobec wszystkiego, czego sam nie wymyśliłeś. To najtrudniejszy moment w życiu, dlatego tak łatwo skierować je wtedy na zły, destrukcyjny tor. I w tym całym zamieszaniu z Blue Whale Challenge nie chodzi i samą grę, o wyzwania i jej zasady, ale o to, że rodzice nagle budzą się i okazuje się, że kompletnie nie mają pojęcia, co się dzieje z ich dziećmi i kim one w ogóle są.

Ograniczenie komputera, blokady rodzicielskie, kontrola telefonu, szpiegowanie – poważnie? To jest ta genialna recepta?!

Co zasiejesz, to zbierzesz, prawda stara jak świat.

Pada wiele bzdurnych komentarzy pod tekstami o tym. Przeczytałam na przykład:

„jezu chryste, te dzieci sa coraz glupsze, niedlugo iloraz inteligencji beda mialy na minusie”, „jednostki o ograniczonym QI wyeliminują siebie same” (pisownia oryginalna)

Serio? To wina niskiej inteligencji dzieci?! Nie, moi drodzy, to wina cholernie niskiej inteligencji emocjonalnej rodziców, ich priorytetów wywróconych do góry kołami, ich pogonią z Bóg wie czym i Bóg wie po co, to wreszcie straszna konsekwencja rodzicielstwa polegającego na BYCIU GDZIEŚ  a nie BYCIU OBOK. To wina tych wszystkich lat zaniedbań, tych wszystkich nieprzeprowadzonych rozmów, tych wszystkich „później” i tych wszystkich „zaraz”! Gotuje się we mnie kiedy słyszę, że samookaleczenia są jednym z symptomów problemów z psychiką – nie, k…urde, to nie są symptomy, to są skutki. To są żałosne próby pomocy samemu sobie – bo z jakiś powodów dziecko wierzy, że nikt nie jest mu wstanie pomóc i to jest ostatnie, co mu zostało. A to, w jaki sposób myśli dziecko, kształtują rodzice. Od niemowlaka.

Czy gra to fake czy nie – moim zdaniem to nie jest ważne. Bo usilne próby zauważenia problemów młodego człowieka przez najbliższe mu otoczenie są już jak najbardziej prawdziwe, a konsekwencje psychiczne i fizyczne mniej lub bardziej udanych prób potrafią zniszczyć mu życie na długie lata.

 

Dom bez kota to głupota, czyli Dzień Kota w gagatkowym kalendarzu.

20170322_150819

Miłość Gagatkowej do wszelakich miaucząco – prychająco – futerkowych czworonogów jest wiadoma wszystkim wszem i wobec. Dlatego też data 17 lutego jest datą niezmiernie ważną (aczkolwiek nie do końca przez innych rozumianą) w gagatkowej kołomyjce. Wszystko za sprawą dwóch osobników futerkowej płci odmiennej – Miłościwie Nam Panująca Para Królewska – Król Bazyl Pierwszy Wiecznie Głodny i Księżniczka Abi Niedrapiąca. Od czasu do czasu na profilu FB pojawiają się zdjęcia (pff! portrety wykonane za zgodą a nawet na życzenie) Pary Królewskiej.

Królewna Abi pojawiła się w Gagatkowie jako mała, szara kulka pewnego listopadowego przedpołudnia rok wstecz. Cała historia została przez Gagatkową opisana tutaj. Dziś Abi jest najbardziej delikatnym futrzakiem, jakim Gagatkowa miała przyjemność się opiekowaćimg_5945
(tzn harować i przeznaczać pół pensji na miseczki pod kolor obróżki, wszelakiej maści dzwoniące piłeczki, brzęczące myszki i kaszlotwórcze piórka na sznurku). Każdy, komu Księżniczka zezwoli na głask (nie za często – bez przesady, raczej sporadycznie, tak dla przyzwoitości, bo trzeba być blisko swego ludu) zachwyca się jej miękkim futerkiem, a ci szczęśliwcy, na których spłynie łaska wzięcia jej na kolana zastanawiają się, czy posiada Ona pazury. I nawet te wszystkie pozaciągane firanki, dziury w swetrach i kanapa jako the best drapak ever nikogo nie przekonują. Z czasem uzyskała przydomek Abi Traktorek – można zarzucić Jej wiele – oschłość i oszczędne okazywanie uczuć, chłód wycofanie w bezpośrednim kontakcie, ale jeśli już okazuje swoją miłość i zadowolenie – jej mruczenie słychać z daleka, świat drży w posadach!

Król Bazyl to bardzo, bardzo inna bajka. Jako prezent od początku miał przywileje, z których do tej pory korzysta bez ogródek – wie, że wolno mu więcej i nawet kiedy zwinie kurczakowe skrzydełko lub nóżkę i zamruga tymi swoimi wielkimi oczami jest mu to wybaczone. Wybaczone podwójnie, ponieważ Jaśnie Pan Bazyl, jak na władcę przystało – sam nie poluje (ale jest sukces, już nie boi się mrówek ;)), On od tego ma służbę. Dumnie kroczy przez salony nawet wtedy, kiedy img_5944wraca z podwórka cały w ostach lub wyciorany w węglu – dla Niego to jedynie podkreślenie Jego zajebistości. Nie przeszkadzają Mu pajęczyny na wąsach po zwiedzaniu strychu (Jego wzrok jedynie mówi: „Pogadamy, Sługo, o twoim sprzątaniu w mej posiadłości…”). Uwielbia przytulanie, ale tylko wieczorem (chyba, że Władca zadecyduje inaczej), chętnie pcha się pod kołdrę – zimową porą wystaje spod niej jedynie Jego rudy ogon. Ulubionym miejscem Jaśnie Pana  Bazyla jest szara micha obowiązkowo wypełniona po brzegi chrupkami – ich niedostateczną ilość obwieszcza głośnym i pełnym pretensji miauczeniem. Chrupki też nie takie byle jakie, konkretne z niebieskiej torebki, inne rozkłada po kątach i wpycha pod dywan manifestując moje niedostosowanie do Jego potrzeb. Szlachcic pełną gębą. Mordką znaczy.

Z kotami podobno jest jak z tatuażami – albo ma się tylko jednego, albo minimum trzy. Ja nie zaprzeczam i nie potwierdzam! 🙂

Love me like you do, czyli Walentynki okiem Gagatkowej.

Nastał jeden z najbardziej kontrowersyjnych dni w roku. Gagatkowa tej kontrowersji nie rozumie, chociaż od lat paru usilnie się stara.

O Walentynkach na blogu jeszcze nie było, przez wstyd i hańbę purpurą blade lico Gagatkowej się okryło. Ale śpieszę nadrabiać. W końcu co to za kontrowersja, jeśli w jej temacie Gagatkowa milczy…

Przykre jest to, że ludzie, zamiast się cieszyć sobą nawzajem – licytują się, czy walentynki to święto potrzebne czy nie, czy ważne i jak ważne i co gdzie na jakiej wystawie sklepowej stoi. Serio? Te baloniki i misie aż tak wiele negatywów wnoszą do Twojego życia, że trzeba się nad tym rozwodzić i manifestować, jakie to jest złe?  Skoro jest, to znaczy, że komuś jest to potrzebne, jeśli nie Tobie to omiń to i idź swoją drogą.

Wiele ludzi dookoła krzyczy, że „kocha się cały rok, a nie tylko w Walentynki”. Mają rację, absolutną – co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Ale czy w Dzień Matki też krzyczą, że matkę należy szanować przez cały rok, a nie tylko podczas dawania czekoladek raz w roku? Albo czy pamiętają, że dziecko potrzebuje obecności rodzica przez cały rok, a nie tylko w Dzień Dziecka? No ja nie słyszę takich głosów.

Walentynki są fajne. Z niczym w życiu nie można przesadzać, z manifestowaniem uczuć też. Od przesytu wszystkiego można mieć zgagę. Ale wiecie co – ja myślę, że akurat w Walentynki ta zgaga jest dużo bardziej dotkliwa, bo najczęściej powodują ją u nas inni. Tylko po co? Ja wiem, już nie raz pisałam, że łatwo jest oceniać innych. Ale na litość – czy nie byłoby przyjemniej, gdyby każdy zajął się tworzeniem własnego szczęścia, zamiast oceniać drogę innych do szczęścia?

Popełniłam też gościnny wpis na ten temat u Mamy Migotka. Możecie go przeczytać tutaj 🙂

Gagatkowa kocha Was całym swoim wielkim serduchem. Jesteście wspaniali, że tu zaglądacie, dajecie mi siłę i motywację do dalszego pisania. Dostaję od Was wiele pozytywnych i ciepłych słów. Przesyłam Wam mnóstwo wielkich, Walentynkowych buziaków!

Dziękuję, że jesteście 🙂 Muuuuua!

Jak oswoić demona, czyli alkohol a dziecko.

Ostatnio głośno zrobiło się o tym, czy rodzice powinni spożywać alkohol przy dzieciach, czy nie; czy w domu dzieci powinny widzieć alkohol, jak rozmawiać z dziećmi o alkoholu.

A że kwestia zdecydowanie sporna, Gagatkowa włączyła się w nią ino żywo.

To normalne, że każdy rodzic chciałby, aby jego dziecko żyło w świecie pełnym gumowych drzew, okrągłych kantów i chodników z waty. Niestety są niebezpieczeństwa, na istnienie których nie mamy  wpływu. Wokół bombardują obrazy brudnych, awanturujących się, odrażających pijaków. Nie tylko w tv – wystarczy wyjść na miasto i już włączasz tryb obronno – ochronny, bo przecież nie przebywasz jedynie na ogrodzonych, monitorowanych placach zabaw, czasem, na nieszczęście, trzeba przejść przez sam środek piekieł, tzw. centrum. Jeśli idziesz sam, ok. Ale jeśli trzymasz za rękę dziecko – sytuacja się zmienia. Ono patrzy na typa i kojarzy w minucie, że alkohol=agresja, alkohol=brud i smród. Naprawdę chcesz, Rodzicu, żeby takie miał skojarzenia? Potem, kiedy zobaczy tatę z puszką piwa przed tv albo mamę z kieliszkiem wina – przestraszy się.

Alkohol jest złem tylko wtedy, kiedy sami zrobimy z niego demona – kiedy nauczymy dziecko, że napoje procentowe są strasznym wynalazkiem, który dziecko ma omijać szerokim łukiem i wyrobimy w nim skojarzenie takie, jak napisałam wyżej. Moim zdaniem to zdaje egzamin na bardzo krótko – dziecko nie zawsze będzie na tyle małe, że będzie się trzymało maminej spódnicy i skończy się możliwość kontrolowania tego, jak odbiera to, co do niego dociera.

U nas alkohol nie jest demonem. Jest traktowany jak normalny napój, jednak pijany rzadziej ze względu na swoje właściwości otępiające. Nie oznacza to, że wśród towarzystwa toleruję zachowania typu „niech się napije, przecież odrobina mu nie zaszkodzi” . Zaszkodzi – nie wolno mu nawet kropli. Zresztą nawet sam się nie domaga, wie, że alkohol jest napojem dorosłych tak, jak np Vibovit z saszetki jest napojem dzieci i dorosłym od niego wara nawet, jak bardzo będą chcieli.

Moje zasady:

  1. Wszystko na świecie jest dozwolone – jednak we wszystkim należy zachować umiar dostosowany do swoich możliwości- nie upijam się przy dziecku!

  2. Jestem przede wszystkim Rodzicem – dopiero w następnej kolejności zdenerwowanym pracownikiem, smutną babą z PMS czy potrzebującym rozluźnienia, znerwicowanym człowiekiem – borsukiem.

  3. Zawsze dbam o to, żeby w towarzystwie była przynajmniej jedna trzeźwa osoba.

 

To, w jaki sposób dziecko będzie odbierało świat jest zależne tylko i wyłącznie od nas, rodziców. Wolę, żeby dziecko kojarzyło alkohol z tą okazjonalną lampką wina przy oglądaniu filmu wieczorem, niż ze śmierdzącym typem śpiącym na ławce w parku.

Dla jednej części rodziców alkohol jest wrogiem w domu, nie mają alkoholu w domu, nie piją przy dzieciach. Druga grupa robi zupełnie odwrotnie. Nie napiszę Wam, która strona sporu ma rację, ani jak Wy powinniście się zachować. Nie zamierzam przekonywać nikogo do swojego podejścia, krytykować drugiej strony ani dawać złotych rad. Każdy jest rodzicem najlepiej jak umie i działa według słusznej dla siebie drogi.