Jak obiad z tyranozaurem wygrał z basenem w salonie, czyli Gagatkowej sposób na nudę.

20170820_115444

 

„Siedzę sobie na kanapie,
a za oknem deszczyk kapie –
kapie z prawa, kapie z lewa
i podlewa w parku drzewa!”

 

Są sytuacje i Sytuacje. A dziś nastała Sytuacja Nadzwyczajna – Gagatkowa nuda osiągnęła poziom ekstremalny. Myślę, że prawie każdy rodzic przedszkolaka/uczniaka zna ten moment, kiedy pod koniec sierpnia zostaje wprowadzony w domu stan wyjątkowy; kiedy to rodzicowi kończy się cierpliwość, a dzieciom pomysły na czasoumilacze (i zaczynają świrować, psocić – niezamierzenie, wymyślać coraz bardziej odjechane zabawy – np. wymagające wyjęcia wszystkich dostępnych sztućców w domu lub rozłożenia w salonie basenu ogrodowego, z którym dziecko się zżyło przez ostatnie dwa miesiące).

I taki to moment nastał także w Gagatkowie. Zbiegło się to (o zgrozo!) z zimnym deszczem plującym z nieba, więc wszelakie aktywności podwórkowe wypadły z gry. A że Gagatek twórczą ma naturę i zdecydowanie bardziej woli budować nowe rzeczy niż korzystać z gotowców – Gagatkowa matka wpadła na pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę i którym postanowiła się z Wami podzielić (albowiem rodzice powinni trzymać się razem i dzielnie się wspierać w walce z dziecięcą nudą).

Orężem w tej walce były kredki, naklejki, zabawki , a przede wszystkim Gagatkowa wyobraźnia jako sprzęt bazowy. I tak powstała wielka gra planszowa z dinozaurami.

Na największym dostępnym w domu kawałku papieru (jak wiadomo cośtam w domu20170820_114842 każdy ma, ale toż to nie przewidzisz, kiedy co może być potrzebne; my rysowaliśmy na starym kalendarzu). Najpierw powstała ścieżka jako punkt wyjściowy, następnie wszystkie akcje (typu „czekasz jedną kolejkę”, „przesuwasz się trzy pola do przodu”). Później Gagat ozdobił wszystko naklejkami, poustawialiśmy zabawki na planszy (plastikowe palemki tworzące las, plastikowe kamienie, zagroda, figurki). I tak powstała całkowicie spersonalizowana gra planszowa, Gagatek był z siebie bardzo dumny, graliśmy raz, potem drugi i trzeci, i znów. I latał samolotem, i jeździł na ankylozaurze, i jadł spaghetti z tyranozaurem.

 

Gry planszowe tworzone samodzielnie są świetnym sposobem nie tylko na umacnianie 20170820_121856więzi z dzieckiem, kształtowanie umiejętności przegrywania (a radzenie sobie z porażkami to bardzo ważna umiejętność) ale przede wszystkim na rozwijanie umiejętności manualnych dziecka i jego wyobraźni. To ekstra pomysł, w pełni edytowalny, całkowicie spersonalizowany i co najważniejsze – tworząc samodzielnie grę planszową dla malucha, jej stopień trudności jest w pełni regulowany przez nas samych:

 

  1. prosto, klasycznie: ścieżka od punktu A do punktu B, bez udziwnień
  2. proste akcje typu „dwa pola do przodu”, „trzy pola do tyłu”, „wyrzuć 4 na kostce”
  3. akcje + zbieranie różnych przedmiotów na trasie rozgrywki (wtedy oprócz dotarcia do mety jako pierwszy liczy się także ilość zebranych monet/kamieni/bułek/zębów/kwiatków itp.

 

Akcje, które można wpleść w taką grę mogą być przeróżniaste, wszystko zależy od umiejętności dziecka, od potrzeb (mogą to być np, zadania matematyczne o różnym stopniu trudności – „5+4=” lub wyzwania ruchowe – „podskocz 5 razy na jednej nodze”. Można grę oprzeć na konkretnym temacie przerabianym aktualnie w szkole, na zainteresowaniach dziecka, na oswajaniu jego lęków, na dosłownie wszystkim!

Do zrobienia takiej gry nie potrzeba niczego specjalnego oprócz czasu, chęci i energii. Nie macie pionków? Grajcie guzikami. Nie macie kostki? Losujcie karteczki z cyferkami. Wszystko zależy od Was.

Niech się Wam chce chcieć! A jesień idzie, będzie o to nam wszystkim coraz trudniej…

 

 

Rodzicu, myśl! (Czyli nie wysyłaj swojego dziecka na wojnę bez zbroi)

armor-2144638_1920

Parę dni temu przelotem gdzieś usłyszałam, że rodzice nie zaszczepili dziecka na ospę i teraz mają ogromne problemy z powikłaniami po chorobie. Nie chcę wyjść na ignoranta, naprawdę nic nie wiem więcej o sprawie, ale to, co usłyszałam spowodowało lawinę myśli w mojej głowie.

Dzisiaj młodzi rodzice nie mają łatwo. Zewsząd bombardują ich zakazy, nakazy, poradniki, rady, srady i inne tyrady. I wszechobecne porównywanie się (wszyscy rodzice to robią – różnie tylko podchodzą do wyników tych porównań). Bycie młodym rodzicem to ciągła walka ze wszystkim dookoła, głośne lub nieme udowadnianie, że mimo wszystko – MIMO WSZYSTKO  się ma rację. I czasem rodzic stanie po niewłaściwej stronie liny. Posłucha kogoś innego zamiast siebie i własnego dziecka.

Jedni mówią – nie szczepić w ogóle, inni – szczepić, obowiązkowo, na wszystko co się da. Dwa skrajne obozy, a nic nie jest białe lub czarne.

Babcie często udzielają złotych rad młodym rodzicom, zwłaszcza wtedy, kiedy dziecko jest jeszcze malutkie (nie taka kaszka, nie taka pogoda na spacer, nie to miejsce, nie ten czas i to wkurwiające „Załóż mu czapeczkę”). Sama wiele razy walczyłam z takim zachowaniem odwracając się na pięcie i robiąc po swojemu. Czasem wyszło to na dobre, czasem nie. Ale nie żałuję żadnej decyzji, bo z każdej wyniosłam jakąś naukę, a odpowiedzialność za nie ponoszę tylko ja. Cieszę się, że mam na tyle odwagi, żeby powiedzieć „Nie, będzie inaczej niż radzisz, bo ja i tylko ja jako matka wiem, co jest dobre dla mojego dziecka. Też chcesz dobrze dla niego, więc zaufaj mi.” Warto słuchać rad, ale dobrze je wcześniej przemielić w głowie kilka razy i potraktować rady jako rady, a nie nakazy. A świat nie stoi w miejscu i to, co było dobre 20, 30 lat temu niekoniecznie sprawdza się dzisiaj. A w rodzicielstwie „czuję” jest ważniejsze niż „wiem”.

Ale było o szczepieniach.

Nie usłyszysz ode mnie, czy masz szczepić czy nie. Mogę Ci jedynie zaproponować wyjaśnienie, dlaczego ja szczepię.

Uważam szczepienia za prawdziwy sukces medycyny. To, że każdy z nas, rodziców, ma dostęp do możliwości, jakie dają – do możliwości zminimalizowania ryzyka wystąpienia choroby, a w raz z nią powikłań po niej – jest wielkim przywilejem naszych czasów. Szczepionki, jak każde substancje medyczne, są poddawane ciągłym badaniom i testom – wynika to z ich przeznaczenia – wirusy przecież się zmieniają, mutują, stają się coraz bardziej odporne. Bez szczepień wysyłasz swoje dziecko na wojnę z nimi bez zbroi.

Powikłania poszczepienne. Twój argument. I słuszny.

Ale wyobraź sobie wagę. Taką zwykłą, szalkową. Z Twojej lewej strony masz powikłania po chorobie, z prawej – po szczepieniach.

 

balance-154516_1280

 

Tak, tak to mniej więcej wygląda.

Wybierz właściwą szalę.

Kiedyś ktoś wymyślił, że szczepionki wywołują (WYWOŁUJĄ – to kluczowe słowo) autyzm. Potem się z tego wycofał, ale pogląd i opinia zostały. I nawet jeśli dziś nie ma na to żadnych dowodów – wielu ludzi w to wierzy i ma do tego prawo. Fakt, szczepionki, zwłaszcza te starsze, wywoływały zmiany w mózgu  – wypuszczone w konkretnej serii, przez konkretny koncern. Można się doszukiwać celów takiego działania, celów mniej lub bardziej humanitarnych. Niewątpliwie takie rzeczy się działy i chociaż nie znam takich przypadków osobiście (zabrzmiało tak przedmiotowo – nie znam osobiście dzieci z takimi powikłaniami) to jednak znam osoby, które od lat mają z nimi styczność. I wiem, że nie są to proste powikłania. Jednak mimo tej wiedzy nadal uważam, że powikłania poszczepienne stanowią jedynie niewielki procent całości, a skutki ospy, grypy czy świnki są naprawdę szeroko rozpowszechnione i z całą pewnością nie są odosobnione.

Wirusy chorób zakaźnych to naprawdę ciężka kawaleria do pokonania. Na szczęście mamy narzędzia i metody, aby z nimi walczyć. A odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić, żeby dziecko było zdrowe i szczęśliwe?” poszukajmy w swojej głowie, a nie w tv, w bibliotece czy na portalu w necie.