10 kroków do idealnego obiadu, czyli Gagatkowa gotuje.

Gagatkowa gotuje. Gotuje…  pff. Miesza różne ingredienty w naczyniu umieszczonym nad źródłem ciepła. Czy smacznie… Nie mnie oceniać. I tak podczas siekania, szatkowania, tarcia i przecierania Gagatkowa postanowiła podzielić się szlagierem jesiennych obiadów – faszerowaną cukinią. Każdy robi ją po swojemu, więc nie ma sporów, która lepsza, bo jedynym składnikiem faszerowanej cukinii, który pokrywa się we wszystkich przepisach jest cukinia. I nic więcej.

A oto przepis na Faszerowaną Cukinię Po Gagatkowemu.

1. Gagatkowa matka robi sobie kawę.

2. Faszerowana cukinia sama w sobie wygląda jak danie cokolwiek pracowite i czasochłonne, więc należy po primo wyjść z założenia, że ani czasu ani pracy nie należy już jej dokładać. Dlatego Gagatkowa bierze taką cukinię (ani dużą, ani małą – taką, coby wlazła do brytfanki, ale nie zostawiła w niej za dużo wolnego miejsca), kroi ją wzdłuż i łyżką wydziabuje środek, żeby powstała rynienka. Najczęściej robi to łyżką do sałatek (już trzecią, bo jakieś słabe teraz robią te łyżki, a Gagatkowa lubi cukinię), bo duża. I odkłada cukinię.

3. Bierze łyk jeszcze cieplutkiej kawy.

4. Do sporego rondelka wrzuca masło (no dobra, margarynę, najczęściej rasistowską) i wrzuca pokrojonego pora. Gagatkowa zastępuje porem cebulę, której to chronicznie nie lubi obierać. Potem dorzuca mięso mielone. Gagatkowa matka nie mieli sama, prosi o to Panią w Mięsnym (ona to robi Za Pieniądze, Gagatkowa tyrać za darmo nie lubi). Kiedy mięsko się przysmaży, wrzuca startą marchewkę. Czasem dorzuca też inne warzywa (zielony groszek, żółtą paprykę dla koloru, ale Gagatkowa musi mieć słuszny powód do takich poczynań- np. znowu zepsuła antenę od tv). Zamiesza łyżką i wsypuje kaszę. Dowolną. Najbardziej lubi pęczak, bo wygląda jak robale, ale nie każdemu tak miło się kojarzy, więc rodzaje kaszowego wypełniacza się zmieniają. Zamiesza. Zanim zacznie się przypalać,

5. Bierze łyk kawy.

6. dolewa odpowiednią ilość wody, najczęściej 2 szkl. wody na szklankę kaszy. Szczypta soli, pieprzu, tymianku. Zmniejsza ogień, kładzie pokrywkę na rondelek, a nogi na stół.

7. Kiedy kasza się ugotuje (nienawidzę, kiedy w przepisie jest, że kasza gotuje się 15-20 min. Moja najczęściej gotuje się dłużej i mam nerwa, że znowu moja kasza jest jakaś dziwna – a kaszy nie reklamują), dosypuje Gagatkowa słuszną porcję posiekanej pietruszki.

8. (opcjonalnie) W wersji deluxe dorzucam starty na tarce ser żółty. Ale – nie czarujmy się, wersja deluxe zdarza się rzaaaadko. Aczkolwiek się zdarza.

9. Do zimnego farszu wbija jajko, czasem dwa – zależy od kury.

10. Wypełniam cukinie. W piekarnik w 180 st., aż się upiecze – koło 40 min 🙂

Smacznego!

Nic nie jest czarne albo białe, czyli nie zaglądam nikomu do macic.

Nie mogłam nie napisać. A właściwie mogłam, bo w gardle mam żwir, a odporność na medykamenty mam wzorową, nawet ponad przeciętną. Ale po dyskusji (które Gagatkowa matka lubi, oj lubi!) zwyciężył ogólny wkurw.

Sama mam syna i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nigdy, przenigdy, nawet przez sekundę nie pomyślałam, że mogłoby go nie być. Ale to, co się dzieje teraz w mediach, w sejmie i w głowach milionów Polaków zakrawa o początek wstępu do końca świadomości siebie samego, demokracji, świadomości życia poczętego lub ogólnie pojętej dorosłości.

Nie zaglądam nikomu do macic. Nie mówię, że aborcja jest dobra albo zła. Nie mówię, że powinni ją zalegalizować czy jej zabronić. Nic nie jest czarne albo białe.

Gotuje się we mnie, kiedy słyszę, że powinni aborcję zalegalizować, bo domy dziecka są przepełnione. To tak, jakby kupić parasol, bo od tygodnia pada i zapowiadają brak zmian w pogodzie. Domy dziecka były i będą, i chwała Bogu (i Korczakowi), że są. Dostępność aborcji nie sprawi, że nie będzie niechcianych dzieci, sprawi jedynie, że przestanie się szanować ludzkie życie, że usunięcie zarodka, płodu stanie się „wyjściem awaryjnym” w sytuacji, kiedy dwoje szczeniaków zaliczy wpadkę (przy czym szczeniactwa nie określa się po wieku, a po świadomości odpowiedzialności, którą będzie trzeba przyjąć na klatę). Czy to źle? Nie wiem. Wiem jedynie, że zdecydowana większość tych, którzy najgłośniej krzyczą: „dajcie dzieciom żyć!” po wykrzyczeniu się wraca do ciepłych domów i nijak nie pomaga tym, którym wbrew wszystkiemu i wszystkim pozwolono żyć. Życie ludzkie jest bezcenne i powinno się o nie walczyć za wszelką cenę. Ale w granicach rozsądku i, co najważniejsze, zgodnie z decyzją tych, którzy to życie poczęli.

Nie jestem za legalizacją czy zakazem. Jestem za tym, aby kobiety MIAŁY PRAWO MIEĆ WYBÓR. Nikt za nie nie będzie ponosił konsekwencji takiej czy innej decyzji, więc kto i jakim prawem zmusza je do jej podjęcia?

Sprowadza się ludzi do tępaków, którym trzeba albo coś nakazać, albo zakazać, inaczej zrobią sobie krzywdę. Tylko po drodze jest jeszcze zwyczajna Iksińska, która ma swoją własną historię, swój własny ból i powinna mieć swój własny, nienarzucony jej przez nikogo wybór. Dlaczego mądrzy panowie (i panie!) widzą wszystko tak dwukolorowo i schematycznie?
a. chore – usunąć
b. zdrowe – urodzić
c. gwałt – usunąć
d. z małżeństwa – urodzić
itp., itd… Głupoty w naszym kraju jednak nie brakuje.

Jeśli zakaz aborcji zostanie wprowadzony nie będzie to oznaczało, że ona zniknie, że przestanie być przeprowadzana. Wręcz przeciwnie – biznes pod prawem zakwitnie i to okupiony ogromnym cierpieniem kobiet, bo przecież chcę usunąć, a muszę to robić gdziekolwiek przez kogokolwiek, nabawić się nie wiadomo czego zamiast normalnie, jak człowiek, w szpitalnych warunkach przejść przez to pod okiem specjalisty – skoro to ma się stać, i tak się stanie.

To nieprawda, że kierują się dobrem kobiet lub walczą o nienarodzone dzieci. Bo te wywalczone maluchy w końcu się urodzą i na tym ich walka się skończy. A dalej matka zostaje sama i o nią nikt już nie walczy.

 

PS. Piszę o matkach, ale nie zapominajmy o ojcach, dla których (wyłączając dziecko poczęte podczas gwałtu i inne sytuacje z gatunku patologicznych) sytuacja, w której musi dokonać wyboru i stanowić oparcie dla kobiety jest również niewyobrażalnie trudna.

Bezdzietne wychowują lepiej, czyli siedem gagatkowych grzechów głównych.

Podczas przeglądania internetowych czeluści Gagatkowa matka natrafiła na hasło: „Jesteś ekspertem od wychowania dzieci dopóki nie masz swoich”. I zamyśliła się głęboko. Zaduma dotyczyła głównie jej osobistych weryfikacji wyobrażeń z rzeczywistością zastaną i wniosków z nich płynących. Wniosek z tychże weryfikacji jest jeden:

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach.

Co to miało nie być. Ochy i achy, spodnie w kant i skrzypce w dłoń! Twarz cherubinka była właściwie w pakiecie, więc nie pozostawało nic innego jak do tego rumianego lica dopracować równie rumianą resztę. Okazało się to być… niepotrzebne. Bo sztuczne twory to ja mam w filmie.

Jedną z wielu rzeczy, jakie oduczył mnie mój cherubinek o diablim spojrzeniu jest dążenie do perfekcji. I, jak każda matka, pozwalam sobie na rodzicielskie grzeszki.

1. Bajki w tv.

No są. Jak wszędzie. I jak matka mówi, że nie włącza, to kłamie (no dobra, tak dla przyzwoitości – 99,9% kłamie). Ja tam nie wiem, jak jest u Was. W Gagatkowym świecie zwykle słychać konkretne bajki (Lwia Straż, Pidżamersi i nieśmiertelny Dinopociąg), od czasu do czasu jakiś pełen metraż, jeśli jest dobry. Ale przyznaję się, bywają takie dni (rzadko, ale jednak), że telewizor tłucze się pół dnia, chociaż służy właściwie za radio (a bajki za słuchowiska) – Gagatek zajęty budowaniem kolejnego dinocity lub Samochodu Do Przewozu Zwierząt Wymarłych nie gapi się co prawda w tv, ale weź mu spróbuj wyłączyć. Dlatego coraz częściej pojawiają się inne formy rozrywki z cyklu: Działanie w tle.

2. Audiobooki i słuchowiska

No właśnie. Czytanie bajek dziecku na dobranoc to najlepsza rzecz, jaką rodzic może dać swojemu dziecku. Bliskość, jaka się wtedy tworzy, wspólne żarty (Gagatek rzadko słucha bajek w ciszy i bez komentarzy przerywanych rechotem lub wzdychaniem „och!”) budują coś, co zaprocentuje w przyszłości. Gagatkowy pokój jest zawalony książkami dla dzieci wszelakiego typu i gatunku (może kiedyś opiszemy nasze ulubione pozycje, chcecie?); do niektórych często wracamy, inne czekają na lepsze czasy. Ale czasami nie ma siły na czytanie i jako modelowo nieidealna matka znalazłam zamienniki. Bajkowisko lub inny kanał na YT  zapewni Wam, innym modelowo nieidealnym mamom chwilę na dwa spokojne wdechy.

3. Kołysanki w radiu

Stacje radiowe dla dzieci uważam za genialny wynalazek, cześć i chwała ich twórcom! Wspólne śpiewanie o gruszce, Puszku lub kapiącym deszczyku jest drugą, moim zdaniem, najlepszą rzeczą, jaką można robić wspólnie z dzieckiem. Bo umówmy się, jak poważni byśmy nie byli na co dzień, każdy z nas potrzebuje czasem skakania typu „pchła”, resetu i wygłupów – a z kim, jak nie ze swoim maluchem? I pierogi jakieś lepsze wychodzą, i sprząta się łatwiej, i maluch nie marudzi, kiedy prosisz delikwenta o pomoc. Wieczorne śpiewanie dziecku kołysanek to rytuał także w Gagatkowie. Ale czasem są dni, kiedy Gagatkowa matka nie jest w stanie wydać z siebie niczego bardziej konstruktywnego niż przeeeeciąąąągły zieeeew, a wtedy kołysanki np w open.fm są w dechę. Taka uwaga… z własnego doświadczenia wiem – należy włączać je w docelowym miejscu spania. Późniejsze zmiany lokalizacji są niezmiernie trudne.

4. Spanie z dzieckiem

I w ten oto sprytny sposób przechodzimy do następnego grzeszku. Gagatek ma lat pięć – poważny wiek i co za tym idzie gabaryty też jakby już mało komfortowe, jeśli chodzi o mobilność na rodzicielskich rękach lub zdrowe wysypianie się. Ale tak, czasem śpimy razem. W sumie to nie powinnam klasyfikować to jako grzeszek, bo jakoś nie czuję skruchy popełniając ten proceder. Tak sobie myślę, że wielu rodziców chciałoby jeszcze spać z dzieciakami, tylko boi się:
a) a co, jak oduczy się spać sam
b) jak się X dowie, że mój Y śpi ze mną jeszcze to mnie wyśmieje
c) przecież to patologia!
a. Cóż. Ja uważam, że dziecko, zwłaszcza małe – bo pięciolatek chyba dorosły nie jest, potrzebuje bliskości rodziców, nie tylko w trudnych dla siebie momentach. Czasem tak po prostu, każdy zresztą, nie tylko dziecko, potrzebuje bliskości. Jeśli weźmiesz go do łóżka raz czy dwa na pewno się nie „oduczy”.
b. Jeśli obchodzi Cię, co sądzi X o lokatorach Twojego łózka, to ja nic na to nie poradzę.
c. XXXXXXXXX

5. Gry online

No gramy, gramy. Może nie nałogowo, może nie systematycznie, ale w sytuacji kryzysowej polecam wszystkim mamom dwie strony z rewelacyjnymi grami dla maluchów:
http://www.yummy.pl/
http://www.lulek.tv/

Sprawdzają się w sytuacjach podbramkowych, kiedy uczucie pt.: „Zaraz wybuchnę” zaczyna nieprzyjemnie rozchodzić się od czubka nosa po pięty. 10 – 15 min maluchowi nie zaszkodzi, a nawet pomoże rozwijać koordynację oko-ręka, a rodzicom da czas, żeby się uspokoić i wyciszyć sytuację.

6. Zasypianie przed tv.

Gagatkowa, jako modelowo nieidealna matka uważa, że nie wszystko musi być na kant i pod linijkę.  Gagatek, jako przedszkolak z bardzo poważnymi obowiązkami, które wymagają określonej ilości i jakości snu zasypia około godz 19:45 – 20:00. Ale zdarzają się takie dni, przeważnie wypadają na to piątki (bo nie ma na świecie człowieka, który nie lubi piątków), kiedy w Gagatkowie słychać popcornowe trzaski, pachnie czekoladą i słychać śmiechy do później nocy. Dni z cyklu „nie mamo, dzisiaj nie śpię całą noc!” tym cenniejsze, im rzadsze. I działają jak wentyl bezpieczeństwa, kiedy wszystko burczy jak w budzącym się wulkanie.

7. Telefon.

Tak, Gagatek ma własny telefon. Pięciolatek. Co za świat. Ale zanim zalejecie Gagatkowo wiadrem ciepłych i lepkich pomyj uściślę, że nie służy on do dzwonienia. Jest to najzwyklejszy smartfon, nieużywany już z racji wieku i niewątpliwych zasług, ale z ciągle sprawnym aparatem fotograficznym, z którego to Gagatek czerpie szczerą uciechę podczas wojaży i nie tylko. Na FB pojawiają się czasem gagatkowe twórczości, głównie real photo z gatunku przyrodniczych łowów z cyklu: „Zdjęcia z atlasu pająków jako najskuteczniejsza metoda na zawał matki.”