O plasterku na plastikowym pancerzyku i rodzicach – Grupie Lubiącej Władzę.

G: Nie działa mi aparat. Napraw mi!
MG: Dobrze, spróbuję Ci pomóc, tylko zjem obiad.
G: [łup! zabawką o podłogę] Chcę teraz!
MG: [udając, że nie zauważyła] Teraz nie mogę, widzisz, że jem obiad. Jeśli nie chcesz czekać idź do kogoś innego, to Ci pomoże. Na mnie musisz poczekać.
G: [oglądając zabawkę] Nie działa mi żuczek! Popsuł mi się! Wyrzuć!
MG: Może się popsuł, bo rzuciłeś nim o podłogę? I to tak bardzo mocno? Żuczki nie lubią być rzucane, zwłaszcza tak mocno jak przed chwilą.
G: To wyrzuć go, chcę nowego! Takiego, który działa!
MG: Nie dam Ci drugiego, ale kiedy skończę, dokładnie go obejrzymy, może nie popsuł się tak całkiem. Może się okaże, że da się go naprawić. A jeśli nie – będziesz wiedział, że nie można rzucać zabawkami o podłogę. Jest taka piłeczka, specjalna, wiesz? Nazywa się „zośka” i nią można rzucać – ale tylko o podłogę – tak najmocniej jak tylko się potrafi, kiedy się człowiek zezłości. A ona się nie odbija, wiesz?
G: A jak ona wygląda?
MG: Jest najczęściej okrągła, zrobiona z materiału, albo ze skóry, a w środku jest ryż albo groch, albo piasek.
G: Może żuczka będzie się dało naprawić… Kupimy taką piłeczkę, co, mamo?

 

Kary są łatwą metodą wychowawczą. Powodują czystość sumienia (przynajmniej na początku), wybielają w oczach innych i dają poczucie władzy. Tylko, że sumienie w dalszej perspektywie gryzie jak cholera, bo przecież dziecko nie chciało, miało prawo nie wiedzieć lub nie potrafić poradzić sobie z emocjami; pokazują innym, że jesteśmy rodzicami, którzy REAGUJĄ, którzy nie pozwalają gówniażerii DOMINOWAĆ, którzy RZĄDZĄ. Szkoda tylko, że „rządzą” słabszymi, a swoich nerwów nie potrafią pohamować. Brawo dla tych, którzy myślą o karze jak o sposobie na pokazanie „kto silniejszy” – łatwo być silniejszym wobec mniej wiedzących, mniejszych, gorzej radzących sobie w świecie; o poczuciu władzy nawet nie będę wspominać, bo to uwłaczające dla kogoś, kto mianuje się rodzicem.

Rodzice nie są od karania. Ktoś, kto ma być nauczycielem, mentorem i jednocześnie oparciem we wszystkich złych momentach nie może powodować strachu – jedynie respekt i szacunek.

Jednocześnie absolutnie nie twierdzę, że kary są złe. Są jedynie w perspektywie czasu mniej skuteczne niż inne metody. Bardzo modne stało się dziś tzw. wychowanie bezstresowe – bez stosowania kar, ponieważ zapanowało przekonanie (skąd? dlaczego? wyjaśni mi ktoś?), że negatywne emocje u dziecka są złe i nie powinno się do nich dopuszczać. Ja uważam, że emocje, jakie by one nie były, są dobre, zawsze. Złe mogą być natomiast czynności podyktowane emocjami.

Ale o mądrym stosowaniu kar będzie traktował całkiem inny wpis.

Żuczek przeżył. Skończyło się jedynie na plastrze na małym, żuczkowym, plastikowym pancerzyku i góra 15-stu łzach Gagatka.

 

 

 

 

 

 

Szczepienia – jak je przeżyć i nie zwariować?

Całkiem niedawno Gagatkowa matka otrzymała ważny telefon. Ważny do tego stopnia, że po odłożeniu słuchawki z głośnym pacnięciem pacnęła na kanapę koło syna. Zajęty rozwijaniem fotograficznej pasji Gagatek nie przejął się zbytnio zaproszeniem matki – ma jeszcze to szczęście, że w wieku lat 5-ciu usłyszane: „siadaj, musimy pogadać” nie boli i nie zwiastuje apokalipsy.

Otóż ten komunikacyjny werbalny przewrót dotyczył niezwykle trudnego pod względem zorganizowania i liczby nieprzewidzianych wypadków manewru pod kryptonimem „Armagedon Łez Aktorskich”, w skrócie AŁA, zwanego potoczne szczepieniem.

Nie będzie tu o tym czy trzeba, czy warto i czy się powinno, bo to prywatna sprawa każdego – a w zgodzie z własnym sumieniem żyć trzeba i basta. Gagatkowa szczepi i szczepić będzie. Ale nastąpi tu przemyśleń parę dotyczących rodzicielskich sposobów na przetrwanie (bez szwanku na ciele i psychice – rodzica, rzecz jasna) szczepienia Twojego dziecięcia.

Szczepienie maluszka przebiega właściwie machinalnie – nie tłumaczysz, bo jeszcze nie ma komu, uspokajasz tonem głosu,  głaskaniem – maluch działa prosto i przewidywalnie – „Jak boli to wyję, niech wiedzą, że mnie boli i mi się to nie podoba, i niech przestaną. O, mama/tata, fajnie, lepiej mi trochę.” Ale starsze dziecko to rollercoaster. Niby wiesz, niby znasz, a jak przychodzi co do czego – jazda bez trzymanki. Dlatego warto przygotować siebie i brzdąca wcześniej, żeby uniknąć dodatkowego stresu dla siebie i dodatkowych nieprzyjemności dla dziecka – dla niego i tak to jest trudna sytuacja.

 

  1. POWIEDZ WCZEŚNIEJ”Wiesz co, dzwoniła pani pielęgniarka, będziesz miał szczepienie. Pamiętasz, jak miałeś szczepienia, kiedy byłeś mniejszy? Pamiętasz, na czym to polega?”Dziecko nie jest głupie. Widzi, że coś się szykuje i zaczyna się bać (bo nie wie, że nie ma czego), a może jesteś świetnym rodzicem – aktorem? Brawo, właśnie udało Ci się oszukać mniejszego od siebie, oklaski dla Ciebie – ciekawe tylko, czy chciałbyś, żeby Ciebie, dorosłego, tak ktoś potraktował. Rozmowa naprawdę pomoże Wam obojgu.
  2. NIE KŁAM”Nie, nie będzie bolało”. Najczęstsze chyba kłamstwo rodziców. Zupełnie dla mnie niezrozumiałe, bo nie widzę w tym krzty sensu. Nie lepiej powiedzieć dziecku, że owszem, trochę je zakłuje, w końcu to igiełka, ale  skoro komar ugryzł go nie raz – tym razem też przeżyje?
  3. USTAL PLAN”Po szczepieniu pójdziemy na lody, co?” Jak już podkreślałam – dzieci lubią mieć plan. Lubią wiedzieć. Łatwiej mu będzie znieść przykrą wizytę wiedząc, że za progiem czeka na nie coś miłego. Ważne – nie stawiaj warunków, przecież sam tego nie lubisz. Po co mówić „jak będziesz dzielny…”. Wiadomo, że będzie starało się być najbardziej dzielne jak tylko będzie potrafiło! No i pochwal, nieważne, że ugryzło pielęgniarkę. To dla niego większy stres niż dla Ciebie.

 

Gagatek dzielnie od początku do końca patrzył na igłę i nawet sie nie skrzywił (ot prywata). Pewnie, że potem poszliśmy na lody. Ogromne, z toną BIAŁEGO CUKRU i milionem kalorii. Chyba zasłużyliśmy oboje.

In the summertime, czyli genetyka, puzzle i lody bakaliowe.

W Gagatkowej krainie lato. Przynajmniej w kalendarzu, bo zewnętrzna strona okna ciągle mokra zimnym deszczem, a Gagatek okutany w sweter ogląda Geksona i Sowellę. Dziwna sprawa z tymi bajkami – kiedyś gumisiowe przygody i przesmerfne rady raz dziennie wystarczały, aby nasycić oczy kolorowymi kadrami telewizyjnych czasoumilaczy (lub dać rodzicom krótkie happy hours), a teraz jak Gagatek przegapi Lwią Straż (każdy odcinek widział po miliard razy) jest wrzask i stanowcze „nie lubię Cię”. Świat idzie w złą stronę. Mój na pewno.

Ale nie o tym.

Jako mała dziewczynka Gagatkowa matka prosiła niebiosa, żeby nie stała w miejscu, nie nudziła się i pędziła naprzód. Nie pomagały zdarte kolana, guzy na głowie (Gagatkowa wygląda teraz trochę jak dyplomowany pracownik piekieł z pięknymi „rogami” na czole…) ani kilometry bandaży i zakrawające o zdolności magiczne umiejętności okolicznych ortopedów w zakresie naprawiania gagatkowych nadgarstków i składania obojczyków – nic nie pomagało, Gagatkowa nigdy nie miała czasu, wszędzie się spieszyła i ciągle miała coś do roboty. Kontuzje – rzecz nieunikniona,ale dziś Gagatkowa matka czuje się jak wyrobione puzzle z niektórymi wypadającymi już ze starości kawałkami. I duża w tym rola słabej, a wręcz kompletnie nieobecnej u niej koordynacji ruchowej.

Niech żyją wakacje, chciałoby się rzec. Ale Gagatkowa matka nie podziela tego entuzjazmu. Przestała podzielać, kiedy zorientowała się, że koniec czerwca stracił na wyjątkowości wraz z ostatnim otrzymanym świadectwem szkolnym (ale nie warto o nim mówić). Jedynym pozytywnym aspektem wakacyjnego brykania są dla niej lody bakaliowe. Z orzechami. Albo możliwość chodzenia boso. To znaczy – były do dzisiaj.

Bo dziś Gagatkowa matka odkryła potęgę genetyki – a wszystko zaczęło się od wspólnego wyjścia z piłką na dwór. Koordynacja ruchowa Gagatkowej jest słynna na całą rodzinę, więc nie oczekiwano od niej cudów. Ale kiedy Gagatek zamiast łapać piłkę odbijał ją górnymi partiami ciała w sposób cokolwiek chaotyczny i absolutnie niecykliczny, gra zaczęła przypominać szamański taniec plemienia Zulusów wśród pochodu czerwonych mrówek. A że dzień nie był upalny i gagatkowe trybiki pracowały w miarę sprawnie, od razu nasunęły się Gagatkowej matce analogiczne obrazy siebie samej, co przyniosło jej wyjątkową radość. Okazało się bowiem, że wspólna zabawa, nawet lekko koślawa, może być zdecydowanie lepsza od lodów bakaliowych (!). I nawet fakt, że Gagatek miał po prostu kamyk w bucie nie były w stanie tej wakacyjnej radości w niej zgasić.