Gagatkowa o ekoszaleństwie.

Nie było mnie tu dawno, bo… uuuah! Mam dla Was takiego newsa, że jak tylko uporam się z tym całym bałaganem (głównie w głowie, chociaż uzewnętrznia się on skutecznie w postaci rozwichrzonej czupryny nie do okiełznania), natychmiast uraczę Was kolejną galerią w gagatkowej cyberprzestrzeni.

Ale póki co nie o tym. Na jednym z portali społecznościowych z niebieską literką w logo naiwnie wdałam się w dyskusję z pewną panią, która podrzuciwszy wygrzebany artykuł o szkodliwości cukru w diecie dziecka usiłowała mnie obrazić z powodu nieco innego podejścia do tego całego boom’u na bycie fit, eko i bio.

Na samym wstępie pragnę nadmienić, że dietetyka nie jest dla mnie obcym pojęciem, gdyż zanim Gagatek zrobił mi wielką rewolucję w życiu miałam przyjemność studiować kierunek ściśle z tym związany, tak więc teoretyczne podstawy mam i to całkiem niezłe.

Ale do rzeczy. Niezmiernie mnie cieszy, że bycie w formie zaczyna być modne (ludzie lubią, jak coś jest modne, bo to oznacza, że tak trzeba i inni będą ich lubić, kiedy będą tak robić) i że tyle poświęca się zdrowemu odżywianiu. Odżywialiśmy się coraz gorzej, amerykanizacja dotarła także do naszych garnków i patelni. Mizerną próbę walki z tym obserwujemy teraz we wszelakich placówkach oświatowych i żłobkach – ale o tym traktuje inny wpis (zapraszam). Tym bardziej pozytywnie odbieram fakt, że tak dużo jest teraz programów, artykułów i innych źródeł informacji o tym, co dla przeciętnego Iksińskiego jest istotne w jego sposobie odżywiania.

Ale jest coś, co mnie martwi i to bardzo. Zaczynamy mieć na pęczki ekspertów do spraw dietetyki, a co drugi nie wie, czym tak naprawdę jest dieta (przypominam, za słownikiem PWN: „system odżywiania się polegający na dostosowaniu ilości i rodzaju pokarmu do potrzeb organizmu; też: w ogóle sposób odżywiania się” , a więc nie jest to ograniczenie jedzenia związane z procesem odchudzania, jak się upierają niektórzy). Swoją wiedzę opierają na artykułach na blogach i stronach parentingowo – lifestyle’owych wyłączając po drodze logiczne myślenie i własny rozum (bo łatwiej iść za wskazówkami niż myśleć samodzielnie).

Oby tylko cały ten boom nie odbił się czkawką. Wiadomo przecież, że z niczym nie należy przesadzać (błonnik taki – z założenia dobrodziejstwo natury, cud nad cuda!Ale należy pamiętać, że pewne składniki błonnika mogą ograniczać wchłanianie np. cynku albo wapnia), i jeśli raz na przysłowiowy ruski rok zjesz jedna mądrala z drugą czekoladę, to naprawdę nie umrzesz od nadmiaru cukru (możesz od czegoś innego ewentualnie).

 

Nie szpikuję Gagatka cukrem ani solą. Nie napycham konserwantami. Czytam etykiety. Ale nie boli mnie, kiedy w sklepie poprosi o croissanta z czekoladą, sok z misiem czy lizaka – dlatego, że we wszystkim należy zachować umiar i kierować się zdrowym rozsądkiem.

 

Gagatkowy inwentarz się powiększył!

Zgodnie z obietnicami na profilu na FB, wpis o nowym członku Gagatkowej rodziny 🙂

Któregoś mglistego, listopadowego dnia Gagatkowa wraz z TG udała się na zakupy. Wszedłszy do jednego z przybytków rozpusty w celu nabycia pięknego i ciepłego okrycia podpłaszczowego, oczom jej ukazał się koszyk wiklinowy stojący przy ladzie. Gagatkowa nie spodziewała się znaleźć tam obiektu poszukiwań, więc zanurzyła się w las wieszaków. Jednakowoż czas, jaki TG spędził na odnalezieniu sobie potrzebnych dobytków upłynął szybciej, tak więc jemu przyszło ujrzeć po raz pierwszy zawartość wspomnianego wcześniej koszyka. W tym to, niepozornym i całkiem niereprezentacyjnym przedmiocie, znajdował się kocyk. Kocyk, jak to kocyk. Miękki, uroczy, w pastelowe kolory. Ale to, co znajdowało się NA kocyku, było najsłodszą pięknością, jaką zielone oczy Gagatkowej widziały w ostatnim czasie. Puchata, szaropręgowana kulka i wielkie, niebieskie oczy. W puchatym pyszczku przebijała persowatość poprzednich pokoleń. Miód na oczy! Gagatkowa potrzeba posiadania okrycia odeszła w niepamięć z pierwszym „miiiiaaaoooo…”!

Abi jest piękny/a (?). Bazyl przejął rolę straszego brata – czasem poliże, czasem użre. Jest wesoło, warto było 🙂 Zdjęć tego kociego cudu szukajcie w galerii 🙂

Reasumując – Gagatkowa poszła po sweter, wróciła z kotem!

Warto się kłócić!

On wstaje pierwszy, daje Jej buziaka w policzek. Najlepiej szybki seks rano, ale wiadomo, nie zawsze jest na to czas. On idzie pod prysznic, Ona robi mu szybkie śniadanie. Jedzą razem, śmieją się, po czym wychodzą do pracy. Wieczorem wracają, kolacja, śmiechy, rozmowa. Codzienność.

Utarło się przekonanie, że w dobrym związku ludzie nie powinni się kłócić. Powinni się wspierać, głaskać, uśmiechać do siebie i klepać po ramieniu. Jeśli coś jest nie tak – powinni wychodzić na kolację, obgadać wszystko przy winie na neutralnym gruncie i wrócić na godzenie się połączone z łóżkową akrobatyką.

A ja wzywam Was, drodzy moi Czytelnicy – kłóćmy się! Kłótnie są dobre, potrzebne do właściwej, zdrowej relacji. Pomagają oczyścić atmosferę jak dobry, zdrowy, zimny prysznic. Po co się kisić w zakwasie niedomówień i niejasności, to zdecydowanie bardziej psuje związek niż kłótnia. Wiadomo, nikt nie lubi, kiedy się na niego krzyczy lub kiedy nad głową fruwają ulubione niebieskie talerze.I tu Gagatkową naszły pewne przemyślenia związane z dobrą, konstruktywną kłótnią.

  • Komunikat JA, nie TY

Skupiając się na sobie i swoich odczuciach związanych z tematem kłótni nie zaogniamy sytuacji. Mówiąc „jestem wkurzona, bo nie zrobiłeś tego, o co prosiłam” brzmi lepiej niż „znowu zawaliłeś, a liczyłam na ciebie”. Dlaczego partner ma czuć się oczerniany i lekceważony – to dodatkowy powód do zaogniania konfliktu.

  • Zawsze/nigdy

To bardzo mocne słowa, słowa zakazane w kłótni. W partnerze automatycznie włączają tryb „obrona”, a każdy zaatakowany zwierz broni się agresją. Przecież NIE ZAWSZE się spóźnia i NIE NIGDY nie sprząta po sobie. Warto skupić się na obecnej sytuacji, uogólnienie nigdy nie jest dobre.

  • Jeden temat na raz

Kiedyś gdzieś przeczytałam, że kłótnia jest jak koncert rockowy – najpierw nowości, potem ulubione kawałki, a na końcu stare, dobre szlagiery. Wracając do tego, co było wcześniej, można kłócić się w nieskończoność. Warto przerobić dany problem od początku do końca tak, żeby nie trzeba było już do niego wracać. Tematy – bumerangi są najbardziej trujące dla bycia razem.

  • Chwalić osobę, krytykować zachowanie

Zasada ta sprawdza się nie tylko w kłótni, ale we wszystkich aspektach życia. Przecież partner nie jest zły, tylko niewłaściwie się zachował – nie jest nieodpowiedzialny, tylko zachował się nieodpowiedzialnie. Ocenianie i krytykowanie nigdy nie przynosi nic dobrego. A przecież kłócimy się po to, żeby rozwiązać problem, a nie wzajemnie się obrażać.

Kłótnie są potrzebne. Ale mądre kłótnie są cholernie trudne – bez przeciągania liny, odbijania piłeczki, odwracania kota ogonem. Rzeczowe i konkretne. Ale warto się nauczyć tej trudnej sztuki kłócenia się i rozwiązywania konfliktów, żeby po takim odkwaszeniu w związku nie został niesmak i poczucie przysłowiowego „kapcia w mordzie”.

Przyjdzie jesień – mówili… Będzie fajnie – mówili…

Jakże piękna jest nasza polska jesień! Wkoło przyjemnie szeleszczące liście, mieniące się złotem i czerwienią, wywijąjące skoczną polkę na wietrze; cudownie błyszczące kasztany rozłożone na półmiskach wokół wspaniale pachnących świeczek; ludziki stojące na półce zrobione z żołędzi przez małe dziecięce rączęta; aromat suszonych grzybów wypełniający cały dom, ciepły koc, ciepły kot, ciepła czekolada… Ach! Jakże cudowny czas!

Nie dla Gagatkowej matki. Gagatkowa matka cierpi.

Nie ma co się śmiać. Jeszcze nie teraz. Dopiero kiedy przyszłoby Wam ujrzeć ten obraz nędzy i rozpaczy, który swoją osobą reprezentuje w obecnym czasie Gagatkowa, mielibyście prawdziwy powód do dzikiego i niepohamowanego rechotu.

Na pierwszy plan wysuwa się nos. Jest to swego rodzaju ewenement i jedyny pozytyw zaistniałej sytuacji, gdyż przeważnie pierwszy do pokoju wchodzi Gagatkowej brzuch. Ale wracając do nosa. Cytując pewnego bałwana (nie, nie jest to epitet) „taki kartofelek, ale dobrze, że nie kalafior”. Chociaż do bakłażana już ma niedaleko.
Patrząc dalej wcale nie jest lepiej. Gagatkowej oczy wyglądają, jakby przyrządzała zupę cebulową dla wszystkich przedszkoli w promieniu przynajmniej 10 km.
Gagatkowej imidżu nie powstydziłby się żaden Pajacykóff czy inne zjawisko, które niby zna się na modzie – cytując klasyka – „łączymy style, mieszamy gatunki jak na imprezie trunki”. Bamboszki do leginsów są cool, zwłaszcza te w misie.Całości dopełnia fryzura. Misternie układana, utrzymana w konwencji „weź upchaj stóg siana w jedną gumkę do włosów”.

Jednym słowem – Gagatkową matkę dopadły uroki jesieni i wokół siebie rozsiewa pierdyliardy kichnięciowych zarazków, którym Gagatkowa szczerze zazdrości odporności (na wszystkie medykamenty) i woli życia.

Wiem, że wchodzicie, czytacie. Będzie mi bardzo miło, jeśli zostawicie po sobie kilka słów dla mnie, podziałają lepiej niż trzytysięczna herbata z cytryną 😉

Zasmarkane buziaki dla Was!

Zdrowe żywienie przedszkolaka, czyli jak zagłaskać psa na śmierć.

Gagatkowa nie jest skąpiradłem. Można by rzec nawet, że jest raczej typem kobiety, która gospodarzy się trzema wypłatami do przodu. Ale jak widzę, że moje pieniądze przeznaczone na wyżywienie w gagatkowym przedszkolu idzie w piach (a właściwie w kosz razem z niezjedzonym obiadem mojego dziecka), to mnie febra dopada. I to nawet nie chodzi o talenty kulinarne pań kucharek, których nie znam, ale o cudne rozporządzenia naszego kochanego rządu.

  • Zero soli.

Bardzo zacny pomysł, tak na pierwszy rzut oka. Tylko, że a) spróbujcie coś zjeść nie doprawiając tego niczym (bo nie wierzę, że stosują zioła do doprawiania), b) sól zawiera jod, który jest jednym z najważniejszych pierwiastków. A nie wierzę, że ryba, którą dzieci jedzą (raz w tygodniu!) jest dorszem lub śledziem.

Zapotrzebowanie na jod u dzieci od 4 do 6 roku życia wynosi 90 mikrogramów. (…) Aż ponad 80 proc. dzieci wydala z moczem przez dobę znacznie poniżej normy tego pierwiastka. (…)  Niestety w większości regionów Polski występują zbyt małe ilości jodu w glebie, co pociąga za sobą małą zawartość jodu w żywności i wodzie. W tej sytuacji najlepszym sposobem na uzupełnienie jodu w organizmie jest spożywanie ryb morskich i owoców morza. *

  • ciemne makarony i ciemne pieczywo

Bardzo super. Serio, chwalebne. Ciekawe tylko, czy taka pani/pan wydająca/y owe rozporządzenie zna różnicę między rodzajami ciemnego pieczywa i jak rozpoznać dobrej jakości razowiec czy graham, czy wie, ile w czym błonnika i jak nie zapchać na amen małego brzuszka.

  • brak słodyczy

Spoko, pochwalam. Żadne wafelki, batoniki, oranżadki nie są szczególnie potrzebne, ale już np. ciasto własnoręcznie upieczone przez przedszkolakową matkę raz w roku na urodziny chyba nie jest zbrodnią. Ha! Właśnie, że jest. Nie wolno. Niech dzieci chrupią marchew na okrągło, a potem chodzą pomarańczowe z bolącymi brzuchami.

Mam nadzieję, że Wy, moi drodzy czytelnicy, wyłapaliście sarkazm w niektórych częściach wpisu i nie zjecie mnie w komentarzach. Jestem tłusta i będziecie mieć zgagę 😛

* Udostępnione dzięki uprzejmości administratorów witryny https://hipokrates2012.wordpress.com

Bać się śmier­ci jest tym sa­mym, co mieć się za mądre­go nim nie będąc.*

-Wiesz… W każdym człowieku jest takie maleńkie światełko, które zapala się, kiedy jest się malutkim, jeszcze w brzuchu u mamy. Potem człowiek się rodzi, rośnie, dorasta, starzeje się i umiera. Tak, jak kwiat, który sadzisz na wiosnę z nasionka, a jesienią więdnie i nikt nic na to nie poradzi. Ale kwiaty nie mają tego światełka, nie są takie ważne, po prostu są. Kiedy człowiek umiera, światełko zostaje, dlatego żaden człowiek nie umrze tak całkowicie, na zawsze – zostają po nim wspomnienia, pamięć i wszystko, co z nim związane. To ważne, bo to tak, jakby ktoś, kto umarł, był z Tobą cały czas, tylko go nie widać. Rozumiesz?
-Tak mamo.
-I kiedy stawiamy lampki na grobach pokazujemy, że pamiętamy o światełku, które zostało, chociaż ciała już nie ma.

Byłam już duża, całkiem nawet, w liceum. Nie bałam się, że Ona umrze, nie można bać się czegoś, co się wie. To nieprawda, że śmierć zawsze jest zaskoczeniem. Czasem zdążysz się do niej przygotować. Warto się z nią oswoić, poznać i rozłożyć na czynniki pierwsze, dokładnie przepracować. Oczywiście, czasem nie ma czasu, a czasem się ją wypiera, np. jeśli chodzi o dziecko, takie maleńkie, wcześniaka. Nie chce się śmierci, odsuwa się ją, kradnie się dni i zaciąga kredyt na życie. Ale ja piszę o czymś innym – choroba, dla której czas jest w tym momencie pojęciem względnym, dla jednych długa, dla innych krótka. Bolesna. Bez szans.

Staje się przed skrzyżowaniem. Można myśleć o śmierci jak o złym tworze istnienia, który zabiera nam tych, na których zależy nam tak strasznie bardzo. Można myśleć o niej jak o najgorszym doświadczeniu w życiu tych, którzy zostali. Ale można śmierć traktować inaczej. Może być punktem na drodze życia. Trudnym, ale jedynie punktem. Przecież coś było przed i coś będzie po. Każdą z osób, którzy od nas odchodzi pozostawia po sobie dobre wspomnienia, każda zmieniła nasze życie w mniejszym lub większym stopniu i zostanie z nami za zawsze. Nie tylko na zdjęciach. Czasem kojarzymy zapachy, czasem programy w telewizji. I możemy wtedy albo spochmurnieć i zasmucić się, że tej osoby z nami już nie ma, albo uśmiechnąć się na wspomnienie wspólnie spędzonego czasu. Ja się uśmiecham.

*Sokrates