Halloween, Halloween, bój się śmierci albo zgiń (spal się w ogniu piekielnym za danie dziecku cukierka)!

Halloween ma zwolenników i przeciwników. Zwolennicy – wiadomo. Święto kolorowe, radosne. Dzieci mają frajdę, kiedy mogą poprzebierać się za duchy, kościotrupy czy inne zombiaki, rodzice mają frajdę, bo ich dzieci szczęśliwie biegają po osiedlu zbierając cukierki, a dynia, którą dziecko własnoręcznie pół dnia drążyło z tatą i przerabiało na najpiękniejszy lampion na świecie, zdobi schody przed wejściem. Po powrocie z zabawy można zjeść pyszne ciasto dyniowe i po całej nocy szaleństw móc wspominać swoje przygody.

Przeciwników pewnie więcej, zapewne z jednego, podstawowego powodu – niewiedzy (mam szczerą nadzieję, że nie z ignorancji) – noc z 31 października na 1 listopada jest ważnym momentem w kulcie satanistycznym i utożsamiają jedną okoliczność z drugą, a to duży błąd, ponieważ korzenie Halloween sięgają znacznie dalej. Uważają również, że obchody tego święta są zagrożeniem dla duchowości, a tymczasem przebieranie się i zakładanie masek wywodzi się już z obrządku Celtów i ma odstraszać złe duchy. Argument, że święto trąci komercją chyba jest już przereklamowany, zważywszy na obecność Walentynek, które weszły do porządku kalendarzowego na amen.

A ja myślę, że Halloween to nic złego. Dzieci oswajają się z tematem umierania, a zabawy nie są przecież objawem braku szacunku do zmarłych – jedni stawiają na grobie lampion najdroższy w sklepie, a inni wydrążoną dynię na schodach, zamysł jest podobny. Prawda jest taka, że osobnik, który uważa się za katolika i potępia to święto jest w istocie jehowcem, który restrykcyjnie i dosłownie bierze wszystko, co jest w świętych księgach – w Biblii nie ma nic o stawianiu świeczek na grobach, to zwyczaj taki sam, jak dynie czy przebieranki. Dlaczego w Andrzejki wszyscy mogą wróżyć sobie do upadłego, a w Halloween już nie? Poza tym – w naszej kulturze funkcjonuje przekonanie, że śmierć jest najsmutniejszą częścią życia, najbardziej przygnębiającą i nie ma w niej nic, co mogłoby powodować uśmiech, co więcej – uśmiech w temacie umierania jest niestosowny, żeby nie powiedzieć zakazany. W kolejnym wpisie pokażę Wam, że nie zawsze tak jest.

Tymczasem zostawiam Was w klimacie pumpkin pie, Jack-o’-lantern i przesłaniem: żyjąc zajmijcie się życiem, a umierając umieraniem. Szkoda życia.

Reklamy

Małe zoo Gagatkowej.

W celu opanowania nadpobudliwości Gagatka wywołanej przesadną ilością czasu wolnego od bardzo poważnych przedszkolnych obowiązków czterolatka, matka uruchomiła przybytek rozpusty zwany popularnie jutubem i odnalazłszy tam adekwatną do wieku animowaną historyjkę, pacnęła miękko na poduchy obok dzięcięcia.

Na monitorze ukazała się mała dziewczynka zjeżdżająca po żyrafiej szyi jak po zjeżdżalni. Gagatkowej wyrwało się: „Łiiiii!!!”, co poskutkowało grzecznym wyproszeniem tejże do kuchni przez Gagatka, który użył argumentu nie do przeskoczenia: „Mamo, przeszkadzasz mi oglądać.” Z pokoju dobiegł tytuł bajki: „Małe zoo Lucy”. Gagatkowa rozejrzała się dookoła i dostrzegła wiele powiązań i analogii.

 

W kuchni, tuż obok pieczołowicie wycmokanego do białości sprzętu agd stoi klatka. TakaOLYMPUS DIGITAL CAMERA zwykła, była niegdyś własnością chomika Alberta, którego to Gagatkowa nabyła będąc na studiach. Obecnie zamieszkuje w niej stworzenie zgoła mniejsze i budzące mieszane uczucia wśród gości. Myszoskoczek, bo o nim mowa, był pierwszym zwierzęciem, jakie zamieszkało w gagatkowym mieszkaniu.Hrabia Antoni jest już wiekowym zwierzęciem, ale ciągle pociesznym i pełnym energii, którą manifestuje biegając w skrzypiącym kołowrotku (metalowym, gdyż plastikowe były permanentnie zjadane).

 
img_4648W kącie stoją dwie małe plastikowe miseczki, będące własnością rudego indywidualisty o imieniu Bazyl. Powinien nazywać się Garfield, ale kto wiedział, że będzie aż tak wielki… Jest niebywale cwanym łobuzem, kiedy głód zajrzy mu w oczy (a zagląda właściwie bez przerwy), chodzi za Gagatkową i woła „mama” – co właściwie brzmi jak „ma-o-ma”, ale i tak jest urocze^^

 
Zagęszczenie zwierząt jest dość wysokie, gdyż oprócz wyżej wymienionych jest jeszcze img_4317papuga, która prowadzi zażarte dyskusje z kotem od samego rana (a że na zegarku jeszcze się nie zna, są dni, kiedy dyskutują od 4 rano…), jest żółw Rodriquez, przygarnięty z dobrodziejstwem inwentarza, który obecnie znajduje się u gagatkowego wujka, gdyż gad urósł i wygląda jak mały czołg no i do niedawna była również złota rybka, która z upodobaniem wyskakiwała ze swojego akwarium i mieszkała w kałuży pod kanapą.

 

I kiedy tak Gagatkowa patrzyła na ten cały swój inwentarz, w kuchni zjawił się pierworodny i stwierdził, że chce jaszczurkę. I psa. I super by było mieć jeszcze coś, bo on chce pracować w zoo i opiekować się zwierzętami. Właśnie dlatego warto spędzić dwa dni na samym czyszczeniu tych wszystkich klatek, akwariów i kuwet.

No i oczywiście nie mamy pojęcia, czym jest alergia.

Już niebawem zdjęcia tych naszych małych domowników, szukajcie w galerii 🙂
Pozdrawiam Was cieplutko!

PS. Warto w tym miejscu nadmienić, iż szczęśliwie powstał aneks do wpisu. Aneks nosi tytuł „Gagatkowy inwentarz się powiększył!” 🙂

Myśliwy z żelaznym żołądkiem i bardzo twardą d…ubeltówką.

Gagatkowa przelotem podczas pisania twórczego tekstu o hierarchii potrzeb pana Masłowa usłyszała, że grupa krwi może determinować charakter człowieka. A że lubi takie smaczki, od razu zainteresowanie tematem podskoczyło niczym słupki w wyborach u pewnego pana z kotem. To, co wyczytała, jest wręcz niebywałe, jak bardzo można być fajnym, a jeszcze bardziej niesamowite jest to, że sporo z tego to prawda! (:P)

Miła pani zaczęła od tego, że ludzie grupy krwi 0 to myśliwi. I to prawda jest najprawdziwsza, co prawda na wyprzedaży w sieciówce Gagatkowa miała parasol, nie strzelbę, polowała na płaszczyk, a nie niedźwiedzia i miała puchatą czapę a nie kapelusz z piórkiem, ale emocje były przednie. I chociaż polowanie zakończyło się dla Gagatkowej inaczej niż było w zamiarze, czeka na wiadomości od Polskiego Związku Łowieckiego z gratulacjami.

Kolejną kwestią zasłyszaną przez Gagatkową jest fakt, że osoby z grupą krwi 0 mają bardzo odporny układ pokarmowy. Informacja ta niezwykle ucieszyła Gagatkową, gdyż okazało się, że we wnętrznościach Gagatkowej nie żyją obcy z różnymi upodobaniami kulinarnymi, czym od lat tłumaczyła sobie swoją naturalną skłonność do zagryzania ogórków kiszonych sernikiem i marcepanem z keczupem. Informacja powinna zostać potwierdzona, ale chyba lepiej dla Gagatkowej dmuchać na zimne.

Podobno również szczęśliwi posiadacze grupy krwi 0 cechują się skłonnościami do działania spontanicznego, bez namysłu, niczym pies mojego sąsiada, którego to psa nie widać, ale słychać niczym przez megafon wielkości średniego helikoptera i który to pies rzuca się na nawet największe bydlęta, które omijają go jak mrówkę. I tutaj również można dopatrzeć się analogii do zachowania Gagatkowej, która czasem zamyka oczy i leci do przodu, a żyje jedynie dzięki TG, który w ostatniej chwili rzuca spadochron albo chociaż jaśka pod tyłek.

Takie to przemyślenia naszły Gagatkową podczas pisania pracy na systemy pedagogiczne – a mówią, że szkoła nie uczy! Tylko Gagatkowa matka teraz trochę boi się słuchać innych artykułów, bo sama nie wie, czego jeszcze może się nauczyć…

Zostawiam Was z kubkiem gorrrącej czekolady i nie dajcie się jesieni zdepresjonować!

U Gagatkowej total twister!

U Gagatkowej przestój w interesie – tzn. na blogu jedynie, bo w życiu wszystko pędzi jak Pendolino na ceemce. Wszystko stanęło na głowie i znając Gagatkową, nieprędko się znormalizuje, jak karuzela to karuzela! Gorzej, że karuzelę Gagatkowa bardzo źle znosi – a jeszcze gorzej jej towarzysze, zwłaszcza ci z przodu.

Jeśli ktokolwiek z Was kiedykolwiek pomyślał, że studia eksternistyczne w trybie e-learningowym to pesteczka w truskaweczce, niech się purpurą okryje, bo jakże bardzo pobłądził! Obecność na platformie obowiązkowa codziennie, co jeszcze jest do przeżycia, bo przecież doba ma aż 24 godz, zawsze można ukraść godzinkę tu, godzinkę tam i da się radę napisać kolejny tekst na temat barier komunikacyjnych, platońskiej „idei krowy” albo funkcjonowaniu w internecie, w końcu dla Gagatkowej to nic nowego), ewentualnie spać między robieniem obiadu a biegiem po Gagatka do przedszkola, wtedy nawet noc można wygospodarować! Ach, jakże wtedy wszystko łatwe! Gorzej, jeśli tak jak teraz Gagatek zasmarkany po domu biega i domaga się bezustannej uwagi w związku z nowym przyjacielem Budzikiem z kociego rodzaju (ci, co się znają, to wiedzą :D), a te momenty, kiedy nie ma gorączki są naprawdę bezcenne, nawet spokojnie herbatę można zrobić przelotem w drodze do łazienki.

Jeszcze gdyby TG był na miejscu, byłoby prościej. A tak, kurde, jest gdzieśtam, w czasoprzestrzeni, wpada na dwa dni w tygodniu i żadnemu z naszej trójki nie po drodze do komputera wtedy jest, bo okazuje się, że herbata wtedy smakuje najlepiej, a puzzle są najlepszą zabawą pod słońcem.

Jeśli chodziłabym jeszcze regularnie do pracy na 8/12 godz dziennie, byłoby to nie do ogarnięcia. Przedmiotów niby niewiele – przynajmniej tak wynika z rozkładu roku, ale jak mawiała moja babcia – na oko to chłop w szpitalu umarł. Okazuje się, że każdy przedmiot ma moduły, każdy moduł tematy, każdy temat pierdyliard prac do napisania. Ale ogarniam, powoli ogarniam.

I w związku z tym totalnym twisterem chwilowy zastój na blogu nastał, ale obiecuję poprawę – tak się cieszę, że tu zaglądacie!

Zostawiam Wam dużo ciepłych chuchów w zimne łapki!

Zawał w przedszkolu.

Gagatkowa matka miała dzisiaj zawał. No, może nie taki całkiem, ale serce stanęło na dobre 3 sekundy. A wszystko zaczęło się od otwartej bramy przedszkolnej.

Ów brama zwykle jest zamknięta, ze względu na bezpieczeństwo, a tu, kiedy Gagatkowa zjawiła się odziana w kurtkę z niedźwiedzia ocieploną dodatkowo izolacją z liści dębowych fruwających dookoła okazała się być otwarta na oścież. W progu minęłam się z ratownikiem medycznym wynoszącym bladego malucha na rękach. Z szybkością międzygalaktycznej komety wparowałam do sali, gdzie nieświadomy niczego Gagatek składał drewniane patyczki w najlepsze i był bardzo niezadowolony, że ktokolwiek ośmiela się mu przeszkadzać.

Epidemia jelitówki w przedszkolu to prawdziwa apokalipsa. Dzieciaki zarażają się jedne od drugiego z prędkością szybszą od błyskawicy. Przerabialiśmy ją całkiem niedawno i śmiem twierdzić, że dla dzieci to jedna z najtrudniejszych przypadłości – my, dorośli, potrafimy sobie z tym poradzić, ale dzieci nie rozumieją, co się z nimi dzieje, kiedy jedzenie nagle zaczyna wypadać z buzi, a potem jest tak dziwnie…

Kiedy Gagatek leżał z gorączką z miską pod łóżkiem, ja szukałam informacji jak pomóc mu przez to przejść. Przygotowałam dla was krótką ściągę.

  • Płyny podawaj często, ale w małej ilości.

Wiadomo, przy wymiotach i towarzyszącej im biegunce dziecko bardzo łatwo może się odwodnić. Dlatego często podawajmy dziecku do picia zwykłą, przegotowaną wodę lub słabą czarną herbatę, ale pamiętajmy, że duża ilość płynu na raz również może spowodować wymioty. Najlepiej, niech to będą 3 – 4 łyżki, nie więcej. Należy również pamiętać, że nie wolno podawać do picia mleka.

  • Nie zmuszaj dziecka do jedzenia.

Niby jest to oczywiste, ale serce się kraje, kiedy dziecko chudnie w oczach. Pamiętaj, że choroba kiedyś się skończy, wtedy pomożesz mu wrócić do formy, ale w tym trudnym czasie podtykaniem jedzenia możesz tylko zaszkodzić jemu i sobie.

  • Zacznij karmienie od pokarmów płynnych.

Na początek najlepszy jest rzadki kisiel. Jeśli nic złego się nie dzieje, można spróbować z rozgotowanym, zblendowanym ryżem i roztartą marchewką, delikatnie osolonym. Świetnie sprawdza się też kasza manna z rozpuszczoną czekoladą. Małymi porcjami. Unikaj podawania chleba, błonnik może dodatkowo podrażnić układ pokarmowy. Nie zrażaj się, jeśli dziecko nie będzie chciało jeść – przez pewien czas zwyczajnie będzie się bało kolejnych wymiotów. Próbuj co jakiś czas, bądź cierpliwa.

Jeśli po 2 – 3 dniach choroba nie zacznie ustępować, nie wahaj się odwiedzić lekarza. Może skuteczniej będzie podać dziecku kroplówkę i szybciej pomóc mu przez to przejść. Dla niego to trudniejsze niż dla Ciebie.

Trudne pytania part 1.

Generalnie Gagatkowa nie ma problemów z wysławianiem się, zasób słów jest dość rozbudowany, ale są momenty, w których jest w stanie wydać z siebie jedynie krótkie, nieartykułowalne dźwięki, coś pomiędzy „yyy…” a”ooo…”. I jedna z takich sytuacji nastała i to bez wcześniejszego ostrzeżenia.

Dzień jak co dzień, Bazyl na grzejniku ma całą tę jesień głęboko w ogonie, gorąca czekolada pachnie w całym domu. Gagatek ogląda bajkę, jest sielsko, anielsko, a wołanie „maaamoooo…” nie zapowiada nadciągającej katastrofy. Gagatkowa przybyła z herbatnikami i zasiadła w celu odmóżdżania się przy pomocy skaczących Gumisiów (Gumisie są ekstra!), a tu pada pytanie:

– Mamo, skąd się biorą dzieci?

Gagatkowa zbladła. Zimne poty wystąpiły na białe jak papier lico. Rzut oka na prawo – nic. Na lewo – kot zakrył pyszczek łapą, nawet on zwątpił; znikąd ratunku! Dziecię uśmiecha się szeroko i oczekuje odpowiedzi, bo on nie z tych, co odpuszczają.

– Zaraz Ci opowiem, pójdę zrobić sobie kawę, ok?

Dziecię przytaknęło z uśmiechem, a Gagatkowa przez krótką chwilę zastanawiała się, czy kawa może być z wkładką. W końcu kawa była jedynie z mlekiem.

– Bo widzisz. Żeby było dziecko, musi być mama i tata. W każdym z nich powstaje takie małe jajeczko, u mnie tu w brzuchu, u taty w woreczkach pod siusiakiem. I kiedy te dwie kuleczki się połączą, tworzy się jedna duża kuleczka, która trafia do mamy brzucha. Kuleczka rośnie, rośnie i z niej powstaje…

– Dziecko!

– Właśnie! Taki mały M.! Dziecko rośnie u mamy w brzuchu, rośnie, brzuch się robi coraz większy, aż w końcu mama jedzie do lekarza i on pomaga mu przyjść na świat. Potem mama bierze maluszka na ręce i bardzo mocno przytula, o taaaak!

– Dobra, mamo, puść i zrób mi kanapkę.

Przeżyłam. W nagrodę zjem czekoladę. Albo dwie. Ewentualnie siedem. Mój mózg potrzebuje uzupełnić poziom energii.

Nie przeszkadzajmy dziecku się rozwijać!

Każdy rodzic chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Chce pomagać mu w rozwoju, być pierwszym, najważniejszym nauczycielem. Tylko co wtedy, kiedy nauczyciel zmienia się w nadgorliwca?

Nadopiekuńczy rodzice dzielą się na dwie grupy – tacy, którzy chcą pokazać swojemu dziecku wszystko od razu, jak najwięcej i możliwie najdokładniej i tacy, którzy z różnych powodów wyręczają swoje dziecko w przeróżnych zadaniach.

Bierz JUŻ, chociaż nie chcesz

Pierwsza grupa to ci przesadnie mądrzy rodzice, którzy uważają, że ich dziecko powinno JUŻ czytać, a na pewno JUŻ znać litery, przecież ma JUŻ 3 lata, jak to jest, że sąsiada dziecko jeździ rowerem na dwóch kółkach, a moje ciągle na czterech, muszę JUŻ go uczyć. Dziecko nie ma takiego poczucia czasu jak my, ono nie wie, że na jakąś czynność ma określoną jego ilość – robi to tak długo (albo tak krótko), dopóki uważa to za interesujące. Ten typ postawy jest poniekąd uwarunkowany sposobem funkcjonowania, trybem życia, jakim ten typ rodzica prowadzi. Ciągle szybciej, ciągle za mało, ciągle bardziej. A tymczasem dziecko potrzebuje upaprać się po uszy w świeżej koszulce (Gagatek robił zupę z węgla w kryształowej salaterce…), zadumać nad martwą myszą minutę dłużej czy czesać lalkom odstające włosy krócej, niż trwa ulubiony serial mamy. Czasem warto popuścić dzieciom musztry.

Daj JESZCZE, chociaż nie chcesz

Drugi typ rodzica to rodzic z potrzebą ciągłego bycia potrzebnym, rodzic „JESZCZE”. JESZCZE ma czas, „JESZCZE się w życiu nachodzi”. I kiedy to biedne dziecko usiłuje samo wziąć łyżkę lub ubrać kurtkę, słyszy: „daj, mamusia pokarmi”, „daj, tatuś zapnie” – bo szybciej, bo lepiej, bo dokładniej. Okazuje się, że marudzenie popłaca, bo faktycznie kiedy tata zapnie tą kurtkę, wyjdzie szybciej na dwór, szybciej będzie wolne. A dziecko nie ma czasu! Byle do przodu, czas ucieka, a tyle jeszcze do zbadania, do odkrycia! Zawsze wybiera najkrótszą ścieżkę. Zadaniem rodziców nie jest zmiana nastawienia dziecka do ścieżki, ale poprawa jakości tej ścieżki. To tak, jakby nasze dziecko szło po drodze usłanej dziurami (ot, takiej typowo polskiej drodze). Nie zmieniajmy ścieżki, ale zasypmy co drugą dziurę, żeby – kiedy już wpadnie – mogło samodzielnie wyjść.

Dobrze jest być gdzieś pomiędzy. Czasem to cholernie trudne, kiedy spieszysz się na ważne spotkanie, a tu dziecko znalazło urodzą zieloną gąsieniczkę i żąda wyjaśnienia tu i teraz całego procesu przeobrażania na podstawie tejże gąsieniczki. Ale nie dajmy się zwariować – my, dorośli sobie poradzimy. Lepiej przyjść minutę później, niż odmawiając wyjaśnień uspokajać płaczącego malca przez pół godziny.

Maraton z obiektywem.

W dzień ten piękny październikowy (aczkolwiek niezdecydowany jak sama Gagatkowa – rano szron i pizgawica, potem +20parę) wybrała się matka razem z TG i ich wspólnym kolegą do pobliskiego miasteczka. Ale nie tak bez celu całkiem, jak to ma w zwyczaju, o nie! Odbywał się tam VIII Maraton „Lubsko Biega”, z którego oto wspomniane wcześniej persony robiły relację foto – video. Gagatek był w tym czasie u dziadków, więc można było oddać się całkowicie realizowaniu zamierzonego celu, którym było pokazanie tłumu zziajanych i spoconych, ale szczęśliwych uczestników.

Wpasowała się więc Gagatkowa w krzaczki i pstrykała, pstrykała, pstrykała… A uczestnicy biegali, biegali, biegali…Niektórzy podskakiwali, inni machali, jeszcze inni z wielkim bananem na twarzy unosili kciuki w górę, co skłoniło Gagatkową do pewnego przemyślenia.

Bieganie nie zabija. Może dla was to takie oczywiste. Ja raz próbowałam i do dzisiaj miałam wątpliwości.

Gagatkowa podczas eventu odkryła w sobie również niewiarygodne pokłady empatii. Zmęczyłam się niesamowicie.

Postudniówkowe przemyślenia Gagatkowej.

Znalazłam swój stary tekst pisany dawno temu, przed wiekami, kiedy WG był jeszcze młody i piękny, a postudniówkowe klimaty udzieliły się wszystkim 🙂

Wrócił. Obraz jego cisnął na usta jedno, niezwykle popularne słowo. Przekrzywiona mucha i kilka brakujących guzików koszuli było doskonałym wstępem do tego, co jeszcze przedstawiał sobą w ten mroźny, lutowy poranek. Włosy ani trochę nie przedstawiały misternie układanej fryzury. W oryginale miała kolor blond, nic się w niej nie ruszało i nie zawierała sosnowych igieł. Spodnie, oprócz licznych plam, przebarwień i serpentyny w kolorze słonecznej żółci wokół lewej kostki, w kilku miejscach ukazywały prześwity męskiej nogi. Spojrzał na swoje buty. Skrzywił się. Zaiste nie był to przyjemny widok. To, co do niedawna było drogim, skórzanym obuwiem, przypominało przybytki wyławiane z rzek przez kiepskich wędkarzy. I to bez sznurówek. Zastanawiał się chwile, jak udało mu się wrócić nie gubiąc ich po drodze. Jego rozważania przerwało głośne czkniecie. „Aśmy wczoraj dali…”- zdążył jeszcze pomyśleć, zanim rypnął czacha w blat stołu zasypiając.

Mężczyzna nie choruje, mężczyzna walczy o życie!

„Chyba się przeziębiłem.” Gagatkową matkę zmroziło. Oczami wyobraźni już widziała te niekończące się kolejki w przychodniach wśród których stoi (ha! stoi… Chwieje się na bocianich nóżkach odzianych jedynie w bamboszki z pomponami – bo przecież nie ma czasu na wiązanie rewelacyjnych botków z super promocji, naprawdę ekstra, z 70%) z na wpół żywym, mdlejącym TG; wokół tryliardy zarazków i każdy z nich wyciąga te swoje lepkie łapki (ooo, daj mi nogę, daj mi nogę, daj mi nogę…) i tylko czeka na chwilę nieuwagi Gagatkowej. Już słyszy te prychająco – kaszląco – smarkające odgłosy dużych i małych, nie wiadomo, które gorsze. Człowiek wróci w gorszym stanie niż wyszedł. Nie, decyzja zapadła, zostajemy w domu.

Gagatek oczywiście w przedszkolu, teoretycznie bezpieczny (chociaż wszyscy wiemy, jak to z bezpieczeństwem przeciwzarazkowym w przedszkolach – tylko jedna linia frontu, licha formacja, dowódca wszystkiego nie ogarnie; kapitulacja następuje wręcz od razu), więc głowa Gagatkowej może być całkowicie pochłonięta myślami o przeżyciu TG. Wysypuje na stół zawartość domowej apteczki – i tu naszła Gagatkową refleksja.

– Boże, jacy my jesteśmy mało światowi. Tylko same jakieś przeciwbólowe proszki tudzież syropy na odporność dla Gagatka. Żadnych maści na hemoroidy (jakże to się mogło stać!), ani jednej paczuszki tabletek na biegunkę (hańba mi!), nawet na odchudzanie nic nie mam. Wokół czuję bombardowanie, presję nawet posiadania hemoroidów, gdyż jest tyle wspaniałych środków, ażeby się ich pozbyć, że czuję się winna ich nie mam.

W końcu wyrzucając teatralnie wszystko w górę znalazłam magiczne przeciwgorączkowe saszetki. Słysząc chóry anielskie i czując oblewającą mnie światłość już wiedziałam, że wygranie tej walki o życie TG mamy w kieszeni.