Życiowy surwiwal od małego, czyli pierwsza wielka rewolucja w życiu Twojego dziecka.

mother-3312105_1280

 

Wielkimi krokami zbliża się sierpień, miesiąc adaptacyjny dla wszelakich milusińskich, którzy właśnie rozpoczynają swoją długą, żmudną, okupioną krwią, łzami i potem ścieżkę edukacyjną.

Prawie 3 lata temu (o matko, matko, matko! Ale ja już długo Wam tu zaburzam czasoprzestrzeń :P) pisałam tutaj o trudnych początkach przedszkolnej drogi Waszych pociech, wtedy z perspektywy rodzica. Teraz chciałabym podrzucić Wam małe co nieco z gatunku „nie martw się, to tylko katastrofa” z punktu widzenia opiekuna – osoby, która jest po tej drugiej stronie niebieskich drzwi – magicznego portalu, w którym znika co rano Wasza pociecha. Przygotowałam 4 podstawowe punkty, które pomogą Wam, rodzicom, przez to przejść, bo wierzcie mi – dla Was to jest trudniejsze niż dla Waszego dziecka. Wybrałam trudniejszy target, bo rodziców dzieci żłobkowych. Myślę, że każdy rodzic, który pierwszy raz oddaje swoje wychuchane, najdroższe i najważniejsze maleństwo pod opiekę komuś (jednak) obcemu ma milion myśli w głowie, tysiące pytań, setki wątpliwości, dziesiątki czarnych scenariuszy i jedno marzenie: „oby nie płakało”.

1. Tak, będzie płakało.
No oczywiście, że będzie płakało. Płacz jest dla takiego malucha naturalnym odruchem obronnym. To fizjologia i chwała jej za to, typowa reakcja na nietypową sytuację. Jak inaczej ma Ci zasygnalizować, że taka ogromna zmiana w jego życiu jest mu wybitnie nie na rękę? Nie weźmie Cię na stronę i nie powie: „słuchaj… jestem tu nowy, czuję się trochę niepewnie, nie znam ludzi ani przyzwyczajeń, panują tu jakieś dziwne zwyczaje, jest cholernie głośno, wszyscy mnie dotykają, czegoś ode mnie chcą… Jak w wariatkowie jakimś.” Jasne, dzieci są różne, może wygrałeś los na loterii i Twoje nie będzie płakać całymi godzinami za Tobą. Są takie, które od pierwszego dnia cieszą się, gaworzą, odnajdują się w nowej sytuacji, są też takie, które mimo miesięcy aklimatyzacji nadal wymagają metod rodem z Burger Kinga.

Dla dzieci płacz jest czymś normalnym. Fizjologią. To my, dorośli, sobie z nim nie radzimy – ale to też fizjologia, ewolucyjna naleciałość wykształcona po to, aby przetrwać.

Jak to?

Płacz dziecka jest sygnałem, które wysyła, kiedy czuje się zagrożone lub czuje dyskomfort. Tak samo, jak inne młode sygnalizują swoim rodzicom, że coś jest nie tak. Każdy inny gatunek. Dlatego tak trudno nam znieść płacz dziecka – ewolucyjnie w nas wrosło, że rejestry dźwięków, które wtedy słyszymy, oznaczają zagrożenie, brak poczucia bezpieczeństwa – intuicyjnie biegniemy na ratunek.

Pozwólmy innym ratować.

Nie dzieje mu się krzywda, nic je nie boli. Tęskni. Nie rozumie. Bądź przygotowany na to, że przez pierwsze dni będzie nerwowe. Ale to mija. Z czasem zauważa, że w tym dziwnym miejscu też może być fajnie. Zaczyna zatrybiać, o co w tym chodzi, wpadać w rytm. I wszystko się układa, zaczyna być jak z kąpielą: najpierw ciężko zagonić do wanny, potem trudno z niej wyciągnąć.

2. Od tej pory przez jakiś czas anomalie będą normą, spodziewaj się niespodziewanego.
Cieszysz się, bo Twoje dziecko tak pięknie zasypia samo. Albo nie ma problemów z apetytem. Jesteś z niego taka dumna, samo trzyma łyżeczkę, zajmuje się sobą. A tu buch. Okazuje się, że nic nie jadło. Nie spało. To na pewno wina tych #$@$%^%$ opiekunek, olały moje dziecko, samo biedne zostało przez tyle godzin.

Tak ładnie jadło/spało, regularnie robiło kupkę (nie śmiać mi się tu ci, którzy już zapomnieli, że to jeden z podstawowych problemów rodziców dzieci do lat 3), a teraz wstaje o 3, potrafi cały dzień przeżyć na łyżce kiślu i wypróżnia się dopiero po oliwie w jogurcie.

Tak, bo ciało jest połączone z głową (szyją, ale to nieistotne teraz). Jeśli mam w swojej małej głowie milion emocji naraz, zaburzyli mi cały dotychczasowy rytm, wszystko w moim krótkim, acz burzliwym życiu stanęło na głowie i w dodatku kompletnie nie mam pojęcia co się dzieje i czemu tak – moja fizjologia się buntuje. Radzę sobie jak umiem, byle przeżyć, przetrwać, przecież będzie lepiej.

Tak samo jak Ty. Działa jak dorosły, tylko po swojemu.

A Ty w Twoim dorosłym życiu zajadasz stres (ja! ja!) czy masz ściśnięty żołądek? Śpisz po 14 godzin na dobę czy nie śpisz w ogóle?
Dzieci reagują tak samo jak my, dorośli. Czują taki sam strach i stres. I tak samo jak nasz stres i strach kiedyś mija, tak i u nich trudny moment ustępuje miejsca lepszym dniom.
3. Nie przedłużaj niepotrzebnie pożegnania.
Ja wiem, że serce Ci się rozpada na kawałki, kiedy ono tak płacze, wyciąga do Ciebie ręce, całym sobą pokazuje Ci, że nie chce tam zostać, że masz je zabrać ze sobą do spokojnego, cichego, bezpiecznego (bo dobrze mu znanego) domu.

Dziwisz się?
Ile razy w życiu Ty rozglądając się wokół myślałaś sobie: „zabierzcie mnie stąd… Banda psycholi, co ja tu właściwie robię?! Przecież ja nie chcę tu być. Ja tu nie pasuję.”.
Dziecko mówi Ci to samo, tylko po swojemu.
Wahasz się. W sumie wiesz, że nie stanie mu się tu krzywda, że będzie ok, że odbierzesz je całe i zdrowe, że być może nawet przy odrobieie obustronnej współpracy będzie najedzone i wyspane. Ale Twój instynkt samozachowawczy każe się cofnąć o dwa kroki. Strach nie jest niczym złym, to dzięki niemu ciągle (jako tako) żyjemy, ale pozwól sobie i innym na jego wyeliminowanie. Pamiętaj, że dziecko wyczuwa Twoje emocje – jeśli przedłużasz jego wejście na salę, wysyłasz mu jasny komunikat – tam nie jest bezpiecznie. Dziecko nie ma swoich strachów – przejmuje te, które my im serwujemy. Nie fundujmy dziecku życiowego surwiwalu od małego.

 

I ostatni punkt. Najważniejszy.

 

4. Oddaj swoje dziecko do żłobka dopiero wtedy, kiedy TY, RODZICU, będziesz na to gotowy,
bo TWOJE DZIECKO jest gotowe na pewno 😉

 

 

Reklamy

Mamo jesteś głupia, czyli dziecięcy sposób na focha.

kids-1894804_640

Każdy rodzic przynajmniej raz swojej rodzicielskiej karierze usłyszał że jest głupi, że dziecko go nie kocha, nie chce, że woli inną mamę/innego tatę. Wiem, że są rodzice, którzy słyszą to codziennie i są jeszcze gotowi uwierzyć, że ich 4,5,6 latkowie mają rację. Skąd to się bierze i jak się nie dać małym bąblom, kiedy słyszy się takie słowa?

To nie jest proste, kiedy słyszysz od swojego dziecka, że jesteś złą matką.  To są słowa, które uderzają w najczulsze struny i dotykają najwrażliwszej strony (przede wszystkim dlatego, że i tak podskórnie czujesz, że otoczenie Cię ocenia, może inne matki i jeszcze teraz – jak się okazuje – nawet własne dziecko).  Ja też to słyszałam, ale nie pozwoliłam, żeby w jakikolwiek sposób wpłynęła na mnie opinia 5 latka (która nawet nie jest opinią).

 

Dlaczego dzieci mówią: “mamo, jesteś głupia”?

Każde dziecko już od  niemowlęcia pobiera sobie własną strategię przetrwania. Rodzice to nazywają wymuszaniem, robieniem na złość albo inaczej, w każdym razie tak samo bzdurnie (nie istnieje coś takiego jak wymuszanie ale o tym innym razem).  Wybiera sobie tą strategię. Rośnie, obserwuje świat, zauważa korelacje między tym, co powie I jak inni reagują na te słowa. Twoja definicja słowa “głupia” zupełnie nie pokrywa się z tym, co ono chce Ci przekazać.  Dla Ciebie “głupia” to znaczy “mało inteligentna, płytka, niefajna”. A ono  mówiąc “jesteś głupia” tak naprawdę mówi “nie chcę zrobić tego, czego ode mnie oczekujesz, nie podoba mi się to”.

Jak sobie poradzić?

Trafiłam ostatnio na stronę, gdzie właścicielka bloga opisywała swoje doświadczenia w tym temacie. Oczywiście każdy ma prawo mieć swoje sposoby i metody, ale występowanie w roli eksperta w temacie, z którego się nie ma zielonego pojęcia, może przynieść jedynie krzywdę dla innych. Pani obrała strategię, którą nazwała “wychowanie przez ignorowanie”, a potem ubolewała nad tym, jak bardzo boli ją, kiedy słyszy, że jest głupia. Zamysł dobry, ale wykonanie do dupy.
Najgorsze z możliwych.

Nie powinniśmy skupiać się na tym, żeby tego nie słyszeć, bo nie o to w tym chodzi. Dziecko mówi to w konkretnej sytuacji, z konkretnego powodu i właśnie ten powód trzeba znaleźć. Walczyć z przyczyną, nie skutkiem. Z powodem takich słów, a nie z samymi słowami. Bo pomimo tego, że one są raniące (chociaż nie powinny, bo dziecko mówiąc, że jesteś głupia wcale nie uważa, że nie jesteś mądra, a mówiąc że jesteś brzydka,  wcale nie myśli, że nie jesteś ładna), należy skupić się  w tej sytuacji na  zachowaniu i emocjach dziecka, a nie na  swoich odczuciach.

Kiedy ostatni raz Twoje dziecko powiedziało Ci, że jesteś głupia? Mogę strzelać w ciemno – kiedy nie spodobała mu się Twoja reakcja na jego wybryki.

Wszyscy wiemy, że każde dziecko potrzebuje granic. Czuje się przez to bezpiecznie, rozwija się, uczy się rozwiązywać problemy, być samodzielnym. Tylko, że… kto z nas lubi, kiedy się go ogranicza…? Właśnie.

Dlatego kochani moi – olejcie te słowa i skupcie się na tym, co je wywołuje.

Prosiłaś, żeby posprzątał klocki, on tego nie zrobił, dostał od Ciebie burę i stwierdził, że jesteś głupia (to ja, to ja!)

Chciałaś, żeby ubierała się szybciej, a ona powiedziała, że Cię nienawidzi?

Każda taka sytuacja ma wspólny mianownik – dziecko musiało zrobić coś, czego kompletnie nia miało ochoty robić. I tu dochodzimy, w tym nieco przydługim wpisie, do sedna problemu. Uatrakcyjnij dziecku świat. Pokaż, że warto zrobić to, o co je prosisz. Nie każ nadmiernie, bo to buduje mur między Wami – zaczynacie działać jak wrogowie, a przecież jesteście naturalnymi sojusznikami. Nie powiem Ci – w jaki sposób, bo każde dziecko jest inne.

Ale powiem Ci sekret:

swing-2180703_640

 

dla dziecka świat to jeden wielki plac zabaw – wykorzystaj to.

 

Trzymam kciuki!

 

Pierdzące uszka w barszczu, czyli ewolucja życzeń świątecznych.

christmas-card-2999091_640

Dawno temu przed wiekami ludzie dzwonili do siebie po to, żeby złożyć sobie wzajemnie życzenia na święta. To było fajne. Można było porozmawiać dłużej, usłyszeć się może pierwszy raz od bardzo dawna. Wyjaśnić rzeczy z przeszłości, może wreszcie się pogodzić.

Później mądrzy wymyślili esemesy. Było szybciej, prościej, klepu klep w kolejce po karpia – bez niepotrzebnych pytań, niewygodnych rozmów, bez strachu, że a nuż ktoś nas zapyta o coś niewygodnego.

Potem facebook. W facebookowej erze wiadomości wysyła się na messengerze – czemu? Bo za darmo, wiadomo. Bo przy okazji siedzenia przy komputerze można było do każdego parę słów sklecić, ewentualnie „kopiuj-wklej”, szybiutko, momencik. Albo filmik wysłać, jakiś taki, ładny, od Jolki dostałam, puszczę dalej (chociaż hipokryzją level hard są dla mnie filmiki, które zaczynają się: „Chociaż nie mogę złożyć Ci życzeń osobiście…” No helou. Mogę, pewnie, że mogę, ale mi się nie chce myśleć, nie mam czasu na pierdoły, ale przyzwoitość każe coś wysłać).

Ale szczytem jest dla mnie coś, co pojawia się najczęściej. Teraz żyjemy jeszcze szybciej i rezygnujemy z jakiekolwiek interakcji międzyludzkiej. Teraz wrzucamy na swoją tablicę „Zdrowych, wesołych, spokojnych świąt”, wstawiamy choinkę, uśmiechniętą emotkę, tańczącego renifera czy pierdzące uszka w barszczu i sprawa załatwiona aż do przyszłego roku. Życzymy wszystkim, bliżej nieokreślonemu każdemu, czyli nikomu. Pytanie tylko – po co. Przecież życzenia to nie przykry obowiązek, który każdy musi odklepać przed świętami. Który musimy spełnić dla spokoju sumienia. Albo po to, żeby ktoś nam czegoś nie zarzucił, że olaliśmy, że zapomnieliśmy.

No ludzie.

X życzę zdrowia wiedząc, że ma problemy. Y życzę szczęścia, bo wiem, że potrzebuje, a Z najbardziej przydałby się spokój. Życzenia składa się ludziom, nie telefonom, nie komputerom – żywym ludziom, którzy mają jakieś problemy, jakieś marzenia, plany, którzy czegoś chcą, każdy czegoś chce w życiu.

Dlaczego składamy życzenia z automatu? Dlaczego przeważyło ctrl+c, ctrl+v? Bo nie wiemy, czego życzyć. Nie znamy naszych bliskich, nie mamy czasu (nieprawda! Nie chce nam się, bo to wymaga wysiłku) ich poznać, bo najbardziej istotne dane o nich nie wyświetlają się na facebookowej tablicy.

Smutne to bardzo, a jeszcze smutniejsze jest to, że nie idzie to w dobrą stronę.

Lego, naleśniki i sztuczna choinka w tle, czyli o tym, jak nie reagowałam, kiedy moje dziecko przeżywało koszmar.

20171220_165050

Opowiem wam o pewnej sytuacji, która miała miejsce wczoraj. Obawiam się, że inni rodzice zachowaliby się inaczej (tak, można linczować) ale to właśnie dzięki takim reakcjom mam z dzieckiem niezły kontakt (a nie, przepraszam pani profesor, kontakt można mieć codzienny albo fizyczny, a ja mam relację) Tak więc relację z dzieckiem mam niezłą.

Wydarzyło się co następuje: przychodzi mój syn pierworodny i pyta, czy może uciąć sobie kawałek choinki (dodam, że choinkę mamy sztuczną w tym roku), bo mu potrzebna do zabawy (ja smażyłam w tym czasie naleśniki). Odpowiedziałam, że nie, że to słaby pomysł, ale jak chce i poczeka, to jak skończę, wyjdę na zewnątrz, jakieś roślinki mu załatwię. Oczywiście było że nie może, że już teraz zaraz. Na co ja spokojnie mówię, że teraz to ja smażę naleśniki i jeśli poczeka, to ja bardzo chętnie mu później te roślinki przyniosę. Zdenerwował się i gruch mnie w brzuch. – To skoro tak – mówię – to niestety, ale nie przyniosę ci roślinek, coś mówiłam o biciu. W złości wchodząc do pokoju zburzył cały skrzętnie budowany przez kilka ostatnich dni Park Jurajski z Lego (był ogromny, zajmował cały stół i siedział nad nim z tydzień). Kiedy zobaczył, co sobie zrobił, wpadł w taką histerię, że brakowało tam tylko spazmów na podłodze. Ja spokojnie smażyłam naleśniki dalej (półtora metra ode mnie odbywał się koszmar mojego dziecka). Nie reagowałam, dałam mu czas, żeby się zastanowił i uspokoił. Trwało to dobre kilka minut, (aż reszta domowników się zbiegła, ale widząc, że jestem obok i nie reaguję – czyli nie dzieje się nic zagrażającego życiu i zdrowiu – taktycznie się wycofała). Po chwili podbiegł, przytulił się, powiedział: pomóż naprawić. Jasne. Ciułamy te małe klocuszki, ja się nie odzywam.

W końcu padło to, na co czekałam:

G: To twoja wina.

MG: No nie za bardzo moja, sam sobie zburzyłeś.

G: Ale ty mnie zdenerwowalas i to przez ciebie.

MG: Poprosiłam, żebyś poczekał, bo robiłam ci naleśniki. Chyba nie lubisz czekać, co? Nikt nie lubi. No ale czasami trzeba. Nie prosiłam, żebyś burzył swojego parku, sam to zrobiłeś, bo byłeś zdenerwowany. Spróbujemy go odbudować czy iść po te roślinki?

G: Odbudujmy. Nie chciałem go popsuć.

Z tej historii wynikają dwie proste rzeczy:

1. Dziecko potrzebuje przestrzeni do wyrażania emocji. Złość jest trudna do poskromienia, niektórzy dorośli mają problem z jej okiełznaniem. Pozwólmy dziecku nauczyć się sobie z nią radzić.

2. Przerzucanie winy jest najprostszym mechanizmem obronnym, a umiejętność przyznania się do winy (zresztą dokładnie tak samo jak umiejętność przegrywania) jest trudną sztuką. Znam dorosłych, którzy działają w trybie „zrobiłem/~łam tak, bo mnie sprowokowałeś”, bo nikt nie nauczył ich przyznawać się do winy.

Zaiste rodzicielstwo trudną sztuką jest. A najgorsze, że nie robią z tego kursów ani chociażby instrukcji obsługi

Bądź jak kamień, czyli Gagatkowa o wolności.

freedom-2053281_640

 

„Bądź jak kamień – stój wytrzymaj!
Kiedyś te kamienie drgną
i polecą jak lawina przez noc… przez noc… przez noc.”

 

Temat wolności jest bliski sercu Gagatkowej matki. Może wiąże się to z jej przedziwnie kocią naturą – zawsze po swojemu, najlepiej sama, o sobie decyduję ja i nikt nie będzie mi mówił, co robić (przepraszam mamo ;)). Myszy nie je, ale mleko pije hektolitrami. No i wszędzie dobrze, ale najlepiej na piecu – tam gdzie inni się gotują, Gagatkowa dopiero zdejmuje sweterek. Pazury posiada, gryźć potrafi. Słowem – nikt nie wie skąd się wzięło, ale się wzięło i jest. Podejście ezoteryczne też niektórzy mają i mieszają w to poprzednie wcielenia. Jej tam wyjaśnienie niepotrzebne. Lubi siebie i już.

Ile to razy dziennie słyszy się o tym, by dbać o wolność, by ją szanować i by jej nie nadużywać. Wszystko fajnie, ale czym ta „wolność” jest?

Wolność to wybór.
Budzisz się pewnego dnia, otwierasz oczy i stwierdzasz, że już dalej tak nie możesz. Że masz dość. Zastanawiasz się nad tym, co Ty robisz w tym miejscu, w tym czasie. Szukasz argumentów „za”.  Coachingowa strefa komfortu istnieje naprawdę, nikt  nie chce jej opuścić ot tak. Zawsze się szuka argumentów. I dopóki się ich nie znajdzie w swojej głowie, żadna perswazja, żadne przekonywanie, nikt na świecie nie sprawi, że dokonamy wyboru.
Wolność rodzi się we własnej głowie.

Wolność to decyzja.
Dokonałaś wyboru, ale wybór to za mało. Potrzebna jest decyzja – ale taka prawdziwa. Przemyślana. Krok bez możliwości odwrotu zawsze wiąże się z ryzykiem, ale jeśli chce się zbudować swoją wolność – podejmij je. Decyzja tylko na początku mąci w głowie, potem jest tylko lepiej. Wiesz, że nie będzie łatwo w niej wytrwać, że nie raz Twoja wola się zachwieje, nie raz wrócisz do etapu wyboru.
Wolność to możliwość. Skorzystaj z niej.

Wolność to praca.
Nie zawsze będzie tak, jak chcesz. Dlatego pamiętaj: nieważne jak długo będziesz musiała czekać – wytrzymaj w swojej decyzji, broń jej, walcz o nią – działaj i nie poddawaj się. Nie musisz z siebie rezygnować, żeby dać siebie innym – swoją siłę, zaangażowanie i nieustępliwość. Zarażaj. Płoń i zapalaj.
Wolność to wiara w siebie.

Wolność to akceptacja.
Łatwiej jest, kiedy nie musisz nic udawać. Negować. Czujesz to, co czujesz i nie ma sensu z tym walczyć ani udawać, że to nie istnieje. Masz prawo do wszystkich uczuć na świecie. Pokochaj siebie taką, jaką jesteś, każdą wersję siebie. Nie okłamuj siebie.  Życie w zgodzie z własnymi prawdziwymi przekonaniami, uczuciami i marzeniami jest dużo prostsze. Uwierz mi.

Tylko wybierz.
Zdecyduj.
Walcz.
Nie udawaj.

Czym jest wolność? To odwaga bycia sobą.

 

 

„Nienawidzę Cię!”, czyli emocjonalny gejzer.

yellowstone-66277_640Często jest tak, że jedno zasłyszane zdanie, jedno hasło, które mignęło gdzieś przelotem w sieci sprawia, że potem człowiek chodzi i myśli, i analizuje, i kombinuje.

A Gagatkowa to już w szczególności.

Ostatnimi czasy takim zdaniem było:

„Jeśli Ty, moje dziecko, chociaż raz nie pomyślisz o mnie: „nienawidzę Cię” to oznacza, że źle wykonałam swoją pracę jako rodzica.”

Na początku Gagatkowa się z tym zgodziła.

Wychowanie dziecka to wyprowadzenie go na ludzi, a to nie zawsze jest miłe, łatwe i przyjemne. Wychowanie to nauczenie go życia w takim, a nie innym świecie – trudnym, wymagającym, z całym szeregiem niebezpieczeństw i zagrożeń czyhających z każdej strony. Wychowanie to pamiętanie o tym, że najpierw się jest rodzicem, a potem przyjacielem (chociaż czasami by się chciało, żeby było odwrotnie). Wychowanie to bycie mądrzejszym nawet wtedy, kiedy dziecku się wydaje, że przez naszą decyzję skończył mu się świat. Wychowanie to mądre wykorzystanie swojej pozycji silniejszego. Wychowanie opiera się fundowaniu dziecku stresu – z definicji. Wychowanie nie jest relacją dwojga równych sobie ludzi – to rodzic ma być mądrzejszy, silniejszy i ma decydować. Wychowanie to mówienie „nie”.

Gagatkowa przecież wie, że pojęcie „wychowanie bezstresowe” jest technicznie niemożliwe i nielogiczne. Wie, że to pieprzony oksymoron wymyślony przez tych, którym dziecko jest obojętne, który tłumaczy ich z umywania rąk z każdej sytuacji, w której nie interweniują, a powinni. Wie, że to „bezstresowe wychowanie” to po prostu pozwolenie dziecku na samoukształtowanie – taka ulica, tylko w domu (tym gorzej, bo dom daje poczucie bezpieczeństwa, pewności, że matka czy ojciec zawsze złapią za szelki, kiedy sytuacja będzie za bardzo zaogniona). Zdaje sobie sprawę, że dziecko nie zawsze musi zgadzać się z decyzją rodzica – przecież nie patrzy w przyszłość, żyje tym, co jest dzisiaj – jak kot, który za każdym razem jest wielce zaskoczony, że szklanka, którą popychał łapą, spadła ze stołu. I to nie jest nic złego – dziecko jest dzieckiem – każdy potrzebuje czasu, żeby nauczyć się przewidywać.

Ale potem zastanowiła się nad drugą stroną.

Każde „nienawidzę cię” to coś więcej niż tu i teraz. To kilka spraw nałożonych na siebie z bardzo krótkim lontem – a wybuch rozpierdziela wszystko w promieniu wielu dni, czasem tygodni. To eskalacja wszystkich złych emocji, które piętrzą się w młodym człowieku – emocji, które jak gorąca woda spod ziemi wreszcie znalazły ujście.

Emocjonalny gejzer.

Rodzic ma być oparciem. Rodzic ma być osobą, do której dziecko ze swoim problemem biegnie w pierwszej kolejności. Rodzic ma być najbardziej skalną skałą, jaka tylko istnieje na świecie i nie ma takiej kropli, która mogła by ją zmienić. Rodzic ma być dla dziecka, ma znać dziecko.

Rodzic ma słuchać dziecka.

Tylko czy możliwe jest niedopuszczenie do wybuchu, skoro im dziecko starsze, tym konflikty interesów mają coraz większy kaliber? Być, słuchać, rozumieć – to credo każdego rodzica – a co z wychowaniem? Nie wszystko można zwalić na taki czy inny charakter dziecka czy rodzica.

Myślę, że sama myśl jest trafiona – bardzo. Ale słowa, w jakie autor(/ka?) je ubrał, nie przemawiają do mnie. Są rodzice, którzy nigdy tego od dzieci nie usłyszeli – czy to znaczy, że nie są dostatecznie dobrzy w swojej roli? „Nienawidzę cię” – to w moim przekonaniu za mocne.

Chociaż może musi być za mocno, żeby dotarło?

Trzeba mówić o śmierci, czyli nie róbmy z dzieci idiotów.

candle-2890082_640

 

Odsuwamy dzieci od tematu śmierci. Tłumaczymy to sobie tym, że są za małe, że nie zrozumieją, że się przestraszą, że będą mieć koszmary.

Dorośli uwielbiają się tłumaczyć przed samymi sobą.

A przecież doskonale wiedzą, że to nieprawda. Że ono wcale nie jest za małe, to nasza odwaga mogłaby się zmieścić na łebku od szpilki. To my, dorośli, boimy się takich rozmów. Boimy się pytań, które mogą paść. Wstydzimy się swoich emocji, których być może nie uda się ukryć, łez, których nie damy rady powstrzymać. Chcemy zminimalizować ryzyko niepotrzebnego zgłębiania tematu. Wyciągania niewygodnych wyjaśnień. Być może sami nie do końca rozumiemy, dlatego nie jest łatwo nam wyjaśniać. Wolimy przemilczeć. Odchrząknąć coś zdawkowo, olać temat. Przecież i tak zapomni.

Nie zapomni. A kiedy zdarzy się coś nieprzewidzianego, coś, czego na co dzień nie widzi – przestraszy się. Dzieci boją się tego, czego nie znają.

I powtórzę raz jeszcze:

dzieci nie mają swoich demonów – przyjmują te, które sami im stworzymy.

A obowiązkiem dorosłych jest oswajać dziecięce lęki. Rozmowa zawsze jest lepsza niż milczenie. Zwłaszcza rozmowa o śmierci.

W ostatnim czasie i u nas ten temat stał się nieprzyjemnie aktualny. Niby wszyscy byliśmy przygotowani, niby każdy z nas wiedział jak jest, ale gdy przychodzi co do czego – zawsze jest zaskoczenie i ten nieprzyjemny, paskudny niedosyt. Ten jeden dzień, tydzień, rok za mało. Dla Gagatka było to o tyle prostsze, że widział tę postępującą starość, to gasnące światełko – zadawał pytania dlaczego, jak, czemu i skąd się bierze to, co się wzięło. Mnóstwo pytań – i żadne nie zostało bez odpowiedzi. A czasami były one niełatwe, zwłaszcza dla mnie. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że jeśli nie potrafisz czegoś wyjaśnić dziecku, tzn. że sam tego nie rozumiesz.

I wtedy dotarło do mnie, ilu rzeczy tak naprawdę nie rozumiem.

Dlatego kiedy przyszedł ten moment, nie bał się. Stało się to, co kiedyś musiało się stać i chociaż było to trudne – było przecież naturalne.

Miałam ułatwione zadanie, ponieważ wszystko rozegrało się, kiedy szykował się do przedszkola. Widział krzątaninę, wyczuwał napięcie. Minął się z karetką. Przemielił to wszystko w swojej małej główce, wyciągnął wnioski na miarę bystrego sześciolatka i po powrocie do domu o wszystko dokładnie wypytał (dokładnie na miarę przedszkolaka). Przerobiliśmy cały pogrzeb praktycznie minuta po minucie, uprzedzałam o możliwych silnych emocjach u niektórych, o każdej z ewentualności. A kiedy przyszło co do czego, był cholernie dzielny.

Nie róbmy ze śmierci demona, a z dzieci idiotów. Przecież to naszą rolą, dorosłych, jest wszystko wytłumaczyć dzieciom tak, żeby zrozumiały – możliwie najprościej, ale i najdokładniej. I teraz jest chyba ku temu najlepszy moment – zatrzymując się na cmentarzu minutę dłużej, włączając dziecko w przygotowania do tego jednego, jedynego w roku dnia, kiedy najmocniej czujemy obecność tych, których już z nami nie ma.

 

Dobra Z.M.I.A.N.A., czyli jak Gagatek matkę swoją z pająkami oswajał.

20170927_110443

„O Bożebożebożeboże – mysz!”
„AAAAAA, szczuuuur! WeźtoweźtoweźtoWEŹTO!!!!”
Albo inne robale.

One Gagatkowej nie ruszają. Bez szczególnych oporów wyciąga z żarłocznych kocich pysków jaszczurki, ratuje zagubioną w piwnicy mysz albo przerażoną GB, która kompletnie nie zrozumiała przyniesionego przez członka inwentarza dowodu miłości w postaci szczura (że bez głowy – no cóż).

Ale pająki… pająki – moi państwo – to całkiem inna historia. Gagatkowa matka nienawidzi niczego, co ma więcej niż cztery nogi i dwoje oczu, a jeśli do tego umie łazić pionowo po ścianie i gryzie – znajduje się na początku listy obrzydliwości i zakorzenionych gdzieś głęboko strachów. Gagatek zdiagnozował mnie już dawno: „Mamo, ty po prostu masz arachnofobię. To się chyba leczy, ale nie jestem pewien. Powinnaś iść do lekarza, może coś pomoże”. Nie wyprowadzam tego mojego złotego diagnosty z błędu, chociaż na usta się ciśnie: „Dziecko moje, tego najlepsi nie wyleczą, to jest jak wstręt przed brokułami – trzeba nauczyć się z tym żyć i już.”

I tak wspólnie żyjemy sobie z tym moim pająko-wstrętem, dziecko w wieku lat 5 nauczyło się bronić matki przed Tym Czymś, on nie komentuje, ja nie podkreślam. Znikąd ratunku.

A jednak.

Zamiłowanie Gagatków do buszowania w księgarniach, antykwariatach i na szkolnych20170927_110759 kiermaszach książek znane jest wszem i wobec. I podczas jednej z takich eskapad upolowaliśmy zestaw książek, w których dziecię moje się zakochało od razu (zaczął czytać już w kolejce do kasy ;)). Cykl książek „Z.M.I.A.N.A. czyli Związek Molekularny Inicjujący Automatyczne Nadpisanie Anatomii” opowiada o zabawnych perypetiach bliźniaków Jacka i Dawida, którzy przy użyciu tytułowego spray’u Z.M.I.A.N.A. zamieniają się w przeróżne robactwo – pająki, muchy, koniki polne, mrówki, komarnice i żuki. Pokazują świat z perspektywy tego całego tałatajstwa, które lata wokół, a na które nie zwracamy uwagi (chyba, że mamy packę w ręce). Cykl Ali Sparkes zawiera sześć przezabawnych, krótkich książek (ok. 100 stron), a w każdej na końcu łamigłówki, wykreślanki, mini-testy – książki pisane pod dzieci, wydane dla dzieci i uwielbiane przez dzieci.

20170927_110823

Tak, o pająkach też jest. I chociaż mój stosunek do ośmionogich kosmitów z milionem oczu (które sobie tak po prostu są bez pełnienia szczególnie ważnej funkcji na świecie – ale spoko, wiele jest takich typów) nie uległ zmianie (Z.M.I.A.N.ie), dziecię moje jest szczęśliwe wielce, że u matki bez lekarza się obyło, że dzielnie przebrnęłam przez sześć tomiszczy o robactwie i zgodziłam się nawet na ponowne sięgnięcie po tę niezwykłą pod wieloma względami pozycję regałową.

Taaa… Miłość matczyna niezbadana.

😀

 

 

„Skutek lewackiej patologii”, czyli another brick in the wall.

country-2396363_640

Miałam o tym nie pisać. Sądziłam, że już wystarczająco dużo słów padło na ten temat, że może wreszcie pójdzie ku lepszemu, ku zwiększeniu świadomości społeczeństwa w temacie, że poprawi się zwykłe ludzkie wyczulenie na sprawę, że wzrośnie empatia, że może dorośli ludzie (niekoniecznie rodzice) zrozumieją, że psychika młodego człowieka jest jak szkło – może obrywać dziesiątki razy, ale TO miejsce i TEN czas, a pęka na milion kawałków.

Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz obejrzałam „Salę Samobójców”. Pamiętam to uczucie kapcia w mordzie, kiedy napisy końcowe już dawno minęły, a ja gapiłam się tępo w monitor. Łzy kapały mi jak grochy, czułam się, jakby ktoś przyłożył mi obuchem. Pamiętam moją pierwszą myśl: „Ten film powinien być obowiązkowy dla wszystkich rodziców.” Sama byłam już wtedy mamą gugającego szaleńca o dwóch zębach – to był moment, w którym obiecałam sobie, że zawsze będę dla niego, że będę blisko cokolwiek się będzie działo. Że za wszelką cenę będę się starała SZANOWAĆ – nawet wtedy, kiedy trudno będzie ROZUMIEĆ. Bo wydało mi się to naturalne – starać się zrozumieć i bezwzględnie kochać.

Takie myślenie wydawało mi się naturalne także dla całej reszty dorosłych, którzy mają przecież obowiązek (także moralny) otoczyć opieką mniejszych, młodszych, słabszych. Albo tych, którzy potrzebują pomocy. Tych, którzy wołają, krzyczą o pomoc, chociaż na zewnątrz tego nie widać – tzn. pokazują to, ale dorośli zajęci swoimi sprawami tego nie widzą – nie zawsze nie chcą, czasem po prostu coś fałszuje im obraz. Wydawało mi się takie oczywiste, że dorosły jest dla dziecka i jeśli tylko widzi, że coś jest nie tak – reaguje. Reaguje broniąc dziecka. Ocenia sytuację trzeźwo, mądrze, po dorosłemu.

Po dorosłemu.

Tak myślałam aż do dzisiejszego wieczora, kiedy to przeczytałam, jak przedstawicielka naszego kochanego rządu, pani szanowna posłanka K.raju P.olskiego skomentowała to, co się stało – w skrócie rzecz ujmując – „jak uczycie patologii lewicowi liberałowie, nie dziwcie się potem, że się dzieci zabijają” (oczywiście z właściwym sobie poziomem kultury wypowiedzi). Na końcu znajdziecie link.

To takie cholernie przykre jest. Pomijam już tę całą prawicową propagandę (ja się na polityce nie znam, ja od tego mam ludzi), ale takie uprzedmiotawianie młodego człowieka, sprowadzanie go do poziomu pionka, marionetki, albo co gorsza jakiejś cholernej another brick in the wall jest strasznie, strasznie niesprawiedliwe. Suche. Beznamiętne. Takie… Olewające.

Czy to wszystko dlatego, że w historii jest wątek homoseksualny? Dlatego, że Kacper czuł, że jest gejem? Tylko dlatego został jedynie „skutkiem patologii”? Ja nie wierzę (bardzo, bardzo nie chcę się znowu pomylić), że pani posłanka ma tak wąskie horyzonty myślowe i takie płytkie spojrzenie na świat. Przecież dyskryminacja wśród rówieśników istnieje i niestety ma się coraz lepiej, bo młodzi ludzie dysponują środkami, których wcześniej nie było – internet wyzwala w nich pokłady jakiejś skrywanej agresji, poczucia władzy, daje jakąś chorą satysfakcję – przecież dzieją się cuda – od cyberstalkingu po cyberbullying. A przecież nie zawsze chodzi o inną orientację seksualną. Czasem są to po prostu NIE TAKIE zainteresowania, NIE TAKA fryzura, NIE TAKA rodzina. Powodów mogą być tysiące.
Może także nie być powodu.

Gagat dziś ma lat sześć i już spotyka takie zachowania w grupie – opowiada mi, jak jedni traktują drugich, jak wyśmiewają, jak odpychają. A jeśli w grupie przedszkolaków słychać głosy: „idź sobie stąd, nie chcemy się z tobą bawić, bo ty [cośtam]” to co się dzieje u 12-, 14-, 15-latków?

Dlatego pani kochana posłanko nasza.
Ogarnij się pani i przejrzyj na oczy.

Parafrazując: „Hey! Politicians! Don’t leave them kids alone!”

http://m.fronda.pl/a/pawlowicz-zabiera-glos-ws-samobojstwa-nastolatka,99974.html

 

 

Dzieci to nie zwierzątka domowe, czyli dokąd prowadzi brak szacunku do dziecka.

glass-984457_1280

Wyobraź sobie taką sytuację:
Pijesz sobie swoją ulubioną kawę, w tv leci Twój serial. Posprzątałaś, masz chwilę dla siebie. Jest miło, przyjemnie – jest akurat. Słyszysz jak otwierają się drzwi, Twoje dziecko wraca z podwórka. „Uwaga – mokra podłoga!” – ostrzegasz. Pociecha wpada do pokoju, widzisz pół jej twarzy we krwi. Nie pytasz co się stało, nie zdążasz, bo malec mówi: „Jakiś pan do nas strzelał z balkonu.”

„Jakiś pan do nas strzelał z balkonu”.

Tak mogła wyglądać historia, która Gagatkową sparaliżowała na dobrych kilka minut po tym, jak dotarła do jej uszu z kolorowego odbiornika. Było o tym głośno w tv, mam nadzieję, że jeszcze usłyszymy na ten temat nie raz, że doczekamy się odpowiedniego finału całej sytuacji. Nie życzę nikomu źle z natury, ale w tym przypadku osobiście wyrwałabym gołymi rękami typowi wątrobę.

Typ. Strzelał. Do. Dzieci. Z. Wiatrówki. Bo były głośno. Bo bawiły się pod jego oknem na placu zabaw. Bo wygłupiały się za bardzo. Bo były dziećmi.

Długo nie mogłam przetrawić tej informacji. Co trzeba mieć w głowie. O czym trzeba myśleć. Jakie mieć pobudki. Co kieruje takim człowiekiem. Co. Jak. Dlaczego. Po co.

Wypuszczamy nasze dzieci na plac zabaw tuż pod okno, na podwórko, nie oddalaj się. Dobrze mamo, zawołaj mnie na obiad. Wiemy, że są bezpieczne. Wierzymy, że są bezpieczne, przecież pod domem, pod oknem, na wyciągnięcie ręki. Przecież słychać, jak się bawią z kolegami, jak szaleją – radosne, szczęśliwe Myślimy o tym, jakie wrócą umorusane, przecież padało.

Wracają we krwi, bo sąsiad do nich strzelał.

Jak do k*&^%@ jakiś kaczek.

Wiatrówki nie są w Polsce zakazane. Wiele osób chciałoby także, aby broń z ostrą amunicją była legalna, ogólnodostępna. Zawsze byłam przeciwko. I żadne wyśrubowane wymagania, psychologiczne badania ani nic na świecie mnie nie przekona do zmiany decyzji. Wiatrówką nie zabijesz – zranisz, okaleczysz. Ale nie zabijesz. Okazuje się, że i one powinny mieć obostrzenia w dostępności dla ogółu. Bo ktoś taki, ktoś, kto… nie powinien jej mieć może ją wykorzystać w taki bestialsko – psychopatyczny sposób.

Uczymy dzieci szacunku do dorosłych. Do siebie nawzajem. Do zwierząt.
A nie uczymy dorosłych szacunku do dzieci.

Mnie z moim korczakowskim zacięciem serce boli, kiedy słyszę takie historie.
„Nie ma dzieci są ludzie”.
Ja zaczęłabym wcześniej: „Dzieci to nie zwierzątka domowe.”

Tematów do dyskusji związanych z tym zdarzeniem jest mnóstwo: bezpieczeństwo naszych dzieci, legalność broni śrutowej, ale też coś, co jest trochę omijane, bo niewygodne.

Nieumiejętność radzenia sobie dorosłych z ich własnymi emocjami, ze złością i nerwami.
Ale to temat na zupełnie inny wpis.