Dobra Z.M.I.A.N.A., czyli jak Gagatek matkę swoją z pająkami oswajał.

20170927_110443

„O Bożebożebożeboże – mysz!”
„AAAAAA, szczuuuur! WeźtoweźtoweźtoWEŹTO!!!!”
Albo inne robale.

One Gagatkowej nie ruszają. Bez szczególnych oporów wyciąga z żarłocznych kocich pysków jaszczurki, ratuje zagubioną w piwnicy mysz albo przerażoną GB, która kompletnie nie zrozumiała przyniesionego przez członka inwentarza dowodu miłości w postaci szczura (że bez głowy – no cóż).

Ale pająki… pająki – moi państwo – to całkiem inna historia. Gagatkowa matka nienawidzi niczego, co ma więcej niż cztery nogi i dwoje oczu, a jeśli do tego umie łazić pionowo po ścianie i gryzie – znajduje się na początku listy obrzydliwości i zakorzenionych gdzieś głęboko strachów. Gagatek zdiagnozował mnie już dawno: „Mamo, ty po prostu masz arachnofobię. To się chyba leczy, ale nie jestem pewien. Powinnaś iść do lekarza, może coś pomoże”. Nie wyprowadzam tego mojego złotego diagnosty z błędu, chociaż na usta się ciśnie: „Dziecko moje, tego najlepsi nie wyleczą, to jest jak wstręt przed brokułami – trzeba nauczyć się z tym żyć i już.”

I tak wspólnie żyjemy sobie z tym moim pająko-wstrętem, dziecko w wieku lat 5 nauczyło się bronić matki przed Tym Czymś, on nie komentuje, ja nie podkreślam. Znikąd ratunku.

A jednak.

Zamiłowanie Gagatków do buszowania w księgarniach, antykwariatach i na szkolnych20170927_110759 kiermaszach książek znane jest wszem i wobec. I podczas jednej z takich eskapad upolowaliśmy zestaw książek, w których dziecię moje się zakochało od razu (zaczął czytać już w kolejce do kasy ;)). Cykl książek „Z.M.I.A.N.A. czyli Związek Molekularny Inicjujący Automatyczne Nadpisanie Anatomii” opowiada o zabawnych perypetiach bliźniaków Jacka i Dawida, którzy przy użyciu tytułowego spray’u Z.M.I.A.N.A. zamieniają się w przeróżne robactwo – pająki, muchy, koniki polne, mrówki, komarnice i żuki. Pokazują świat z perspektywy tego całego tałatajstwa, które lata wokół, a na które nie zwracamy uwagi (chyba, że mamy packę w ręce). Cykl Ali Sparkes zawiera sześć przezabawnych, krótkich książek (ok. 100 stron), a w każdej na końcu łamigłówki, wykreślanki, mini-testy – książki pisane pod dzieci, wydane dla dzieci i uwielbiane przez dzieci.

20170927_110823

Tak, o pająkach też jest. I chociaż mój stosunek do ośmionogich kosmitów z milionem oczu (które sobie tak po prostu są bez pełnienia szczególnie ważnej funkcji na świecie – ale spoko, wiele jest takich typów) nie uległ zmianie (Z.M.I.A.N.ie), dziecię moje jest szczęśliwe wielce, że u matki bez lekarza się obyło, że dzielnie przebrnęłam przez sześć tomiszczy o robactwie i zgodziłam się nawet na ponowne sięgnięcie po tę niezwykłą pod wieloma względami pozycję regałową.

Taaa… Miłość matczyna niezbadana.

😀

 

 

Reklamy

„Skutek lewackiej patologii”, czyli another brick in the wall.

country-2396363_640

Miałam o tym nie pisać. Sądziłam, że już wystarczająco dużo słów padło na ten temat, że może wreszcie pójdzie ku lepszemu, ku zwiększeniu świadomości społeczeństwa w temacie, że poprawi się zwykłe ludzkie wyczulenie na sprawę, że wzrośnie empatia, że może dorośli ludzie (niekoniecznie rodzice) zrozumieją, że psychika młodego człowieka jest jak szkło – może obrywać dziesiątki razy, ale TO miejsce i TEN czas, a pęka na milion kawałków.

Pamiętam moment, kiedy pierwszy raz obejrzałam „Salę Samobójców”. Pamiętam to uczucie kapcia w mordzie, kiedy napisy końcowe już dawno minęły, a ja gapiłam się tępo w monitor. Łzy kapały mi jak grochy, czułam się, jakby ktoś przyłożył mi obuchem. Pamiętam moją pierwszą myśl: „Ten film powinien być obowiązkowy dla wszystkich rodziców.” Sama byłam już wtedy mamą gugającego szaleńca o dwóch zębach – to był moment, w którym obiecałam sobie, że zawsze będę dla niego, że będę blisko cokolwiek się będzie działo. Że za wszelką cenę będę się starała SZANOWAĆ – nawet wtedy, kiedy trudno będzie ROZUMIEĆ. Bo wydało mi się to naturalne – starać się zrozumieć i bezwzględnie kochać.

Takie myślenie wydawało mi się naturalne także dla całej reszty dorosłych, którzy mają przecież obowiązek (także moralny) otoczyć opieką mniejszych, młodszych, słabszych. Albo tych, którzy potrzebują pomocy. Tych, którzy wołają, krzyczą o pomoc, chociaż na zewnątrz tego nie widać – tzn. pokazują to, ale dorośli zajęci swoimi sprawami tego nie widzą – nie zawsze nie chcą, czasem po prostu coś fałszuje im obraz. Wydawało mi się takie oczywiste, że dorosły jest dla dziecka i jeśli tylko widzi, że coś jest nie tak – reaguje. Reaguje broniąc dziecka. Ocenia sytuację trzeźwo, mądrze, po dorosłemu.

Po dorosłemu.

Tak myślałam aż do dzisiejszego wieczora, kiedy to przeczytałam, jak przedstawicielka naszego kochanego rządu, pani szanowna posłanka K.raju P.olskiego skomentowała to, co się stało – w skrócie rzecz ujmując – „jak uczycie patologii lewicowi liberałowie, nie dziwcie się potem, że się dzieci zabijają” (oczywiście z właściwym sobie poziomem kultury wypowiedzi). Na końcu znajdziecie link.

To takie cholernie przykre jest. Pomijam już tę całą prawicową propagandę (ja się na polityce nie znam, ja od tego mam ludzi), ale takie uprzedmiotawianie młodego człowieka, sprowadzanie go do poziomu pionka, marionetki, albo co gorsza jakiejś cholernej another brick in the wall jest strasznie, strasznie niesprawiedliwe. Suche. Beznamiętne. Takie… Olewające.

Czy to wszystko dlatego, że w historii jest wątek homoseksualny? Dlatego, że Kacper czuł, że jest gejem? Tylko dlatego został jedynie „skutkiem patologii”? Ja nie wierzę (bardzo, bardzo nie chcę się znowu pomylić), że pani posłanka ma tak wąskie horyzonty myślowe i takie płytkie spojrzenie na świat. Przecież dyskryminacja wśród rówieśników istnieje i niestety ma się coraz lepiej, bo młodzi ludzie dysponują środkami, których wcześniej nie było – internet wyzwala w nich pokłady jakiejś skrywanej agresji, poczucia władzy, daje jakąś chorą satysfakcję – przecież dzieją się cuda – od cyberstalkingu po cyberbullying. A przecież nie zawsze chodzi o inną orientację seksualną. Czasem są to po prostu NIE TAKIE zainteresowania, NIE TAKA fryzura, NIE TAKA rodzina. Powodów mogą być tysiące.
Może także nie być powodu.

Gagat dziś ma lat sześć i już spotyka takie zachowania w grupie – opowiada mi, jak jedni traktują drugich, jak wyśmiewają, jak odpychają. A jeśli w grupie przedszkolaków słychać głosy: „idź sobie stąd, nie chcemy się z tobą bawić, bo ty [cośtam]” to co się dzieje u 12-, 14-, 15-latków?

Dlatego pani kochana posłanko nasza.
Ogarnij się pani i przejrzyj na oczy.

Parafrazując: „Hey! Politicians! Don’t leave them kids alone!”

http://m.fronda.pl/a/pawlowicz-zabiera-glos-ws-samobojstwa-nastolatka,99974.html

 

 

Dzieci to nie zwierzątka domowe, czyli dokąd prowadzi brak szacunku do dziecka.

glass-984457_1280

Wyobraź sobie taką sytuację:
Pijesz sobie swoją ulubioną kawę, w tv leci Twój serial. Posprzątałaś, masz chwilę dla siebie. Jest miło, przyjemnie – jest akurat. Słyszysz jak otwierają się drzwi, Twoje dziecko wraca z podwórka. „Uwaga – mokra podłoga!” – ostrzegasz. Pociecha wpada do pokoju, widzisz pół jej twarzy we krwi. Nie pytasz co się stało, nie zdążasz, bo malec mówi: „Jakiś pan do nas strzelał z balkonu.”

„Jakiś pan do nas strzelał z balkonu”.

Tak mogła wyglądać historia, która Gagatkową sparaliżowała na dobrych kilka minut po tym, jak dotarła do jej uszu z kolorowego odbiornika. Było o tym głośno w tv, mam nadzieję, że jeszcze usłyszymy na ten temat nie raz, że doczekamy się odpowiedniego finału całej sytuacji. Nie życzę nikomu źle z natury, ale w tym przypadku osobiście wyrwałabym gołymi rękami typowi wątrobę.

Typ. Strzelał. Do. Dzieci. Z. Wiatrówki. Bo były głośno. Bo bawiły się pod jego oknem na placu zabaw. Bo wygłupiały się za bardzo. Bo były dziećmi.

Długo nie mogłam przetrawić tej informacji. Co trzeba mieć w głowie. O czym trzeba myśleć. Jakie mieć pobudki. Co kieruje takim człowiekiem. Co. Jak. Dlaczego. Po co.

Wypuszczamy nasze dzieci na plac zabaw tuż pod okno, na podwórko, nie oddalaj się. Dobrze mamo, zawołaj mnie na obiad. Wiemy, że są bezpieczne. Wierzymy, że są bezpieczne, przecież pod domem, pod oknem, na wyciągnięcie ręki. Przecież słychać, jak się bawią z kolegami, jak szaleją – radosne, szczęśliwe Myślimy o tym, jakie wrócą umorusane, przecież padało.

Wracają we krwi, bo sąsiad do nich strzelał.

Jak do k*&^%@ jakiś kaczek.

Wiatrówki nie są w Polsce zakazane. Wiele osób chciałoby także, aby broń z ostrą amunicją była legalna, ogólnodostępna. Zawsze byłam przeciwko. I żadne wyśrubowane wymagania, psychologiczne badania ani nic na świecie mnie nie przekona do zmiany decyzji. Wiatrówką nie zabijesz – zranisz, okaleczysz. Ale nie zabijesz. Okazuje się, że i one powinny mieć obostrzenia w dostępności dla ogółu. Bo ktoś taki, ktoś, kto… nie powinien jej mieć może ją wykorzystać w taki bestialsko – psychopatyczny sposób.

Uczymy dzieci szacunku do dorosłych. Do siebie nawzajem. Do zwierząt.
A nie uczymy dorosłych szacunku do dzieci.

Mnie z moim korczakowskim zacięciem serce boli, kiedy słyszę takie historie.
„Nie ma dzieci są ludzie”.
Ja zaczęłabym wcześniej: „Dzieci to nie zwierzątka domowe.”

Tematów do dyskusji związanych z tym zdarzeniem jest mnóstwo: bezpieczeństwo naszych dzieci, legalność broni śrutowej, ale też coś, co jest trochę omijane, bo niewygodne.

Nieumiejętność radzenia sobie dorosłych z ich własnymi emocjami, ze złością i nerwami.
Ale to temat na zupełnie inny wpis.

 

Jak obiad z tyranozaurem wygrał z basenem w salonie, czyli Gagatkowej sposób na nudę.

20170820_115444

 

„Siedzę sobie na kanapie,
a za oknem deszczyk kapie –
kapie z prawa, kapie z lewa
i podlewa w parku drzewa!”

 

Są sytuacje i Sytuacje. A dziś nastała Sytuacja Nadzwyczajna – Gagatkowa nuda osiągnęła poziom ekstremalny. Myślę, że prawie każdy rodzic przedszkolaka/uczniaka zna ten moment, kiedy pod koniec sierpnia zostaje wprowadzony w domu stan wyjątkowy; kiedy to rodzicowi kończy się cierpliwość, a dzieciom pomysły na czasoumilacze (i zaczynają świrować, psocić – niezamierzenie, wymyślać coraz bardziej odjechane zabawy – np. wymagające wyjęcia wszystkich dostępnych sztućców w domu lub rozłożenia w salonie basenu ogrodowego, z którym dziecko się zżyło przez ostatnie dwa miesiące).

I taki to moment nastał także w Gagatkowie. Zbiegło się to (o zgrozo!) z zimnym deszczem plującym z nieba, więc wszelakie aktywności podwórkowe wypadły z gry. A że Gagatek twórczą ma naturę i zdecydowanie bardziej woli budować nowe rzeczy niż korzystać z gotowców – Gagatkowa matka wpadła na pomysł, który okazał się strzałem w dziesiątkę i którym postanowiła się z Wami podzielić (albowiem rodzice powinni trzymać się razem i dzielnie się wspierać w walce z dziecięcą nudą).

Orężem w tej walce były kredki, naklejki, zabawki , a przede wszystkim Gagatkowa wyobraźnia jako sprzęt bazowy. I tak powstała wielka gra planszowa z dinozaurami.

Na największym dostępnym w domu kawałku papieru (jak wiadomo cośtam w domu20170820_114842 każdy ma, ale toż to nie przewidzisz, kiedy co może być potrzebne; my rysowaliśmy na starym kalendarzu). Najpierw powstała ścieżka jako punkt wyjściowy, następnie wszystkie akcje (typu „czekasz jedną kolejkę”, „przesuwasz się trzy pola do przodu”). Później Gagat ozdobił wszystko naklejkami, poustawialiśmy zabawki na planszy (plastikowe palemki tworzące las, plastikowe kamienie, zagroda, figurki). I tak powstała całkowicie spersonalizowana gra planszowa, Gagatek był z siebie bardzo dumny, graliśmy raz, potem drugi i trzeci, i znów. I latał samolotem, i jeździł na ankylozaurze, i jadł spaghetti z tyranozaurem.

 

Gry planszowe tworzone samodzielnie są świetnym sposobem nie tylko na umacnianie 20170820_121856więzi z dzieckiem, kształtowanie umiejętności przegrywania (a radzenie sobie z porażkami to bardzo ważna umiejętność) ale przede wszystkim na rozwijanie umiejętności manualnych dziecka i jego wyobraźni. To ekstra pomysł, w pełni edytowalny, całkowicie spersonalizowany i co najważniejsze – tworząc samodzielnie grę planszową dla malucha, jej stopień trudności jest w pełni regulowany przez nas samych:

 

  1. prosto, klasycznie: ścieżka od punktu A do punktu B, bez udziwnień
  2. proste akcje typu „dwa pola do przodu”, „trzy pola do tyłu”, „wyrzuć 4 na kostce”
  3. akcje + zbieranie różnych przedmiotów na trasie rozgrywki (wtedy oprócz dotarcia do mety jako pierwszy liczy się także ilość zebranych monet/kamieni/bułek/zębów/kwiatków itp.

 

Akcje, które można wpleść w taką grę mogą być przeróżniaste, wszystko zależy od umiejętności dziecka, od potrzeb (mogą to być np, zadania matematyczne o różnym stopniu trudności – „5+4=” lub wyzwania ruchowe – „podskocz 5 razy na jednej nodze”. Można grę oprzeć na konkretnym temacie przerabianym aktualnie w szkole, na zainteresowaniach dziecka, na oswajaniu jego lęków, na dosłownie wszystkim!

Do zrobienia takiej gry nie potrzeba niczego specjalnego oprócz czasu, chęci i energii. Nie macie pionków? Grajcie guzikami. Nie macie kostki? Losujcie karteczki z cyferkami. Wszystko zależy od Was.

Niech się Wam chce chcieć! A jesień idzie, będzie o to nam wszystkim coraz trudniej…

 

 

Rodzicu, myśl! (Czyli nie wysyłaj swojego dziecka na wojnę bez zbroi)

armor-2144638_1920

Parę dni temu przelotem gdzieś usłyszałam, że rodzice nie zaszczepili dziecka na ospę i teraz mają ogromne problemy z powikłaniami po chorobie. Nie chcę wyjść na ignoranta, naprawdę nic nie wiem więcej o sprawie, ale to, co usłyszałam spowodowało lawinę myśli w mojej głowie.

Dzisiaj młodzi rodzice nie mają łatwo. Zewsząd bombardują ich zakazy, nakazy, poradniki, rady, srady i inne tyrady. I wszechobecne porównywanie się (wszyscy rodzice to robią – różnie tylko podchodzą do wyników tych porównań). Bycie młodym rodzicem to ciągła walka ze wszystkim dookoła, głośne lub nieme udowadnianie, że mimo wszystko – MIMO WSZYSTKO  się ma rację. I czasem rodzic stanie po niewłaściwej stronie liny. Posłucha kogoś innego zamiast siebie i własnego dziecka.

Jedni mówią – nie szczepić w ogóle, inni – szczepić, obowiązkowo, na wszystko co się da. Dwa skrajne obozy, a nic nie jest białe lub czarne.

Babcie często udzielają złotych rad młodym rodzicom, zwłaszcza wtedy, kiedy dziecko jest jeszcze malutkie (nie taka kaszka, nie taka pogoda na spacer, nie to miejsce, nie ten czas i to wkurwiające „Załóż mu czapeczkę”). Sama wiele razy walczyłam z takim zachowaniem odwracając się na pięcie i robiąc po swojemu. Czasem wyszło to na dobre, czasem nie. Ale nie żałuję żadnej decyzji, bo z każdej wyniosłam jakąś naukę, a odpowiedzialność za nie ponoszę tylko ja. Cieszę się, że mam na tyle odwagi, żeby powiedzieć „Nie, będzie inaczej niż radzisz, bo ja i tylko ja jako matka wiem, co jest dobre dla mojego dziecka. Też chcesz dobrze dla niego, więc zaufaj mi.” Warto słuchać rad, ale dobrze je wcześniej przemielić w głowie kilka razy i potraktować rady jako rady, a nie nakazy. A świat nie stoi w miejscu i to, co było dobre 20, 30 lat temu niekoniecznie sprawdza się dzisiaj. A w rodzicielstwie „czuję” jest ważniejsze niż „wiem”.

Ale było o szczepieniach.

Nie usłyszysz ode mnie, czy masz szczepić czy nie. Mogę Ci jedynie zaproponować wyjaśnienie, dlaczego ja szczepię.

Uważam szczepienia za prawdziwy sukces medycyny. To, że każdy z nas, rodziców, ma dostęp do możliwości, jakie dają – do możliwości zminimalizowania ryzyka wystąpienia choroby, a w raz z nią powikłań po niej – jest wielkim przywilejem naszych czasów. Szczepionki, jak każde substancje medyczne, są poddawane ciągłym badaniom i testom – wynika to z ich przeznaczenia – wirusy przecież się zmieniają, mutują, stają się coraz bardziej odporne. Bez szczepień wysyłasz swoje dziecko na wojnę z nimi bez zbroi.

Powikłania poszczepienne. Twój argument. I słuszny.

Ale wyobraź sobie wagę. Taką zwykłą, szalkową. Z Twojej lewej strony masz powikłania po chorobie, z prawej – po szczepieniach.

 

balance-154516_1280

 

Tak, tak to mniej więcej wygląda.

Wybierz właściwą szalę.

Kiedyś ktoś wymyślił, że szczepionki wywołują (WYWOŁUJĄ – to kluczowe słowo) autyzm. Potem się z tego wycofał, ale pogląd i opinia zostały. I nawet jeśli dziś nie ma na to żadnych dowodów – wielu ludzi w to wierzy i ma do tego prawo. Fakt, szczepionki, zwłaszcza te starsze, wywoływały zmiany w mózgu  – wypuszczone w konkretnej serii, przez konkretny koncern. Można się doszukiwać celów takiego działania, celów mniej lub bardziej humanitarnych. Niewątpliwie takie rzeczy się działy i chociaż nie znam takich przypadków osobiście (zabrzmiało tak przedmiotowo – nie znam osobiście dzieci z takimi powikłaniami) to jednak znam osoby, które od lat mają z nimi styczność. I wiem, że nie są to proste powikłania. Jednak mimo tej wiedzy nadal uważam, że powikłania poszczepienne stanowią jedynie niewielki procent całości, a skutki ospy, grypy czy świnki są naprawdę szeroko rozpowszechnione i z całą pewnością nie są odosobnione.

Wirusy chorób zakaźnych to naprawdę ciężka kawaleria do pokonania. Na szczęście mamy narzędzia i metody, aby z nimi walczyć. A odpowiedzi na pytanie: „Co zrobić, żeby dziecko było zdrowe i szczęśliwe?” poszukajmy w swojej głowie, a nie w tv, w bibliotece czy na portalu w necie.

House of Games, czyli plastelina, Beksiński i chorały gregoriańskie na balkonie.

computer-24877_1280

Był jeden z tych wieczorów, w których to kotom nie przeszkadza mokre futro i są bardziej leniwe niż najbardziej leniwe leniwce; w których to ulubionym miejscem wszystkich dużych i małych dzieci jest wanna/prysznic/basen – nawet bez żółtej kaczuszki – byle z chłodną, względnie czystą, najlepiej bezbarwną (tak, to ważne) cieczą; jeden z tych wieczorów, w których woda z lodem i cytryną smakuje zdecydowanie lepiej niż zimne piwo – jednym słowem to był ten rodzaj wieczoru, za który kocha się lato.

Gagatek leżał rozklapciały na łóżku majtając nogami w górze i czytał „Tajemnicę zielonej skarpetki” (chce ją samodzielnie przeczytać w wakacje, z każdą kolejną stroną jest z siebie coraz bardziej dumny), Bazyl zdecydował się opuścić swoją strategiczną pozycję obok miski z karmą i przykleił cały brzuchol do zimnego parapetu prezentując pozycję rudego naleśnika, a Abi zostawiwszy swoich pięć miauczących szczęść w koszyku pod biurkiem udała się do wodopoju i zdawała się zagarnąć go na własność. Gagatkowa tymczasem zasiadła na balkonie z laptopem na kolanach i włączyła tryb „relax, take it eeeeaaaaaaasyyy…”.

Gagatkowa, moi drodzy, nie jest maniakiem komputerowym. Zakres jej wiedzy na temat sprzętu elektronicznego nie wybiega poza ramy określenia „na użytek własny”, jeśli czegoś nie wie – znaczy, że nie musi. Ot taki komputerowy ignorant. Ale jest na Gagatkowym sprzęcie mały kawałek przestrzeni, do którego matka zagląda rzadziej niż by chciała, ale kiedy już zajrzy (tak jak owego pięknego, letniego, ciepłego wieczoru) jest najszczęśliwszym właścicielem sprzętu komputerowego na świecie. I teraz uwaga – niespodziewanka! Ów kawałek przestrzeni jest folderem o nazwie „HouseOfGames”. Tak. Gram w gry komputerowe. Ja, matka szalonego sześciolatka, poważny wychowawca, odpowiedzialny opiekun i etatowy terapeuta wśród przyjaciół. Gram w gry komputerowe. I wiecie co? Uwielbiam to! Uwielbiam mądre gry – bez naparzanek, strzelanek, krwi, zombie i bezsensownego gapienia się w monitor. Takie, które oferują więcej, niż tylko zgubienie kilku godzin w czasoprzestrzeni. Takie, do których chce się wracać, chociaż przeszło się je już naście razy. Przedstawię Wam pięć, które rządzą w mojej głowie – jedne od daaaaawna, inne od kilku dni. Są to gry polegające na eksploracji terenu, większość z nich jest w typie „wskaż i kliknij” (czyli postacią steruje się za pomocą myszy, a naciśniecie na obiekt uruchamia jakąś akcję z nim związaną). O każdej z nich możecie poczytać na którejś ze stron z opisami gier komputerowych, tu przedstawię Wam swoje osobiste i subiektywne odczucia na temat każdej z wymienionych.

 

1. The Neverhood

No przecież, że najważniejsza! Któryż z miłośników gier przygodowych nie zna capture-20170724-130709plastelinowego świata z Klaymenem i jego kasetką w brzuchu? Gra zdecydowanie dla każdego, od małego do dużego łobuziaka. Kierujemy ludzikiem z plasteliny, łazimy wśród plastelinowych drzew po plastelinowych ścieżkach, jeździmy plastelinowymi autkami i chociaż brzmi to nieco abstrakcyjnie, dziecinnie i prosto, to wierzcie mi – nie sposób się nudzić. Wybuchy śmiechu gwarantowane! Muzyka w tej grze jest osobnym bytem, który sam w sobie jest genialnym tworem,  od lat mam na jakimś zdartym cd zgrany cały soundtrack, który jest tak kosmiczny, że nawet ciężko go opisać. Oczywiście zagubił się gdzieś w przestrzeni i teraz w chwilach nagłej refleksji nad przemijaniem mam ochotę na sentymentalny powrót włączam YT. Posłuchajcie i Wy (moich ulubionych):

https://www.youtube.com/watch?v=Wh4WnHlsbvM
https://www.youtube.com/watch?v=wI66XSmyqwI
https://www.youtube.com/watch?v=F37ZeulEWik
https://www.youtube.com/watch?v=VY3iJJjSJ80

Jest to pierwsza gra, którą dostałam (jeszcze na Windows 98!) i wracam do niej do tej pory, czyli coś jest na rzeczy 😉

 

2. Dear Esther

Gra jest niezwykła. Zakochałam się w niej od pierwszych dźwięków zza pierwszego kadru. Inna niż wszystkie, w które graliście do tej pory, uwierzcie mi. Znajdujemy się na opuszczonej przez Boga i ludzi wyspie, a naszym zadaniem jest jedynie jej eksploracja.  Niczego nie zbieramy, niczego nie uruchamiamy, w grze nie capture-20170724-130842występuje żadna akcja, nie ma zagadek, jesteśmy też jedynym człowiekiem na tej wyspie. Gra jest krytykowana przez to, że nie robi się w niej absolutnie nic poza chodzeniem. Nie ma tam też zawiłej fabuły. Co jest więcej takiego że chce się do niej wracać? Otóż moi mili państwo grafika w „Dear Esther” to mistrzostwo świata. Poradniki podają, że przychodzi się ją w 3-4 godziny.  Ja grając w nią pierwszy raz przechodziłam ją tydzień – tylko z tego powodu, że do niektórych lokacji wracałam cztery, pięć razy.  Strona wizualna gry jest genialna – w dzień po niebie leniwie przesuwają się chmury, idąc brzegiem morza fale są tak realistyczne, że prawie można je poczuć, w kołyszącej morskim wiatrem trawie można wyłapać pojedyncze kłosy, a kiedy nagle z prawej krawędzi ekranu wylatuje mewa, machinalnie przechylasz się w lewo. Idealnie.  Nocą na niebie mrugają gwiazdy. Każdy detal dopracowany jest do perfekcji.  Kiedy dodamy do tego rewelacyjną muzykę (ścieżka dźwiękowa sama w sobie jest jak balsam na uszy – relaksacyjne tony przeplatane chóralnymi pieśniami z szumem morza i wiatru w tle)  i narrację prowadzoną przez głównego bohatera otrzymujemy grę idealną. „Dear Esther”  można kochać albo nienawidzić, ale na pewno zostanie zapamiętana.

3. Tormentum: Dark Sorrow

Jest to gra magiczna pod wieloma względami. W grafice wyraźnie da się wyczućcapture-20170724-131004 inspiracje obrazami Beksińskiego, a fabuła obija się gdzieś między Poem a Lovecraftem. W trakcie rozgrywki jesteśmy aktywni jako gracze, dokonujemy wyborów, które prowadzą nas do jednego z alternatywnych zakończeń gry – to powoduje,  że grę można przechodzić bez znudzenia kilka razy – a doznania wizualne wyzwolą niekontrolowane „o, wooow” co najmniej kilkanaście razy. Gra nie tylko dla miłośników dance makabre – naprawdę polecam wszystkim, którzy chcą przeżyć fajną przygodę w wygodnym fotelu, a przy tym dowiedzieć się czegoś o samym sobie.

 

4. Obduction

capture-20170724-131115Klasyczna eksploracyjna point and click. Książkowa. Taka, co to się ją daje za przykład wyjaśniając pojęcie w encyklopedii. Trafiłam na nią przez czysty przypadek. Gra ciekawa, historię gracz poznaje w trakcie rozgrywki, samemu składa się zdobywane sukcesywnie informacje w całość, odkrywając cel i drogę prowadzącą do rozwiązania zagadek. Gra wymagająca myślenia, bogata w łamigłówki logiczne. Moim zdaniem jest to gra da wszystkich lubiących myśleć, układać strzępki historii w całość – czyli nie dla każdego. Niektórzy będą się tylko wkurzać: „Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem!” albo „eee…. allle o sso chozzzi…” 😉 Ja do niej wracam.

 

5. The Vanishing of Ethan Carter

I moja wisienka na torcie. Jak zdążyliście pewnie zauważyć, każda z wymienionych przezecapture-20170724-131224 mnie gier różni się czymś od reszty sobie podobnych. Nie inaczej jest z „Zaginięciem Ethana Cartera”. Grafika w tej grze jest obłędna, błyski słońca odbite od tafli jeziora oślepiają oczy, a te przedzierające się między konarami drzew tworzą mega klimat (ale przy takich wymaganiach sprzętowych nie jest to jakoś specjalnie dziwne – w „Dear Esther” jest bardzo, bardzo podobnie, a wymagania co do karty graficznej są zdecydowanie mniej wyśrubowane). Wszystko to twórcy gry osiągnęli dzięki zastosowanej technice fotogrametrii (tworzeniu obiektów 3D na podstawie zdjęć) – ma się wrażenie bycia w samym środku całkiem dobrego filmu. Dodatkowym atutem jest wielowymiarowość gry, a konkretna fabuła, chociaż bogata w wiele wątków, nie jest chaotyczna – gra naprawdę, NAPRAWDĘ 10/10.

 

Jeśli będziecie mieć możliwość spróbowania którejkolwiek z tych pyszności – naprawdę zachęcam. I daję wam Gagatkową gwarancję, że nie będziecie mieli potem zgagi 🙂

 

Zdjęcia pochodzą ze strony http://www.gry-online.pl

 

Pachnąca magia na sypko, czyli kuchnia Gagatków przyprawami stoi!

20170612_112716

 

Niedziela.
Obiad.

No a co na obiad w niedzielę, moi Państwo? No rosół, no przecież, że rosół! A na drugie? No…? No… schabowy, no przecież, że schabowy!

IMG_6176

Nie inaczej jest w Gagatkowie. Zestaw obowiązkowy, bez którego niedziela to nie niedziela, wiadomo – tradycja, rzecz święta. Ale Gagatkowa całkiem niedawno miała przyjemność poznać magików, których czarodziejskie sypkie akcesoria zamieniły zwykłe w Niezwykłe.

Ale po kolei.

Kilka dni temu w gagatkowe progi zawitał Pan Listonosz, dzierżąc w dłoni średniej wielkości paczuszkę. Wewnątrz znajdował się ślicznie zapakowany pakiecik 20170612_112502aromatycznych przypraw, których zapach rozszedł się w sekundzie po całym domu. Wiele osób sceptycznie podchodzi do napisów na produktach, które krzyczą: „Bez konserwantów!”, „Jak u Mamy!”, „100% naturalne!” – nic dziwnego. To świetny chwyt marketingowy w dobie boom’u na bycie fit i bio. Ile jednak z tych produktów choćby leżało obok tych „eko”? Pff. A na otrzymanej przez Gagatkową paczuszce takich napisów nie ma. Nie ma, BO NIE MUSI ICH TAM BYĆ. Bo dobry produkt nie potrzebuje pustych haseł – obroni się sam. A wierzcie mi – produkty z Domowej Spiżarni są najlepsze – albo nie, nie wierzcie mi, przekonajcie się o tym osobiście 😛

I w taki oto sposób Gagatkowa weszła w posiadanie magicznych ingrediencji, które to wzbogacają walory sensoryczne wszelakiej maści gotowanych, pieczonych, smażonych, duszonych, mrożonych i  innych ~onych twórczych poczynań kulinarnych. Każda z nich została zapakowana w hermetyczną, wygodną w użyciu, podpisaną torebkę z okienkiem. Cudo.

Ale było o rosole.

Gagatkowa matka nie lubi krystalicznego rosołu. Może to nie do końca zrozumiałe przez IMG_6180niektórych, ale wygląd (i smak!) rosołu w niedzielę jest sprawą niezwykle ważną i stanowi tą część tradycji, o którą dba po części z sentymentu, po części dla własnej przyjemności. Nie wybieram ok, nie przecedzam przez sitko. Domowy. Z farfoclami. Suszone warzywa idealnie podkreśliły jego smak, Gagatkowa nie omieszkała również sypnąć sporej garści suszonego lubczyku – bo lubczyk jest cool.

I wyszło mniamuśnie.

IMG_6177Klasycznego schaboszczaka potraktowałam jak zwykle solą i pieprzem, tym razem dodając też cząber, tymianek, sok z cytryny i moją nową miłość – czarnuszkę. Miałam z nią styczność po raz pierwszy (wstyd się przyznać…), ale to była miłość od pierwszego wejrzenia.  Idealnie podbiła smak ziół, nadając korzenny, lekko gorzki smak – genialny do słodkiej papryki (używałam jej też do marynowania skrzydełek na grilla – dodałam do niej trochę miodu, słodkiej papryki, chilli i najzwyklejszą przyprawę do grilla, rewelacja, polecam!). Ten nie zna życia, kto nie zna zapachu czarnuszki. Można się zakochać.

Domowa Spiżarnia wychodzi naprzeciw Waszym potrzebom – w zależności od częstotliwości Waszego pichcenia (lub przeciętnej ilości używanych przypraw) znajdziecie tam torebeczki o wadze 30g, 200g i 1 kg, wszystkie w bardzo przystępnych cenach. A propos cen – Gagatkowa ma dla Was bonus od naszych przyprawowych magików – kod rabatowy  – w odpowiednim miejscu podczas składania zamówienia wpiszcie MATKAGAGATKA, a wartość Waszych przyprawowych zakupów zmaleje o 10% ! 🙂

Oczywiście Domowa Spiżarnia (jak na prawdziwą spiżarnię przystało) oferuje Wam także cały szereg różnych przydatnych w kuchni przyrządów – w tym również tych z gatunku TYLKO DLA DOROSŁYCH (np. butelki na piwo z hermetycznym zamknięciem, elektryczną destylarkę i wiele, wiele innych!), a także coś, co mnie osobiście urzekło po całości – wieczka do słoików, po których można pisać kredą! Genialne! 😀

Tak moi Państwo. Czysta natura zamknięta w małych torebeczkach, dostarczona zwykłej gawiedzi. I już człowiek czuje się lepiej.

Zdrowiej.

Przyjemnie. Tak… Swoysko.

 

profil FB: https://www.facebook.com/Swoyskie
strona internetowa: http://www.domowaspizarnia.pl/

 

Trzy słowa, czyli każdy może zostać czarodziejem!

magic-1459371_1280

MG: Wiesz, że każdy potrafi czarować?
G: Tak? Ja też?
MG: Oczywiście, dzieciaki są nawet lepszymi magikami niż dorośli!
G: Wooow! A jak się czaruje?
MG: Wystarczy znać trzy magiczne słowa.
G: Taaaa… Proszę, przepraszam, dziękuję. Wiem mamo. Ale one wcale nie są magiczne. „Hokus-pokus” na przykład. Albo „Abrakadabra”. Ale „dziękuję”? Przecież ono nic nie robi.
MG: Nieprawda. Te trzy słowa: ‚proszę’, ‚przepraszam’ i ‚dziękuję’ są naprawdę magiczne. Nazywają się tak nie dlatego, że ktoś tak kiedyś bez sensu wymyślił, tylko naprawdę potrafią coś wyczarować. Naprawdę robią większą magię niż „hokus-pokus”.
G: Naprawdę?
MG: No naprawdę.

MG: Kiedy używasz tych słów, potrafisz nawet coś wyczarować. Nie wszyscy ich używają, bo nie wszyscy o tym wiedzą – nie wszyscy wiedzą, że te słowa są naprawdę magiczne. Potrafisz nimi wyczarować coś więcej niż królika z kapelusza albo kwiatki, albo coś innego, co czarodzieje wyczarowują. Tymi słowami wyczarujesz coś, co Tobie da radość, co spowoduje, że się ucieszysz, że będziesz szczęśliwy. A przecież każdy lubi czuć się szczęśliwy! Wiesz co możesz wyczarować używając tych trzech słów? Uśmiech. U siebie albo u innych. A jeśli jest uśmiech, wszystko jest łatwiejsze, więcej można załatwić, no nie?

Wiesz, świat jest tak wymyślony, że to, co dajesz innym (i nie chodzi o zabawki, herbatę albo pieniądze, ale np. kiedy poświęcasz im czas, powodujesz, że się uśmiechają albo jesteś dla nich miły) spotyka też Ciebie. Nie wiem tak do końca jak to działa, ale działa, naprawdę. Czasem nie od razu, czasem trzeba poczekać, ale na pewno to, co miłego dałeś innym, wróci do Ciebie – np. na spacerze spotkasz jaszczurkę, rzeczy się tak poukładają, że będziemy mogli gdzieś wyjechać razem, znajdziesz coś, co dawno zgubiłeś – na pewno zdarzy się coś, co sprawi, że Tobie będzie miło. I to wszystko to magia, którą powodują właśnie te trzy słowa: „proszę”, „przepraszam” i „dziękuję”. Dzięki nim wszystko staje się prostsze dla Ciebie.

Jasne, że nie usuną tak całkiem problemów. W końcu nie każdy rozumie, czym jest magia. Albo czarowanie. Albo po prostu na niektórych magia nie działa. Tak się zdarza i już. Albo nie zawsze magia się uda – w końcu wszystkim magikom potrzebny jest trening, ćwiczenia i wszyscy się wcześniej muszą nauczyć czarować, zanim magia zacznie działać. Ale przecież, kiedy już się nauczą, to super jest ta magia, co?*

 

* Nie był to monolog. Padały różne pytania np.

G: Czy jeśli  będę mówił „proszę” i „dziękuję” to zawsze dostanę to, co chcę?
MG: Nie. Nie Zawsze. Dlatego, że to, czego chcesz, nie zawsze jest tym, co jest Ci potrzebne. Na przykład: bardzo chcesz jakąś zabawkę, np. skrzecząco – świecąco – chodzącego superdinozaura. Ale jej nie dostajesz. Jest Ci przykro, prawda? Ale kiedy go już dostajesz okazuje się, że nie chodzi tak, jakbyś chciał, albo nie ryczy wystarczająco głośno, ale świeci za słabo – i nie chcesz się nim bawić. I też jest Ci przykro – tak samo, jak wcześniej, kiedy go jeszcze nie miałeś. Czyli go chciałeś, ale okazało się, że go nie potrzebujesz. I tak jest z wieloma innymi rzeczami – jeśli czegoś nie dostajesz to widocznie tego nie potrzebujesz, tylko o tym nie wiesz – świat jest fajnie urządzony, nie do końca go jeszcze rozumiem, ale wiem, że wszystko się dzieje po coś. I nawet jak coś się nie dzieje – to też z jakiegoś powodu.

Dzieci są naprawdę mądrzejsze, niż się nam wydaje. Wystarczy się przy nich zatrzymać, raz rozwiać niektóre wątpliwości, innym razem nakierować na samodzielne rozwiązanie.

Rozmawiać.

Rozmawiać.

Rozmawiać.

Dziecko, czyli nasz najukochańszy gorszy sort.

binding-1328348_1920

W Dzień Dziecka wpisy powinny być radosne. Powinno z nich ognistym żarem buchać szczęście, a miłość wylewać się z brzegów. W Dzień Dziecka na blogach powinna znajdować się sama tęcza, bo przecież dzieci to nasze najukochańsze skarby, nasze miłości największe. Każdy rodzic życie by oddał za własne dziecko, a dziecięce łzy smakują stokroć bardziej gorzko niż swoje własne. W Dzień Dziecka to dziecko powinno być najważniejsze. I jest, no przecież że jest!

Czy aby na pewno…?

Rodzice zbyt często wykorzystują to, że dziecko jest mniejsze, słabsze, mniej rozumie. To wytrych dla rodzica, usprawiedliwiający go przed sobą samym, doskonale pomyślany zresztą. Dorosłemu wolno więcej. Dorosły może, bo… BO JEST DOROSŁY. Dziecku nie wolno wolniej, bo przecież żyje w świecie dorosłych, gdzie wszystko pędzi na złamanie karku, a każda godzina jest ważna jakby miała życie inaczej poukładać (serio, naprawdę jest tylko mały ułamek sytuacji, kiedy ta jedna godzina zmieni Twoje życie); dziecko nie może gorzej od innych, bo przecież żyje w świecie dorosłych, gdzie w wyścigu szczurów ludzie zabijają się o własne pięty; dziecko nie może po swojemu, bo przecież ma to inny szablon niż u dorosłych.

I tak to biedne dziecko radzi sobie jak może, żeby przeżyć wśród tych wszystkich „pośpiesz się!”, „nie ubrudź się!”, „weź żółtą kredkę!”, „nie tak!”, „zostaw!”, „odejdź!” itp., itd. Radzi sobie, przystosowuje się jak umie, już od pierwszych miesięcy opracowuje (na początku nieświadomie) swoją strategię przetrwania. I to od Ciebie rodzicu zależy, jakie miejsce w niej zajmiesz – jako sojusznik, wróg czy ktoś totalnie bez znaczenia strategicznego. Jak kałuża.

Rodzicu, nie bądź kałużą.

Spójrzcie na zdjęcie powyżej. Piękny obrazek, prawda? Dorosły prowadzi dziecko. Małe paluszki ściskają dużą rękę, pozwalają się prowadzić. A wiecie co ja widzę? Dziecko trzyma dorosłego, bo nie zna świata, bo się boi, pozwala się prowadzić, żeby czuło się bezpiecznie. A dorosły? Dorosły nie trzyma dziecka – wystawił jedynie rękę, aby uspokoić sumienie – „jestem, pomagam”. To nie dorosły opiekuje się dzieckiem, to dziecko pilnuje się dorosłego.

W ten Dzień Dziecka, w ten szczególny dzień, w ten jeden na 365 identycznych dni – pozwól dziecku być dzieckiem, daj mu ten luksus. Przytulaj najmocniej jak można. Całuj częściej niż zawsze. Odpuść. Należy mu się bycie dzieckiem przynajmniej w ten jeden dzień roku. Niech się wytarza w błocie. Niech się naje piachu. Niech zje tonę lizaków. Niech pomaluje słońce niebieską kredką, a trawę na czerwono. Niech założy dwie różne skarpetki – przecież może. Przecież to w żaden sposób nie wpłynie negatywnie na Twoje życie. Świat się nie skończy, kiedy pomalujecie buzie farbami, a ono ubrudzi Twoją bluzkę, kanapę czy psa (pies akurat na pewno będzie szczęśliwy, także luz).

Rodzicu, wyluzuj. Masz dzisiaj jedyną okazję.

 

 

* Mam nadzieję, że ci, którzy tu zaglądają, znają mnie (mogą mnie nie lubić – pozwalam!) wyłapali sarkazm i wyolbrzymienie w niektórych miejscach oraz to, że piszę jedynie o tej grupie dorosłych, dla których dziecko faktycznie jest gorszym sortem. Jest przecież cała reszta wspaniałych rodziców, którzy rozumieją swoje dziecko sercem, nie głową.

Bycie nastolatkiem nie jest łatwe, czyli o grze „Niebieski Wieloryb” po Gagatkowemu.

Gra „Niebieski wieloryb”. Cały internet aż huczy, szkoda tylko, że huczy dla samego huczenia, jak zwykle zresztą.Gra, którą niektórzy uważają za nieistniejący wymysł (jeśli tak, jest to wg mnie dużo bardziej niebezpieczne, bo na pewno znajdą się tacy, którzy udowodnią, że na pewno tak nie jest) jest niebezpieczna nie ze względu na bezpośrednie konsekwencje czynności do wykonania w formie zadań – bynajmniej nie tylko. Ten potworny wymysł jakiegoś psychopaty robi z nastoletnich mózgach dużo więcej złego niż na nastoletnich ciałach.

Gra pochodzi z Rosji, polega na wykonywaniu określonych zadań o różnym stopniu trudności (przypomina mi się słynny ciąg z filmu „13 grzechów”: złap muchę -> zabij muchę -> zjedz muchę), jednak wyzwania te uderzają bezpośrednio w nastolatka, mają spowodować jego umartwienie, wywołać stany depresyjne i lękowe lub ból fizyczny. I to właśnie sprawia, że jest to tak bardzo niebezpieczne.

Wielu blogerów grzmi, że to fake, ściema, sztuczny twór. Ale jeśli nawet, to problem nie jest ściemą, tylko jest kurcze mega realny i bardzo, bardzo poważny. Część z Was rozwodzi się nad tym, czy te nastolatki jednak popełniły to samobójstwo czy nie, czy było ich 3, 30 czy 130… Ilu nastolatków rocznie odbiera sobie życie?! Bo są sami. Bo, jak ktoś kiedyś mi powiedział – w tym jednym, jedynym, krótkim momencie nie było przy nich nikogo, były same (jeśli to czytasz, tak, pamiętam, że to Ty 🙂 ), a decyzja o samobójstwie to krótki moment – być może czasem dojrzewa latami, ale jeśli nie zostajesz sam ze swoimi myślami w tym kluczowym momencie – wszystko można odwrócić. A nastolatki często zostają same – bo są trudne. Bo wymagają więcej cierpliwości, miłości, zrozumienia niż dwulatek.

Wiele z Was powie, że przecież rodzic zauważy, ze coś złego dzieje się z jego dzieckiem. Nieprawda. Nie każdy i to wcale nie wynika z tego, że jest Rodzicem Nieobecnym (w życiu dziecka, nie fizycznie, obok) – nastolatki potrafią się świetnie maskować i udawać (jeśli mają taką potrzebę).  Lubią być same i ta ich samotność we własnym pokoju nie jest jakąś anomalią, ja sama mając lat ~naście zamykałam się w pokoju na długie godziny, w dziurawych i popisanych długopisem dżinsach słuchałam The Cure i cierpiałam ból istnienia. I nie potrafię Wam powiedzieć ze stuprocentową pewnością, że nie podjęłabym się wyzwań w grze, jeśli na mojej drodze stanąłby taki idiota z Blue Whale Challenge. Raczej nie, ale kto wie.

Właśnie dlatego, to jest takie niebezpieczne. Uderza w najczulszy, najdelikatniejszy, najsłabszy (nie, nie najsłabszy  – najbardziej podatny) target. Bycie nastolatkiem nie jest łatwe. Cały czas szukasz tego, kim jesteś. Nieustannie zabiegasz o czyjąś uwagę (świadomie lub nie). Poddajesz pod wątpliwość wszystko, co usłyszysz i stajesz okoniem wobec wszystkiego, czego sam nie wymyśliłeś. To najtrudniejszy moment w życiu, dlatego tak łatwo skierować je wtedy na zły, destrukcyjny tor. I w tym całym zamieszaniu z Blue Whale Challenge nie chodzi i samą grę, o wyzwania i jej zasady, ale o to, że rodzice nagle budzą się i okazuje się, że kompletnie nie mają pojęcia, co się dzieje z ich dziećmi i kim one w ogóle są.

Ograniczenie komputera, blokady rodzicielskie, kontrola telefonu, szpiegowanie – poważnie? To jest ta genialna recepta?!

Co zasiejesz, to zbierzesz, prawda stara jak świat.

Pada wiele bzdurnych komentarzy pod tekstami o tym. Przeczytałam na przykład:

„jezu chryste, te dzieci sa coraz glupsze, niedlugo iloraz inteligencji beda mialy na minusie”, „jednostki o ograniczonym QI wyeliminują siebie same” (pisownia oryginalna)

Serio? To wina niskiej inteligencji dzieci?! Nie, moi drodzy, to wina cholernie niskiej inteligencji emocjonalnej rodziców, ich priorytetów wywróconych do góry kołami, ich pogonią z Bóg wie czym i Bóg wie po co, to wreszcie straszna konsekwencja rodzicielstwa polegającego na BYCIU GDZIEŚ  a nie BYCIU OBOK. To wina tych wszystkich lat zaniedbań, tych wszystkich nieprzeprowadzonych rozmów, tych wszystkich „później” i tych wszystkich „zaraz”! Gotuje się we mnie kiedy słyszę, że samookaleczenia są jednym z symptomów problemów z psychiką – nie, k…urde, to nie są symptomy, to są skutki. To są żałosne próby pomocy samemu sobie – bo z jakiś powodów dziecko wierzy, że nikt nie jest mu wstanie pomóc i to jest ostatnie, co mu zostało. A to, w jaki sposób myśli dziecko, kształtują rodzice. Od niemowlaka.

Czy gra to fake czy nie – moim zdaniem to nie jest ważne. Bo usilne próby zauważenia problemów młodego człowieka przez najbliższe mu otoczenie są już jak najbardziej prawdziwe, a konsekwencje psychiczne i fizyczne mniej lub bardziej udanych prób potrafią zniszczyć mu życie na długie lata.