Sklep ze szczęściem z papieru, czyli co ma wspólnego cebula, mitologia i samodzielne dziecko.

IMG_6302

 

Sobota.

Gagatkowa matka pacnęła na kanapowe poduchy z termoforem, mrucząco – miauczącym rudzielcem i kubkiem gorącego kakao z cynamonem (jesień nadejszła, zdecydowanie…) obok czytającego dziecięcia swego i włączyła zdobycz cywilizacji w postaci niebieskiego ekranu.
I w takiej oto sytuacji i towarzystwie oczom matki ukazał się pan Dowbor w sielskim otoczeniu rodzinki, który to rzygając tęczą zachwalał dobrodziejstwa czytania dzieciom.

Matka rzuciła pełne wątpliwości spojrzenie w stronę dzielnie walczącego ramię w ramię z Detektywem Zagadką syna i zamyśliła się głęboko.

Bardzo pięknie.

Tylko, że – pomyślała – gdybym nie wiedziała, jak jest naprawdę, jakoś byś mnie nie przekonał, panie Dowbor.
Więc…
(- Ty! Nie zaczyna się zdania od więc! Pff.) Tak więc ja Wam opowiem – na swoim własnym prywatnym przykładzie (a raczej na prywatnym przykładzie Gagatka), jak się sprawa ma. I czy warto, czy nie warto.

Gagat czyta od pierwszego dnia na świecie i w związku z tym ma naprawdę konkretną bibliotekę. Jak na siedmiolatka przystało, ma na półkach cały przekrój przez różne stopnie trudności, wielkości, rodzaje i typy książek – od malutkich, prostych, dziecięcych książeczek o owocach, zwierzątkach, przeciwieństwach,  przez grające, piszczące, z alfabetem, bez alfabetu, z bajkami, z wierszami, z cudami – wiankami, aż po czytane dziś – tematyczne, małe encyklopedie, „Harrego Pottera” i tym podobne. I całą półkę o dinozaurach.

A z dinozaurów, jak wiadmo, płynnie przechodzimy do smoków – standard i klasyka. Jedna książka o smokach już cierpliwie czekała na półce jakiś czas, ale teraz zainteresowanie osiągnęło taki poziom, że byle czytadło to za mało.

Dlatego – jak książka o smokach, to tylko „Smokologia”.

O matko boska książkowa. Gdybyście mogli zobaczyć TĄ minę. To przeciągłe „łaaaaał…”, które pojawia się tak rzadko, że zwątpiłam już dawno w jakikolwiek zachwyt IMG_6293czymkolwiek od czasów plastikowej wyspy dinozaurów pod choinkę lata temu. I pojawił się. Był błysk w oczach, były pioruny, neony i melodyjka. I mój wzrusz (wzrusz tym większy, że nie wydałam na nią milionów – albowiem książka jest używana, aczkolwiek niezniszczona, kompletna i na pierwszy rzut oka nie widać jej „drugiej młodości”). No i przecudowna.

Znajdziecie w niej takie cudowności, jakich nigdzie indziej nie uświadczycie (jak np. IMG_6294układ kości smoka czy próbkę skóry) – a pisana prawdziwie naukowym językiem jest szalenie przekonująca. Zrewolucjonizowała naszą bibliotekę, zdetronizowała „Koszmarnego Karolka” (dżizas, wreszcie…) i zasłużyła nawet na osobną półkę. Mówię Wam, kosmos. Totalne zauroczenie.

Ale nie tylko o książce dziś. Opowiem Wam o miejscu, z którego ją mamy, które uwielbiam i do którego wracam tuż po wypłacie (kurde, jakieś uzależnienie chyba mi się buduje w mózgu…), mianowicie o Antykwariacie Internetowym „Tezeusz”. Uwielbiam to miejsce (już raz mi tyłek ratowali, kiedy okazało się, że potrzebuję kosmicznych książek spod ziemi na JUŻ, których nikt nigdzie nie ma – a oni MIELI). Ja mam psychozę jakąś na punkcie książek, muszę coś czytać wieczorami, w pociągu, na dworcu, gdziekolwiek przycupnę – muszę mieć książkę, inaczej wariuję. Sądzę, że dość znacznie podnosimy wskaźnik czytelnictwa w Polsce – ja wśród osób dorosłych, a Gagat wśród dzieciaków.

I takie miejsce jak „Tezeusz” jest rajem dla takich maniaków jak my. Ogromny Antykwariat i Księgarnia Tezeusz.plwybór, czytelne kategorie i te, TE ceny („cebulowe”, jak określają zakupoholicy, czyli mega niskie, można wyszperać ciekawe pozycje za dosłownie parę złotych). No i przysłowiowa kropka nad „i” – szybka wysyłka, dostępny paczkomat (nie sądziłam, że nadal nie jest łatwo trafić na księgarnię z tą opcją wysyłki).

Tezeusz w mitologii był niezłym kozakiem (dla niewtajemniczonych to ten, od labiyntu i Minotaura). A antykwariat i księgarnia „Tezeusz” (stacjonarnie Lubień) da Wam mnóstwo szczęścia z papieru,  a Waszym dzieciom da coś innego – coś, nad czym poważnie musicie się zastanowić, czy chcecie im to dać.

Bo czytanie Waszym dzieciom da pewność siebie, umiejętność logicznego myślenia i rozwiązywania problemów, rozwinie wyobraźnię, poszerzy słownictwo, wyrobi własne zdanie i upodobania. Przez czytanie Wasze dziecko nauczy się dyskutować, argumentować, stanie się samodzielne i nie bedzie Wam ślepo posłuszne, bo pozna inne wyjścia z sytuacji.

Przez czytanie dziecko nauczy się myśleć.

Zastanów się poważnie, czy tego chcesz.

 

FB: https://www.facebook.com/antykwariattezeusz
Strona internetowa: https://tezeusz.pl/

Logo pochodzi ze strony https://tezeusz.pl/

Reklamy

Wakacje od dorosłości, czyli fejs na plaży.

swimmer-1763862_640

 

Wpis długo wisiał w szkicach, bo po powrocie znad tej Sielpi jakoś wkurw mi minął i rozszedł się po kościach przy myciu okien. “Nie wytrzymałam długo nad tą wodą. Zebrałam kocyk i łopatkę i poszłam w bliżej nieokreślone „pizdu”, bo mnie roznosiło, kiedy patrzyłam i widziałam, i słyszałam, i nie podobało mi się to, co słyszałam.” Itp.

Ale cisza w temacie nie sprawi, że on zniknie. Ile jeszcze tragedii musi się wydarzyć, zanim dorośli się ogarną i zauważą, że coś jest nie tak z ich zachowaniem…? Nie, nie hejtuję, nie oceniam, wręcz tłumaczę przed innymi. Ale sama czasami nie rozumiem, dlaczego jeden “dorosły” z drugim “dorosłym” zachowali się tak a nie inaczej.

 

  1. “Cho, pykniemy browarka.”

 

Temat wałkowany do porzygu, a ciągle są takie tępe dzidy, które nie rozumieją, że nie są w stanie zapewnić wtedy dziecku odpowiedniej ochrony i bezpieczeństwa, a nawet sami stanowią zagrożenie dla dziecka.

Zagadka:

Widzisz na kocyku troje dorosłych ludzi i dziecko. I trzy puszki piwa, w tym jedno bezalkoholowe. Które piwo należy do rodzica dziecka?

Odpowiesz, że bezalkoholowe.

 

No właśnie niestety niekoniecznie.

 

Ja wiem, że prawo polskie w tym temacie pływa. Nie reguluje jasno, nie mówi, że osoba, pod opieką której pozostaje małoletni, winna mieć 0,00 promila. Dla niektórych rzecz jest oczywista i naturalna. Jednak tak jak podczas prowadzenia pojazdu sytuacja jest klarowna, są wyraźne obostrzenia i przepisy lub regulowane prawem moralnym i obyczajowym zakaz picia alkoholu w ciąży, tak nadal panuje społeczne, ciche przyzwolenie dla spożywania alkoholu mając pod opieką dziecko. I ja nawet staram się zrozumieć – ktoś wie, że ma mocną głowę, że jedno piwo mu nie zaszkodzi itp, itd. Ale ludzie, głupoty się nie da wytłumaczyć. Nie wolno tłumaczyć. Jesteś rodzicem, masz być odpowiedzialny do k***y nędzy! Masz zapewnić dziecku maksymalne możliwe bezpieczeństwo. Nie wolno Ci, powtarzam: NIE WOLNO CI pić jakiegokolwiek alkoholu w jakiejkolwiek ilości, kiedy na plaży pod Twoją opieką jest dziecko. (Owszem, nie dajmy się zwariować. Masz ochotę na lampkę wina do kolacji? Proszę uprzejmie, ale najpierw zapewnij swojemu dziecko opiekę. I pamiętaj, że w razie jakiegokolwiek wypadku do odpowiedzialności pociągnięty zostaje rodzic, nie babcia czy ciocia. Rozważ, czy bilans Ci się kalkuluje) Na plaży, w słońcu (które przecież jeszcze bardziej przytępia i potęguje działanie procentów), nad wodą, gdzie musisz mieć refleks i maksymalnie wyczulone zmysły – odpuść to piwo. Dasz radę, uwierz.

 

  1. “.Niech się pilnuje, no przecież nie mam oczu wszędzie.

 

Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie… No gdzieś tam jest, o tam było. No w sumie tak. Gdzieś jest.

 

Wchodząc na plażę zaraz po rozłożeniu kocyka ustalam z Gagatem punkt orientacyjny, gdzie mnie szukać, zawsze też rozkładamy się w charakterystycznym miejscu o względnie stałym punkcie odniesienia (pamiętajmy, że żółty parasol tudzież parawan w paski teraz jest, a za dwie godziny już może go nie być, za to budka z kebabem albo przystań dla rowerów wodnych raczej się nie przeniesie). Zakładam mu też opaskę z numerem telefonu do mnie – nie jest łobuzem, ale w ferworze zabawy każdy wie jak może być.

Tak, opuszczam czasem głowę, czytam książkę, która wciągnie mnie na minutę za długo. I znika z oczu. Ale dzięki temu, że nie tylko ja pilnuję jego, ale i on pilnuje mnie – znajdujemy się i – odpukać! – nigdy nie zdarzyło się nic złego.

Tyle o piachu i ogólnych zasadach bezpieczeństwa. Drugą i osobną kwestią są zabawy w wodzie.

Pamiętajmy, że dzieci toną po cichu. Że wygląda to na zwykłą zabawę i pluskanie w wodzie. Że nie ma krzyków, błyskających neonowych strzałek, melodyjki i błyskawic. Że to kwestia minut. Nie pozwalajmy dzieciom bawić się bez nadzoru w wodzie. Miejmy oczy w piętach jeśli trzeba. Kiedy robi babki z piasku i je słyszysz – kończ tą książkę. Ale kiedy Twoje dziecko jest w wodzie – obserwuj je cały czas. Przezornie.

 

I na miłość boską – odłóż ten telefon. Dasz radę bez insta, fejsa, snapa i czego tam jeszcze.

Serio, są w tym momencie ważniejsze od Twojego dziecka? Gwoli ścisłości – tak, sama zabieram telefon na plażę. Tak, czasem nawet na fb się pojawię. Ale nie jestem wtedy sama, a moje dziecko ma pewną opiekę. WIEM, że jest bezpieczne, kiedy opuszczam głowę (to dla tych, którzy lubią się czepiać i całe życie szukają na mnie haków 😀 Serio, są tacy :D)

 

Wakacje to piękny czas jest.

Zasłużony.

Warto, żeby był zapamiętany dzięki radosnym wspomnieniom, a nie tragedii i niebezpieczeństwu wynikającym z bezmyślności.

 

Dbajmy o siebie nawzajem.

 

Życiowy surwiwal od małego, czyli pierwsza wielka rewolucja w życiu Twojego dziecka.

mother-3312105_1280

 

Wielkimi krokami zbliża się sierpień, miesiąc adaptacyjny dla wszelakich milusińskich, którzy właśnie rozpoczynają swoją długą, żmudną, okupioną krwią, łzami i potem ścieżkę edukacyjną.

Prawie 3 lata temu (o matko, matko, matko! Ale ja już długo Wam tu zaburzam czasoprzestrzeń :P) pisałam tutaj o trudnych początkach przedszkolnej drogi Waszych pociech, wtedy z perspektywy rodzica. Teraz chciałabym podrzucić Wam małe co nieco z gatunku „nie martw się, to tylko katastrofa” z punktu widzenia opiekuna – osoby, która jest po tej drugiej stronie niebieskich drzwi – magicznego portalu, w którym znika co rano Wasza pociecha. Przygotowałam 4 podstawowe punkty, które pomogą Wam, rodzicom, przez to przejść, bo wierzcie mi – dla Was to jest trudniejsze niż dla Waszego dziecka. Wybrałam trudniejszy target, bo rodziców dzieci żłobkowych. Myślę, że każdy rodzic, który pierwszy raz oddaje swoje wychuchane, najdroższe i najważniejsze maleństwo pod opiekę komuś (jednak) obcemu ma milion myśli w głowie, tysiące pytań, setki wątpliwości, dziesiątki czarnych scenariuszy i jedno marzenie: „oby nie płakało”.

1. Tak, będzie płakało.
No oczywiście, że będzie płakało. Płacz jest dla takiego malucha naturalnym odruchem obronnym. To fizjologia i chwała jej za to, typowa reakcja na nietypową sytuację. Jak inaczej ma Ci zasygnalizować, że taka ogromna zmiana w jego życiu jest mu wybitnie nie na rękę? Nie weźmie Cię na stronę i nie powie: „słuchaj… jestem tu nowy, czuję się trochę niepewnie, nie znam ludzi ani przyzwyczajeń, panują tu jakieś dziwne zwyczaje, jest cholernie głośno, wszyscy mnie dotykają, czegoś ode mnie chcą… Jak w wariatkowie jakimś.” Jasne, dzieci są różne, może wygrałeś los na loterii i Twoje nie będzie płakać całymi godzinami za Tobą. Są takie, które od pierwszego dnia cieszą się, gaworzą, odnajdują się w nowej sytuacji, są też takie, które mimo miesięcy aklimatyzacji nadal wymagają metod rodem z Burger Kinga.

Dla dzieci płacz jest czymś normalnym. Fizjologią. To my, dorośli, sobie z nim nie radzimy – ale to też fizjologia, ewolucyjna naleciałość wykształcona po to, aby przetrwać.

Jak to?

Płacz dziecka jest sygnałem, które wysyła, kiedy czuje się zagrożone lub czuje dyskomfort. Tak samo, jak inne młode sygnalizują swoim rodzicom, że coś jest nie tak. Każdy inny gatunek. Dlatego tak trudno nam znieść płacz dziecka – ewolucyjnie w nas wrosło, że rejestry dźwięków, które wtedy słyszymy, oznaczają zagrożenie, brak poczucia bezpieczeństwa – intuicyjnie biegniemy na ratunek.

Pozwólmy innym ratować.

Nie dzieje mu się krzywda, nic je nie boli. Tęskni. Nie rozumie. Bądź przygotowany na to, że przez pierwsze dni będzie nerwowe. Ale to mija. Z czasem zauważa, że w tym dziwnym miejscu też może być fajnie. Zaczyna zatrybiać, o co w tym chodzi, wpadać w rytm. I wszystko się układa, zaczyna być jak z kąpielą: najpierw ciężko zagonić do wanny, potem trudno z niej wyciągnąć.

2. Od tej pory przez jakiś czas anomalie będą normą, spodziewaj się niespodziewanego.
Cieszysz się, bo Twoje dziecko tak pięknie zasypia samo. Albo nie ma problemów z apetytem. Jesteś z niego taka dumna, samo trzyma łyżeczkę, zajmuje się sobą. A tu buch. Okazuje się, że nic nie jadło. Nie spało. To na pewno wina tych #$@$%^%$ opiekunek, olały moje dziecko, samo biedne zostało przez tyle godzin.

Tak ładnie jadło/spało, regularnie robiło kupkę (nie śmiać mi się tu ci, którzy już zapomnieli, że to jeden z podstawowych problemów rodziców dzieci do lat 3), a teraz wstaje o 3, potrafi cały dzień przeżyć na łyżce kiślu i wypróżnia się dopiero po oliwie w jogurcie.

Tak, bo ciało jest połączone z głową (szyją, ale to nieistotne teraz). Jeśli mam w swojej małej głowie milion emocji naraz, zaburzyli mi cały dotychczasowy rytm, wszystko w moim krótkim, acz burzliwym życiu stanęło na głowie i w dodatku kompletnie nie mam pojęcia co się dzieje i czemu tak – moja fizjologia się buntuje. Radzę sobie jak umiem, byle przeżyć, przetrwać, przecież będzie lepiej.

Tak samo jak Ty. Działa jak dorosły, tylko po swojemu.

A Ty w Twoim dorosłym życiu zajadasz stres (ja! ja!) czy masz ściśnięty żołądek? Śpisz po 14 godzin na dobę czy nie śpisz w ogóle?
Dzieci reagują tak samo jak my, dorośli. Czują taki sam strach i stres. I tak samo jak nasz stres i strach kiedyś mija, tak i u nich trudny moment ustępuje miejsca lepszym dniom.
3. Nie przedłużaj niepotrzebnie pożegnania.
Ja wiem, że serce Ci się rozpada na kawałki, kiedy ono tak płacze, wyciąga do Ciebie ręce, całym sobą pokazuje Ci, że nie chce tam zostać, że masz je zabrać ze sobą do spokojnego, cichego, bezpiecznego (bo dobrze mu znanego) domu.

Dziwisz się?
Ile razy w życiu Ty rozglądając się wokół myślałaś sobie: „zabierzcie mnie stąd… Banda psycholi, co ja tu właściwie robię?! Przecież ja nie chcę tu być. Ja tu nie pasuję.”.
Dziecko mówi Ci to samo, tylko po swojemu.
Wahasz się. W sumie wiesz, że nie stanie mu się tu krzywda, że będzie ok, że odbierzesz je całe i zdrowe, że być może nawet przy odrobieie obustronnej współpracy będzie najedzone i wyspane. Ale Twój instynkt samozachowawczy każe się cofnąć o dwa kroki. Strach nie jest niczym złym, to dzięki niemu ciągle (jako tako) żyjemy, ale pozwól sobie i innym na jego wyeliminowanie. Pamiętaj, że dziecko wyczuwa Twoje emocje – jeśli przedłużasz jego wejście na salę, wysyłasz mu jasny komunikat – tam nie jest bezpiecznie. Dziecko nie ma swoich strachów – przejmuje te, które my im serwujemy. Nie fundujmy dziecku życiowego surwiwalu od małego.

 

I ostatni punkt. Najważniejszy.

 

4. Oddaj swoje dziecko do żłobka dopiero wtedy, kiedy TY, RODZICU, będziesz na to gotowy,
bo TWOJE DZIECKO jest gotowe na pewno 😉

 

 

Mamo jesteś głupia, czyli dziecięcy sposób na focha.

kids-1894804_640

Każdy rodzic przynajmniej raz swojej rodzicielskiej karierze usłyszał że jest głupi, że dziecko go nie kocha, nie chce, że woli inną mamę/innego tatę. Wiem, że są rodzice, którzy słyszą to codziennie i są jeszcze gotowi uwierzyć, że ich 4,5,6 latkowie mają rację. Skąd to się bierze i jak się nie dać małym bąblom, kiedy słyszy się takie słowa?

To nie jest proste, kiedy słyszysz od swojego dziecka, że jesteś złą matką.  To są słowa, które uderzają w najczulsze struny i dotykają najwrażliwszej strony (przede wszystkim dlatego, że i tak podskórnie czujesz, że otoczenie Cię ocenia, może inne matki i jeszcze teraz – jak się okazuje – nawet własne dziecko).  Ja też to słyszałam, ale nie pozwoliłam, żeby w jakikolwiek sposób wpłynęła na mnie opinia 5 latka (która nawet nie jest opinią).

 

Dlaczego dzieci mówią: “mamo, jesteś głupia”?

Każde dziecko już od  niemowlęcia pobiera sobie własną strategię przetrwania. Rodzice to nazywają wymuszaniem, robieniem na złość albo inaczej, w każdym razie tak samo bzdurnie (nie istnieje coś takiego jak wymuszanie ale o tym innym razem).  Wybiera sobie tą strategię. Rośnie, obserwuje świat, zauważa korelacje między tym, co powie I jak inni reagują na te słowa. Twoja definicja słowa “głupia” zupełnie nie pokrywa się z tym, co ono chce Ci przekazać.  Dla Ciebie “głupia” to znaczy “mało inteligentna, płytka, niefajna”. A ono  mówiąc “jesteś głupia” tak naprawdę mówi “nie chcę zrobić tego, czego ode mnie oczekujesz, nie podoba mi się to”.

Jak sobie poradzić?

Trafiłam ostatnio na stronę, gdzie właścicielka bloga opisywała swoje doświadczenia w tym temacie. Oczywiście każdy ma prawo mieć swoje sposoby i metody, ale występowanie w roli eksperta w temacie, z którego się nie ma zielonego pojęcia, może przynieść jedynie krzywdę dla innych. Pani obrała strategię, którą nazwała “wychowanie przez ignorowanie”, a potem ubolewała nad tym, jak bardzo boli ją, kiedy słyszy, że jest głupia. Zamysł dobry, ale wykonanie do dupy.
Najgorsze z możliwych.

Nie powinniśmy skupiać się na tym, żeby tego nie słyszeć, bo nie o to w tym chodzi. Dziecko mówi to w konkretnej sytuacji, z konkretnego powodu i właśnie ten powód trzeba znaleźć. Walczyć z przyczyną, nie skutkiem. Z powodem takich słów, a nie z samymi słowami. Bo pomimo tego, że one są raniące (chociaż nie powinny, bo dziecko mówiąc, że jesteś głupia wcale nie uważa, że nie jesteś mądra, a mówiąc że jesteś brzydka,  wcale nie myśli, że nie jesteś ładna), należy skupić się  w tej sytuacji na  zachowaniu i emocjach dziecka, a nie na  swoich odczuciach.

Kiedy ostatni raz Twoje dziecko powiedziało Ci, że jesteś głupia? Mogę strzelać w ciemno – kiedy nie spodobała mu się Twoja reakcja na jego wybryki.

Wszyscy wiemy, że każde dziecko potrzebuje granic. Czuje się przez to bezpiecznie, rozwija się, uczy się rozwiązywać problemy, być samodzielnym. Tylko, że… kto z nas lubi, kiedy się go ogranicza…? Właśnie.

Dlatego kochani moi – olejcie te słowa i skupcie się na tym, co je wywołuje.

Prosiłaś, żeby posprzątał klocki, on tego nie zrobił, dostał od Ciebie burę i stwierdził, że jesteś głupia (to ja, to ja!)

Chciałaś, żeby ubierała się szybciej, a ona powiedziała, że Cię nienawidzi?

Każda taka sytuacja ma wspólny mianownik – dziecko musiało zrobić coś, czego kompletnie nia miało ochoty robić. I tu dochodzimy, w tym nieco przydługim wpisie, do sedna problemu. Uatrakcyjnij dziecku świat. Pokaż, że warto zrobić to, o co je prosisz. Nie każ nadmiernie, bo to buduje mur między Wami – zaczynacie działać jak wrogowie, a przecież jesteście naturalnymi sojusznikami. Nie powiem Ci – w jaki sposób, bo każde dziecko jest inne.

Ale powiem Ci sekret:

swing-2180703_640

 

dla dziecka świat to jeden wielki plac zabaw – wykorzystaj to.

 

Trzymam kciuki!

 

Pierdzące uszka w barszczu, czyli ewolucja życzeń świątecznych.

christmas-card-2999091_640

Dawno temu przed wiekami ludzie dzwonili do siebie po to, żeby złożyć sobie wzajemnie życzenia na święta. To było fajne. Można było porozmawiać dłużej, usłyszeć się może pierwszy raz od bardzo dawna. Wyjaśnić rzeczy z przeszłości, może wreszcie się pogodzić.

Później mądrzy wymyślili esemesy. Było szybciej, prościej, klepu klep w kolejce po karpia – bez niepotrzebnych pytań, niewygodnych rozmów, bez strachu, że a nuż ktoś nas zapyta o coś niewygodnego.

Potem facebook. W facebookowej erze wiadomości wysyła się na messengerze – czemu? Bo za darmo, wiadomo. Bo przy okazji siedzenia przy komputerze można było do każdego parę słów sklecić, ewentualnie „kopiuj-wklej”, szybiutko, momencik. Albo filmik wysłać, jakiś taki, ładny, od Jolki dostałam, puszczę dalej (chociaż hipokryzją level hard są dla mnie filmiki, które zaczynają się: „Chociaż nie mogę złożyć Ci życzeń osobiście…” No helou. Mogę, pewnie, że mogę, ale mi się nie chce myśleć, nie mam czasu na pierdoły, ale przyzwoitość każe coś wysłać).

Ale szczytem jest dla mnie coś, co pojawia się najczęściej. Teraz żyjemy jeszcze szybciej i rezygnujemy z jakiekolwiek interakcji międzyludzkiej. Teraz wrzucamy na swoją tablicę „Zdrowych, wesołych, spokojnych świąt”, wstawiamy choinkę, uśmiechniętą emotkę, tańczącego renifera czy pierdzące uszka w barszczu i sprawa załatwiona aż do przyszłego roku. Życzymy wszystkim, bliżej nieokreślonemu każdemu, czyli nikomu. Pytanie tylko – po co. Przecież życzenia to nie przykry obowiązek, który każdy musi odklepać przed świętami. Który musimy spełnić dla spokoju sumienia. Albo po to, żeby ktoś nam czegoś nie zarzucił, że olaliśmy, że zapomnieliśmy.

No ludzie.

X życzę zdrowia wiedząc, że ma problemy. Y życzę szczęścia, bo wiem, że potrzebuje, a Z najbardziej przydałby się spokój. Życzenia składa się ludziom, nie telefonom, nie komputerom – żywym ludziom, którzy mają jakieś problemy, jakieś marzenia, plany, którzy czegoś chcą, każdy czegoś chce w życiu.

Dlaczego składamy życzenia z automatu? Dlaczego przeważyło ctrl+c, ctrl+v? Bo nie wiemy, czego życzyć. Nie znamy naszych bliskich, nie mamy czasu (nieprawda! Nie chce nam się, bo to wymaga wysiłku) ich poznać, bo najbardziej istotne dane o nich nie wyświetlają się na facebookowej tablicy.

Smutne to bardzo, a jeszcze smutniejsze jest to, że nie idzie to w dobrą stronę.

Lego, naleśniki i sztuczna choinka w tle, czyli o tym, jak nie reagowałam, kiedy moje dziecko przeżywało koszmar.

20171220_165050

Opowiem wam o pewnej sytuacji, która miała miejsce wczoraj. Obawiam się, że inni rodzice zachowaliby się inaczej (tak, można linczować) ale to właśnie dzięki takim reakcjom mam z dzieckiem niezły kontakt (a nie, przepraszam pani profesor, kontakt można mieć codzienny albo fizyczny, a ja mam relację) Tak więc relację z dzieckiem mam niezłą.

Wydarzyło się co następuje: przychodzi mój syn pierworodny i pyta, czy może uciąć sobie kawałek choinki (dodam, że choinkę mamy sztuczną w tym roku), bo mu potrzebna do zabawy (ja smażyłam w tym czasie naleśniki). Odpowiedziałam, że nie, że to słaby pomysł, ale jak chce i poczeka, to jak skończę, wyjdę na zewnątrz, jakieś roślinki mu załatwię. Oczywiście było że nie może, że już teraz zaraz. Na co ja spokojnie mówię, że teraz to ja smażę naleśniki i jeśli poczeka, to ja bardzo chętnie mu później te roślinki przyniosę. Zdenerwował się i gruch mnie w brzuch. – To skoro tak – mówię – to niestety, ale nie przyniosę ci roślinek, coś mówiłam o biciu. W złości wchodząc do pokoju zburzył cały skrzętnie budowany przez kilka ostatnich dni Park Jurajski z Lego (był ogromny, zajmował cały stół i siedział nad nim z tydzień). Kiedy zobaczył, co sobie zrobił, wpadł w taką histerię, że brakowało tam tylko spazmów na podłodze. Ja spokojnie smażyłam naleśniki dalej (półtora metra ode mnie odbywał się koszmar mojego dziecka). Nie reagowałam, dałam mu czas, żeby się zastanowił i uspokoił. Trwało to dobre kilka minut, (aż reszta domowników się zbiegła, ale widząc, że jestem obok i nie reaguję – czyli nie dzieje się nic zagrażającego życiu i zdrowiu – taktycznie się wycofała). Po chwili podbiegł, przytulił się, powiedział: pomóż naprawić. Jasne. Ciułamy te małe klocuszki, ja się nie odzywam.

W końcu padło to, na co czekałam:

G: To twoja wina.

MG: No nie za bardzo moja, sam sobie zburzyłeś.

G: Ale ty mnie zdenerwowalas i to przez ciebie.

MG: Poprosiłam, żebyś poczekał, bo robiłam ci naleśniki. Chyba nie lubisz czekać, co? Nikt nie lubi. No ale czasami trzeba. Nie prosiłam, żebyś burzył swojego parku, sam to zrobiłeś, bo byłeś zdenerwowany. Spróbujemy go odbudować czy iść po te roślinki?

G: Odbudujmy. Nie chciałem go popsuć.

Z tej historii wynikają dwie proste rzeczy:

1. Dziecko potrzebuje przestrzeni do wyrażania emocji. Złość jest trudna do poskromienia, niektórzy dorośli mają problem z jej okiełznaniem. Pozwólmy dziecku nauczyć się sobie z nią radzić.

2. Przerzucanie winy jest najprostszym mechanizmem obronnym, a umiejętność przyznania się do winy (zresztą dokładnie tak samo jak umiejętność przegrywania) jest trudną sztuką. Znam dorosłych, którzy działają w trybie „zrobiłem/~łam tak, bo mnie sprowokowałeś”, bo nikt nie nauczył ich przyznawać się do winy.

Zaiste rodzicielstwo trudną sztuką jest. A najgorsze, że nie robią z tego kursów ani chociażby instrukcji obsługi

Bądź jak kamień, czyli Gagatkowa o wolności.

freedom-2053281_640

 

„Bądź jak kamień – stój wytrzymaj!
Kiedyś te kamienie drgną
i polecą jak lawina przez noc… przez noc… przez noc.”

 

Temat wolności jest bliski sercu Gagatkowej matki. Może wiąże się to z jej przedziwnie kocią naturą – zawsze po swojemu, najlepiej sama, o sobie decyduję ja i nikt nie będzie mi mówił, co robić (przepraszam mamo ;)). Myszy nie je, ale mleko pije hektolitrami. No i wszędzie dobrze, ale najlepiej na piecu – tam gdzie inni się gotują, Gagatkowa dopiero zdejmuje sweterek. Pazury posiada, gryźć potrafi. Słowem – nikt nie wie skąd się wzięło, ale się wzięło i jest. Podejście ezoteryczne też niektórzy mają i mieszają w to poprzednie wcielenia. Jej tam wyjaśnienie niepotrzebne. Lubi siebie i już.

Ile to razy dziennie słyszy się o tym, by dbać o wolność, by ją szanować i by jej nie nadużywać. Wszystko fajnie, ale czym ta „wolność” jest?

Wolność to wybór.
Budzisz się pewnego dnia, otwierasz oczy i stwierdzasz, że już dalej tak nie możesz. Że masz dość. Zastanawiasz się nad tym, co Ty robisz w tym miejscu, w tym czasie. Szukasz argumentów „za”.  Coachingowa strefa komfortu istnieje naprawdę, nikt  nie chce jej opuścić ot tak. Zawsze się szuka argumentów. I dopóki się ich nie znajdzie w swojej głowie, żadna perswazja, żadne przekonywanie, nikt na świecie nie sprawi, że dokonamy wyboru.
Wolność rodzi się we własnej głowie.

Wolność to decyzja.
Dokonałaś wyboru, ale wybór to za mało. Potrzebna jest decyzja – ale taka prawdziwa. Przemyślana. Krok bez możliwości odwrotu zawsze wiąże się z ryzykiem, ale jeśli chce się zbudować swoją wolność – podejmij je. Decyzja tylko na początku mąci w głowie, potem jest tylko lepiej. Wiesz, że nie będzie łatwo w niej wytrwać, że nie raz Twoja wola się zachwieje, nie raz wrócisz do etapu wyboru.
Wolność to możliwość. Skorzystaj z niej.

Wolność to praca.
Nie zawsze będzie tak, jak chcesz. Dlatego pamiętaj: nieważne jak długo będziesz musiała czekać – wytrzymaj w swojej decyzji, broń jej, walcz o nią – działaj i nie poddawaj się. Nie musisz z siebie rezygnować, żeby dać siebie innym – swoją siłę, zaangażowanie i nieustępliwość. Zarażaj. Płoń i zapalaj.
Wolność to wiara w siebie.

Wolność to akceptacja.
Łatwiej jest, kiedy nie musisz nic udawać. Negować. Czujesz to, co czujesz i nie ma sensu z tym walczyć ani udawać, że to nie istnieje. Masz prawo do wszystkich uczuć na świecie. Pokochaj siebie taką, jaką jesteś, każdą wersję siebie. Nie okłamuj siebie.  Życie w zgodzie z własnymi prawdziwymi przekonaniami, uczuciami i marzeniami jest dużo prostsze. Uwierz mi.

Tylko wybierz.
Zdecyduj.
Walcz.
Nie udawaj.

Czym jest wolność? To odwaga bycia sobą.

 

 

„Nienawidzę Cię!”, czyli emocjonalny gejzer.

yellowstone-66277_640Często jest tak, że jedno zasłyszane zdanie, jedno hasło, które mignęło gdzieś przelotem w sieci sprawia, że potem człowiek chodzi i myśli, i analizuje, i kombinuje.

A Gagatkowa to już w szczególności.

Ostatnimi czasy takim zdaniem było:

„Jeśli Ty, moje dziecko, chociaż raz nie pomyślisz o mnie: „nienawidzę Cię” to oznacza, że źle wykonałam swoją pracę jako rodzica.”

Na początku Gagatkowa się z tym zgodziła.

Wychowanie dziecka to wyprowadzenie go na ludzi, a to nie zawsze jest miłe, łatwe i przyjemne. Wychowanie to nauczenie go życia w takim, a nie innym świecie – trudnym, wymagającym, z całym szeregiem niebezpieczeństw i zagrożeń czyhających z każdej strony. Wychowanie to pamiętanie o tym, że najpierw się jest rodzicem, a potem przyjacielem (chociaż czasami by się chciało, żeby było odwrotnie). Wychowanie to bycie mądrzejszym nawet wtedy, kiedy dziecku się wydaje, że przez naszą decyzję skończył mu się świat. Wychowanie to mądre wykorzystanie swojej pozycji silniejszego. Wychowanie opiera się fundowaniu dziecku stresu – z definicji. Wychowanie nie jest relacją dwojga równych sobie ludzi – to rodzic ma być mądrzejszy, silniejszy i ma decydować. Wychowanie to mówienie „nie”.

Gagatkowa przecież wie, że pojęcie „wychowanie bezstresowe” jest technicznie niemożliwe i nielogiczne. Wie, że to pieprzony oksymoron wymyślony przez tych, którym dziecko jest obojętne, który tłumaczy ich z umywania rąk z każdej sytuacji, w której nie interweniują, a powinni. Wie, że to „bezstresowe wychowanie” to po prostu pozwolenie dziecku na samoukształtowanie – taka ulica, tylko w domu (tym gorzej, bo dom daje poczucie bezpieczeństwa, pewności, że matka czy ojciec zawsze złapią za szelki, kiedy sytuacja będzie za bardzo zaogniona). Zdaje sobie sprawę, że dziecko nie zawsze musi zgadzać się z decyzją rodzica – przecież nie patrzy w przyszłość, żyje tym, co jest dzisiaj – jak kot, który za każdym razem jest wielce zaskoczony, że szklanka, którą popychał łapą, spadła ze stołu. I to nie jest nic złego – dziecko jest dzieckiem – każdy potrzebuje czasu, żeby nauczyć się przewidywać.

Ale potem zastanowiła się nad drugą stroną.

Każde „nienawidzę cię” to coś więcej niż tu i teraz. To kilka spraw nałożonych na siebie z bardzo krótkim lontem – a wybuch rozpierdziela wszystko w promieniu wielu dni, czasem tygodni. To eskalacja wszystkich złych emocji, które piętrzą się w młodym człowieku – emocji, które jak gorąca woda spod ziemi wreszcie znalazły ujście.

Emocjonalny gejzer.

Rodzic ma być oparciem. Rodzic ma być osobą, do której dziecko ze swoim problemem biegnie w pierwszej kolejności. Rodzic ma być najbardziej skalną skałą, jaka tylko istnieje na świecie i nie ma takiej kropli, która mogła by ją zmienić. Rodzic ma być dla dziecka, ma znać dziecko.

Rodzic ma słuchać dziecka.

Tylko czy możliwe jest niedopuszczenie do wybuchu, skoro im dziecko starsze, tym konflikty interesów mają coraz większy kaliber? Być, słuchać, rozumieć – to credo każdego rodzica – a co z wychowaniem? Nie wszystko można zwalić na taki czy inny charakter dziecka czy rodzica.

Myślę, że sama myśl jest trafiona – bardzo. Ale słowa, w jakie autor(/ka?) je ubrał, nie przemawiają do mnie. Są rodzice, którzy nigdy tego od dzieci nie usłyszeli – czy to znaczy, że nie są dostatecznie dobrzy w swojej roli? „Nienawidzę cię” – to w moim przekonaniu za mocne.

Chociaż może musi być za mocno, żeby dotarło?

Trzeba mówić o śmierci, czyli nie róbmy z dzieci idiotów.

candle-2890082_640

 

Odsuwamy dzieci od tematu śmierci. Tłumaczymy to sobie tym, że są za małe, że nie zrozumieją, że się przestraszą, że będą mieć koszmary.

Dorośli uwielbiają się tłumaczyć przed samymi sobą.

A przecież doskonale wiedzą, że to nieprawda. Że ono wcale nie jest za małe, to nasza odwaga mogłaby się zmieścić na łebku od szpilki. To my, dorośli, boimy się takich rozmów. Boimy się pytań, które mogą paść. Wstydzimy się swoich emocji, których być może nie uda się ukryć, łez, których nie damy rady powstrzymać. Chcemy zminimalizować ryzyko niepotrzebnego zgłębiania tematu. Wyciągania niewygodnych wyjaśnień. Być może sami nie do końca rozumiemy, dlatego nie jest łatwo nam wyjaśniać. Wolimy przemilczeć. Odchrząknąć coś zdawkowo, olać temat. Przecież i tak zapomni.

Nie zapomni. A kiedy zdarzy się coś nieprzewidzianego, coś, czego na co dzień nie widzi – przestraszy się. Dzieci boją się tego, czego nie znają.

I powtórzę raz jeszcze:

dzieci nie mają swoich demonów – przyjmują te, które sami im stworzymy.

A obowiązkiem dorosłych jest oswajać dziecięce lęki. Rozmowa zawsze jest lepsza niż milczenie. Zwłaszcza rozmowa o śmierci.

W ostatnim czasie i u nas ten temat stał się nieprzyjemnie aktualny. Niby wszyscy byliśmy przygotowani, niby każdy z nas wiedział jak jest, ale gdy przychodzi co do czego – zawsze jest zaskoczenie i ten nieprzyjemny, paskudny niedosyt. Ten jeden dzień, tydzień, rok za mało. Dla Gagatka było to o tyle prostsze, że widział tę postępującą starość, to gasnące światełko – zadawał pytania dlaczego, jak, czemu i skąd się bierze to, co się wzięło. Mnóstwo pytań – i żadne nie zostało bez odpowiedzi. A czasami były one niełatwe, zwłaszcza dla mnie. Kiedyś gdzieś przeczytałam, że jeśli nie potrafisz czegoś wyjaśnić dziecku, tzn. że sam tego nie rozumiesz.

I wtedy dotarło do mnie, ilu rzeczy tak naprawdę nie rozumiem.

Dlatego kiedy przyszedł ten moment, nie bał się. Stało się to, co kiedyś musiało się stać i chociaż było to trudne – było przecież naturalne.

Miałam ułatwione zadanie, ponieważ wszystko rozegrało się, kiedy szykował się do przedszkola. Widział krzątaninę, wyczuwał napięcie. Minął się z karetką. Przemielił to wszystko w swojej małej główce, wyciągnął wnioski na miarę bystrego sześciolatka i po powrocie do domu o wszystko dokładnie wypytał (dokładnie na miarę przedszkolaka). Przerobiliśmy cały pogrzeb praktycznie minuta po minucie, uprzedzałam o możliwych silnych emocjach u niektórych, o każdej z ewentualności. A kiedy przyszło co do czego, był cholernie dzielny.

Nie róbmy ze śmierci demona, a z dzieci idiotów. Przecież to naszą rolą, dorosłych, jest wszystko wytłumaczyć dzieciom tak, żeby zrozumiały – możliwie najprościej, ale i najdokładniej. I teraz jest chyba ku temu najlepszy moment – zatrzymując się na cmentarzu minutę dłużej, włączając dziecko w przygotowania do tego jednego, jedynego w roku dnia, kiedy najmocniej czujemy obecność tych, których już z nami nie ma.

 

Dobra Z.M.I.A.N.A., czyli jak Gagatek matkę swoją z pająkami oswajał.

20170927_110443

„O Bożebożebożeboże – mysz!”
„AAAAAA, szczuuuur! WeźtoweźtoweźtoWEŹTO!!!!”
Albo inne robale.

One Gagatkowej nie ruszają. Bez szczególnych oporów wyciąga z żarłocznych kocich pysków jaszczurki, ratuje zagubioną w piwnicy mysz albo przerażoną GB, która kompletnie nie zrozumiała przyniesionego przez członka inwentarza dowodu miłości w postaci szczura (że bez głowy – no cóż).

Ale pająki… pająki – moi państwo – to całkiem inna historia. Gagatkowa matka nienawidzi niczego, co ma więcej niż cztery nogi i dwoje oczu, a jeśli do tego umie łazić pionowo po ścianie i gryzie – znajduje się na początku listy obrzydliwości i zakorzenionych gdzieś głęboko strachów. Gagatek zdiagnozował mnie już dawno: „Mamo, ty po prostu masz arachnofobię. To się chyba leczy, ale nie jestem pewien. Powinnaś iść do lekarza, może coś pomoże”. Nie wyprowadzam tego mojego złotego diagnosty z błędu, chociaż na usta się ciśnie: „Dziecko moje, tego najlepsi nie wyleczą, to jest jak wstręt przed brokułami – trzeba nauczyć się z tym żyć i już.”

I tak wspólnie żyjemy sobie z tym moim pająko-wstrętem, dziecko w wieku lat 5 nauczyło się bronić matki przed Tym Czymś, on nie komentuje, ja nie podkreślam. Znikąd ratunku.

A jednak.

Zamiłowanie Gagatków do buszowania w księgarniach, antykwariatach i na szkolnych20170927_110759 kiermaszach książek znane jest wszem i wobec. I podczas jednej z takich eskapad upolowaliśmy zestaw książek, w których dziecię moje się zakochało od razu (zaczął czytać już w kolejce do kasy ;)). Cykl książek „Z.M.I.A.N.A. czyli Związek Molekularny Inicjujący Automatyczne Nadpisanie Anatomii” opowiada o zabawnych perypetiach bliźniaków Jacka i Dawida, którzy przy użyciu tytułowego spray’u Z.M.I.A.N.A. zamieniają się w przeróżne robactwo – pająki, muchy, koniki polne, mrówki, komarnice i żuki. Pokazują świat z perspektywy tego całego tałatajstwa, które lata wokół, a na które nie zwracamy uwagi (chyba, że mamy packę w ręce). Cykl Ali Sparkes zawiera sześć przezabawnych, krótkich książek (ok. 100 stron), a w każdej na końcu łamigłówki, wykreślanki, mini-testy – książki pisane pod dzieci, wydane dla dzieci i uwielbiane przez dzieci.

20170927_110823

Tak, o pająkach też jest. I chociaż mój stosunek do ośmionogich kosmitów z milionem oczu (które sobie tak po prostu są bez pełnienia szczególnie ważnej funkcji na świecie – ale spoko, wiele jest takich typów) nie uległ zmianie (Z.M.I.A.N.ie), dziecię moje jest szczęśliwe wielce, że u matki bez lekarza się obyło, że dzielnie przebrnęłam przez sześć tomiszczy o robactwie i zgodziłam się nawet na ponowne sięgnięcie po tę niezwykłą pod wieloma względami pozycję regałową.

Taaa… Miłość matczyna niezbadana.

😀